Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #road trip. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #road trip. Pokaż wszystkie posty

2 grudnia 2010

Na południe (II)

Zebraliśmy nasze manatki, upchaliśmy je niedbale w bagażniku i ruszyliśmy dalej. W tamtej części Portugalii znaleźć ładną plażę jest nawet łatwiej niż na ulicach Lizbony kupić kokę od opalonych panów zza morza. Musieliśmy się więc pilnować, by na którejś z nich nie stracić zbyt wiele czasu. Mimo że listopad hulał już po naszych kalendarzach, to wciąż słońce zachęcało do spędzenia kilku chwil wśród szumu oceanicznych fal. Opalanie się o tej porze roku jest równie niespotykane jak  dzień bez przenikliwej uwagi Jarka K. (zauważyliście, że Józef K. z Kartoteki miał te same inicjały?! albo że benzyna w Portugalii podrożała?!) na temat otaczającej was rzeczywistości. Mój rap i moja rzeczywistość wyniosły się tam, gdzie Diabeł powie dobranoc dopiero po kąpieli w oceanie i wypiciu butelki dobrego taniego wina. Wcale nie potrzebuję śpiewu syren ani polskich tap madl w bikini żeby w podróży czuć się spełnionym, wystarczą te widoki i smak każdej chwili spędzonej w nowym zapierającym dech w rozprutej piersi miejscu.

Tnąc Algarve wzdłuż wspęliśmy się na najwyższy szczyt w okolicy. Na prawo ocean, na wprost ocean, na lewo teren zajety przez NATO. To jeszcze zbyt mało by krzyczeć popularne tu "Portugalia poza NATO", ale historia o śmiertelnym wypadku spowodowanym przez wysłannika NATO (sprawca oczywiście uniknął konsekwencji), daje już prawo do wykrzykiwania Wolna Portugalia, Niech żyje Republika i Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

Trzęsienie ziemi z 1755 przetrąciło także najważniejsze miasteczka na południu, więc niekiedy zamiast szukać klimatycznego centrum rozglądaliśmy się za niedrogim śniadaniem w przyjemnej kawiarni. A wieczorem wypatrywaliśmy plaży, na której dziewczęta mogły spełnić swoje marzenia. I nie chodzi o noc ze mną, a o przespanie się na plaży. W listopadzie. Przygotowały się do tej atrakcji znacznie lepiej niż ja, stąd dobrowolnie zgłosiłem się na ochotnika przy pilnowaniu w świetle księżyca naszego pojazdu. Nocowanie w samochodzie przy plaży ma swoje zalety dopóki chłopaki z Guardia Nacional zamiast pukać swoje żony nie pukają w wasze okno, jakbym to ja byl winny ich późnej zmianie. Fuck off, powiedziałem lub pomyślałem i poszedłem spać dalej. Nikt mnie już więcej nie niepokoił, a rano mogłem wraz z dziewczętami skosztować skradzionych wcześniej pomarańczy i z jednym przymkniętym ze zmęczenia okiem poprowadzić naszą wycieczkę dalej.

Wreszcie dotarliśmy pod hiszpańską granicę. Koniec terytorium portugalskiego na południu przypomina północno-zachodni kraniec Polski. W sposób naturalny wyznacza go rzeka. Zanim się przez nią przeprawiliśmy zjedliśmy jeszcze smaczną kolację w lokalnej knajpie (niedosmażone fragmenty ryby nie zrobiły mi krzywdy) i przespaliśmy się w hostelu w miasteczku Vila Real de Santo Antonio. Może nie był to Hotel California i nie spały tam dziewczęta w złotej bieliźnie, ale nie żałuję żadnej chwili snów o potędze, które mnie tam spotkały. Następnego dnia odbyłem przyjemną sentymentalną podróż do hiszpańskiego Ayamonte. Minęliśmy jedną rzekę, jedną granicę, jedną strefę czasową i wkroczyliśmy w inną, wbrew opiniom wielu, kulturę. Zjedliśmy andaluzyjskie śniadanie (tostowane pieczywo z pastą pomidorową i oliwą, a do tego kawą cortado, wybrałem kasę z bankomatu mojego banku, obejrzeliśmy gdzie przygotowuje się churros con chocolate i machnęliśmy sobie pożegnalne zdjęcie, by powoli wracać do tymczasowych domów w Lizbonie.

Na dzień dobry sunąć wzdłuż hiszpańskiej granicy i słuchając andaluzyjskiego radia (Portugalczycy jeśli chodzi o stacje radiowe są sto lat nawet za Marokańczykami z Madrytu) zahaczyliśmy o niesamowicie położoną Mertolę. Portugalia zamiast szczycić się takimi miasteczkami, chwali się kolejnym hat-trickiem Cristiano Ronaldo. A żadna bramka chłopaka z Madery nie odda tego co można zobaczyc ze szczytów warownej twierdzy w tej małej mieścinie nieopodal granicy z Hiszpanią. Dlaczego wschodni sąsiedzi potrafią rozreklamować na cały świat wioski, w których kichnął Don Kichote, a Portugalczycy nie umieją walnąć pięścią w stół i powiedzieć: nasze historyczne miejsca są lepsze niż niejedna blond-Czeszka! Pewnie z tego samego powodu Polacy nie przekażą światu, że Bieszczady to miejsce must see na liście szanującego się podróżnika, a Rumuni że Fogarasz wysyła niejedne pełne turystów pasma górskie w Europie na wizytę do specjalisty od wizerunku. Tego dnia, poza Mertolą, postanowiliśmy dotrzeć także do dziko położonego i tajemniczo brzmiącego Pulo do Lobo. Zjechaliśmy z głównej drogi i podążaliśmy w kierunku czarnych chmur, które spowiły całą okolicę. Im dalej, tym większe mieliśmy wątpliwości czy nie pożre nas ta ciemna otchłań. Gdybym miał napisać scenariusz horroru to taki początek byłby wymarzony dla potencjalnego przeboju kinowego. Tym bardziej, że na końcu naszej drogi natknęliśmy się na bramę i informację o możliwości wjazdu na teren tego rezerwatu pod warunkiem zamknięcia za sobą przejazdu. Ani dzikie zwierzęta, ani hordy żywych trupów lub duchy minionych pokoleń nie niepokoiły jednak naszych popsutych erasmusem istnień. Zamiast tego na miejscu odnaleźliśmy dziewiczy zakątek z urokliwie położonym wodospadem i rwącą rzeczką przedzielającą dwa pasma ciągnących się dalej wzgórz. Wcale nie chcieliśmy  ruszać stamtąd dalej. Ale stęsknione naszą nieobecnością lizbońskie pokoje czekały. Na koniec podróży obejrzeliśmy (głównie dzięki długim światłom w wypożyczonym Seacie z silnikiem turbo, co podkreślał oddający nam kluczyki pracownik) jeszcze tajemne kamienne kręgi koło Evory. Tam właśnie ówcześni magicy wpadli na pomysł stworzenia Frankensteina, zbudowania wieży Babel i upublicznienia studentom Facebooka. Dalej już tylko bramki z opłatami za wjazd na most w kierunku Lizbony spowolniły nasz powrót do portugalskiego miasta grzechu. Jakby taka podróż nie mogła trwać wiecznie.

Ale grunt, że co by nie mówili o temperamencie portugalskich kierowców, to dopóki warszawiak jest za kółkiem to nas nie dogoniat
Czytaj więcej

24 listopada 2010

Na południe (I)

Wycieczka wzdłuż wybrzeża Alentejo i Algarve była udana. Nawet pomimo tego, że dziewczęta, z którymi podróżowałem odmawiały robienia tych wszystkich rzeczy, które wykonują modelki na teledysku Chica Bomb.  Byłem jedynie ich kierowcą, biednym żuczkiem wmanewrowanym w te polskie machlojki. Jak wymagały rzeczy niemozliwych to realizowałem je dla nich, jak kradły pomarańcze, to kryłem je jakby były moimi dziewczynami, a gdy kazały mi jechać szybciej ciąłem portugalskie wiejskie dróżki jak szalony biorąc konsekwencje na własne barki. Testowały mnie i nasz pojazd do granic możliwości. Gdyby nie mój zdrowy rozsądek niechybnie skończylibyśmy na jakimś drzewie lub w przygranicznej rzece. Już pierwszego dnia przeżyliśmy zamach na nasze auto. Gdyby włóczęga, który zamachnął się na nas swoją laską był mistrzem rzutu w dal, pewnie dziś bylibyśmy ubożsi o dziesiątki euro, bo ubezpiecznie all inclusive oznacza w Portugalii wszystko poza ochroną lusterek, szyb, opon, dachu i wnętrza pojazdu. To tak jakby wasz hotel all inclusive obejmował ściany i sufit, ale nie łóżka, łazienkę i bar koło basenu. Wcelujcie cwaniaki w samochód jadący z naprzeciwka i nie rozbijcie żadnego szkła w swoim aucie! Odebrano nam prawo do zabawy, do wygłupów i do jazdy po pijaku. Musieli prowadzić najlepsi, musiałem prowadzić ja. Odbierając samochód otrzymałem znów pełnię władzy w rękach i nogach. Mogłem trąbić, jak ci wszyscy pod moimi oknami, nie stać mnie było na luksus sprzedania się, musiałem wkupić się do tej zupełnie nieelitarnej, jak mogłoby się wydawać grupy. Każde wydane euro było tego warte.

Zatrzymywaliśmy się wszędzie tam, gdzie urzekły nas widoki, śniadania jadaliśmy na plaży, a spaliśmy tam gdzie nam się spodobało. Czułem się jak warszawski yuppie, nawet jeśli czasem myliśmy się w centrach handlowych i kręciliśmy nosem na ceny noclegu. Obraliśmy władzę nad światem, budziliśmy się i wciąż śniliśmy nas sen. Reszty nie trzeba, wołały moje współtowarzyszki kupując bułki za 2 euro, slońce zachodziło kiedy chcieliśmy, koniec świata zjawiał sie tam gdzie potrzebowaliśmy, a krzaki żeby się wysikać wyrastały tuż przed nami.

Wybrzeże na południe od Lizbony różni się znacznie od tego w najbardziej turystycznej części Portugalii, czyli w Algarve. Mimo wszystko, tak dawno po sezonie ani tu, ani tam nie towarzyszyło nam wielu innych turystów. Anglicy wrócili chlać na wyspy, Niemcy obmyślać plany trzeciej wojny światowej do Berlina, a Hiszpanie pławić się w swojej wyjątkowości do swoich autonomicznych regionów. Pierwszej nocy dotarliśmy do Sagres. Tak jak tamtejsza latarnia morska ma wskazywać drogę żeglarzom, tak nam wskazali nocleg pijaczki z lokalnego baru. Plaży i oceanu nikt nam nie wskazał, sami na nie przypadkiem wpadliśmy, to jest prawdziwy kraniec Europy, czarna noc spuściła zasłonę tak szczelną na całą okolicę, że następny dzień przyniósł wiele niespodzianek. Dla takich momentów się podróżuje, żeby rano wychylając się z typowego portugalskiego białego domku, na którym widnieje nazwisko zamieszkującej go rodziny, przekonać się, że mieszkamy jeden rząd domów od piaszczystej plaży otoczonej z dwóch stron wysokimi klifami. My raczyliśmy się tam śniadaniem, a gromada amatorów surfingu szalała przed nami na oceanicznych falach. To jest życie, "możesz mieć w dupie czy rządzi Kaczyński czy Tusk".  Kawałek dalej przy Cabo de Sao Vicente nawet ci z kamieniem zamiast serca czuliby, że znaleźli sie na końcu świata i że fale rozbijające się o skały proszą jedynie o przypływ który pozwoli im zalać wędkarzy polujących z narażeniem życia na lokalny skarb, czyli pożywienie wielu portugalczyków- dorsza. Pobliskie broniące się przed turystyką miasteczka robią wszystko, by odgonić ze swoich terenów multimilionerów gotowych do zainwestowania ich petrodolarów w sieć hoteli, które niechybnie zburzyłyby harmonię tamtejszego wybrzeża. Nikt tam nie wyczekuje nadejścia dwudziestego pierwszego wieku.

cdn. po powrocie z Madery.
Czytaj więcej