Pierwszy dzień pobytu spędziliśmy na rozglądaniu się po okolicy
(udało się nam nawet raz porządnie zgubić, mimo licznych przechwałek Rafała o
jego wybitnej orientacji w terenie) i plażowaniu. Sama Kuta zdecydowanie nie zachwyca.
Turystyczna, tłoczna i chaotyczna mieścina, w której naprawdę nic nie ma.
Jeżeli ktoś spędził w tym jednym miejscu 2 tygodnie swojego urlopu, płacąc
krocie za bilet i tracąc dzień na przelot, to dziwimy się jeśli nie jest
rozczarowany. Chyba że jest aż tak wielkim fanem surfingu, wtedy to zupełnie
inna historia. Fale są po prostu idealne, a woda cieplutka. W Atlantyku pod
Lizboną długi kombinezon był obowiązkowy, na Bali każdy surfuje wygodnie w
sportowym t-shircie. A że co drugi sklep to quicksilver, hurley, ripcurl czy
inny billabong, to jest gdzie taki ciuch nabyć. Jeśli chodzi o sklepy to akurat
Ania była rozczarowana. Nie nastawialiśmy się na żadne zakupy, ale wolelibyśmy
spacerować wśród galerii z lokalnymi produktami, a tutaj można znaleźć jedynie znane
marki amerykańskie i europejskie albo stragany z totalnym badziewiem. Rekordy
popularności biją gadżety z napisami John (lub w zamian dowolne imię) is gay.
Taki lokalny żarcik. Musimy przyznać, że poczucie humoru miejscowej ludności
jest jednak bardzo podobne do naszego. Dużo ironizują i cały czas w sympatyczny
sposób sobie dogryzają. Zupełne przeciwieństwo poznanych podczas innej podróży
Chińczyków, którzy nie dostrzegą ironii nawet jak wyskoczy zza krzaka i kopnie
ich w tyłek.
Odmienne od naszych panują w Indonezji zasady ruchu drogowego. O ile
zwyczaje rodem z miejskiej dżungli i kompletny brak poszanowania dla przepisów
(a może brak przepisów?) znamy poniekąd z Warszawy, o tyle ruch lewostronny
jest wbrew przyzwyczajeniom. To co, może wypożyczymy skuter? Rafał nie mając
żadnego doświadczenia ani ze skuterem, ani z odwrotnym kierunkiem jazdy miał
wątpliwości, ale wiedzieliśmy, że nie ma lepszego sposobu zwiedzenia wyspy (brania
samochodu z szoferem nawet nie braliśmy pod uwagę). I jak się okazało strach ma
wielkie oczy. Wprawdzie kierowcy jadą jak i gdzie chcą, ale jednak na siebie
uważają. Trąbią ostrzegając, a nie wyrażając frustrację, no i nie przeginają z prędkością. Skutery zajmują na
ulicach po dziesięć rzędów, brną na skos, często pod prąd, a mimo tego jedni na
drugich nie wpadają. Nabraliśmy odwagi i prawie od razu ruszyliśmy na główną
3-pasmową arterię i śmiało wjeżdżaliśmy na wszystkie ronda. Tylko czasami
pojawiała się wątpliwość czy na pewno dobrze przez nie przebrnęliśmy, ale wtedy
okazywało się, że to Indonezyjczycy lubią je ścinać i jechać „po naszemu”,
czyli w prawo. Wkrótce pojawiła się pewność prowadzenia i rozpoczęła równiejsza
walka o pozycję na światłach, wpychanie do skrętów i korzystanie z wąskich pieszych
korytarzy łączących równoległe ulice. Rafał głośno tego nie powie, ale przez
większość czasu i tak był przekonany, że tego dnia zginiemy marnie, ale wolał
nie przeciwstawiać się marzeniom swojej świeżo poślubionej małżonki. Zaś Ania z
tylnego siedzenia nie mogła widzieć, że Rafał podczas całej drogi tylko kilka
razy odważył się otworzyć oczy.
Jechaliśmy przed siebie, bez konkretnego celu niespiesznie poznając południową
część wyspy. Podczas całego „miodowego” wyjazdu przyświecała nam jedna zasada:
korzystać jak najwięcej ze wszystkich atrakcji, to jednak coś więcej niż zwykły
urlop, więc kalkulacje odkładamy na bok. Tym razem znacznie rzadziej niż
zazwyczaj mówiliśmy swoim zachciankom NIE. W związku z tym na przykład, w
jednym miejscu zatrzymaliśmy się, aby przelecieć się za motorówką na czymś
zwanym „Flying Fish”. Kolejna modyfikacja tradycyjnego banana. Leżysz na
plecach na materacu, motorówka się rozpędza, a ty szybujesz jakieś 5-6 metrów
nad wodą. Ciekawość zaspokojona - fajna, krótka przyjemność, jednak pozostaje
niedosyt, bo na końcu nie wrzucają Cię do wody. W krajach tak zwanego Zachodu
nie spotkaliśmy się z ta rozrywką - obstawiamy, że w grę wchodzą kwestie
bezpieczeństwa uczestników zabawy, czyli klasyczne „powiem ci, co dla ciebie
dobre” rodem z Krajów Cywilizowanych (jak same siebie określają), ale to
oczywiście tylko nasze domysły.
Potem wjechaliśmy w część bardziej luksusowych ośrodków zajmujących
całą nadmorską przestrzeń i tam z braku innych turystów postanowiliśmy trochę
poplażować. Po drodze jeszcze zatrzymała nas Pani chcąca zadać kilka pytań i
prowadząca statystyki, a ponieważ wszyscy są tutaj bardzo mili i dużo się
uśmiechają to Ania postanowiła się odwdzięczyć i na nie odpowiedzieć. Ile mamy
lat, skąd przyjechaliśmy, gdzie dokładnie nocujemy i jeszcze tylko podpisik. No
nie, podpisu nie złożymy, a po cóż ci on, miłe dziewczę- dopytywaliśmy. Otóż
Pani, zgodnie z przedstawioną ulotką, oferowała nam jedną z nagród do wyboru i
jedyne co musimy zrobić to się podpisać i przyjść na godzinne oprowadzanie po
hotelu, by potem szerzyć dobrą nowinę o tym, jacy są cudowni i wspaniali. W
Europie jak ktoś ci chce dać coś za darmo, to wiadomo, że zapłacisz za to
podwójnie, więc rozpoczęliśmy odwrót. Pani próbowała wszystkiego, a na końcu nawet
posunęła się do próby wzbudzenia litości, mówiąc, że dzięki nam nie będzie
musiała już stać na ulicy. Tak, tak, zadzwonimy do Pani i damy znać. No
faktycznie nie mamy Pani numeru, to proszę go podać i puścić wolno. Na plaży
spojrzeliśmy jeszcze raz na ulotkę i uśmiechnęliśmy się do napisu „nie
próbujemy Cię oszukać!”. Do tego zdrapka i oczywiście wysoka wygrana: 6
darmowych noclegów w ich hotelu! Aż trochę żałujemy, że nie sprawdziliśmy, na
jakim etapie pojawiał się haczyk i nie pomogliśmy miłej pani zejść z ulicy.
Kąpieli niestety nie było, bo odpływ zabrał wodę naprawdę daleko,
ale sama plaża zachęcała do chwili relaksu, nawet, jeśli zachwyty nad bielą
piasku w Lonely Planet są grubą przesadą. Z tym akurat zawsze mamy problem, bo
niewiele jest na świecie miejsc, które pod tym względem przebiją Bałtyk, a
lubimy się zachwycać odmiennością, także zostaje jedynie wzruszyć się: jej, ale
przyjemnie subtelna szarość roztacza się pod naszymi stopami! Potem
pojechaliśmy na drugą część półwyspu, aby na samej plaży zjeść kolację w
postaci owoców morza, w pakiecie z widokiem na zachód słońca. Wszystko smakowało
tak świeżo, jakby tego homara, krewetki, rybki i ośmiornice wytaszczyli z wody
na minuty przed naszym przyjściem. Obrońcy praw życia na rafie koralowej nie
byliby zadowoleni, my do naszej willi wracaliśmy wręcz zachwyceni.
Pomimo, że już naprawdę udało się nam wypocząć, to chyba wciąż przez
różnicę czasu Ania chodziła niedospana. Po wczesnym śniadaniu konieczna była
godzina drzemka, ale tym bardziej można było sobie na nią pozwolić, że
musieliśmy być w dobrej formie. Postanowiliśmy ostatniego dnia w Kucie
skorzystać z jej największego atutu i pośmigać trochę na falach. Zbadaliśmy
temat cen za deski, których poziom wydał się nam dość wygórowany i ruszyliśmy na plażę.
Ostatecznie w cenie nawet niższej niż podawana za jedną dechę dostaliśmy dwie,
plus lekcję dla Ani (dla której był to całkowity debiut) i leżaki na cały
dzień. Może to nasze zdolności negocjacyjne (czyli: nie to nie, idziemy dalej),
a może to po prostu jeszcze nie sezon. Pomimo pozdzieranych przedramion,
uśmiech od ucha do ucha. Kiedyś musimy wyjechać na typowy surfingowy wyjazd,
postanowione i dopisane do naszej nieistniejącej bucket list.
Wieczorem musieliśmy podjąć ostateczną decyzję dotyczącą naszego
wypadu na Rinjani. Można powiedzieć, że był to główny gwóźdź wyjazdowego programu,
tylko że kompletnie niezaplanowany. Długo badaliśmy temat dojazdu na Lombok,
czyli wyspę sąsiednią do Bali, na której mieścił się cel naszej wspinaczki. W
grę wchodził samolot, tzw. speedboat lub prom publiczny. Polecenie na Lombok nie
opłaca się ani kosztowo, ani dojazdowo (niedogodne położenie tamtejszego nowego
lotniska), speedboat po opiniach na tripadvisorze wydał się nam dość drogi, a
jeszcze trzeba dojechać do i z portu, a prom czasochłonny i skomplikowany
logistycznie. Byliśmy trochę w kropce, więc w poszukiwaniu pomocy zapytaliśmy
pracownika naszego hotelu, który po przyjeździe przywitał nas konspiracyjnym
szeptem, że jak będziemy czegoś potrzebowali to możemy go zapytać, tylko nie
przy szefach, a on postara się nam załatwić to taniej. Nie byliśmy przekonani
czy można tym zapewnieniom ufać, bo jak pierwszego dnia zapytaliśmy o
restaurację w pobliżu to zaproponował, że ktoś po nas przyjedzie. Kontrolnie
spytaliśmy o cenę, na co uspokoił nas, że raczej nie będzie więcej niż 1 mln
rupii (około 250 zł). Przez cały wyjazd, a robiliśmy sobie prawdziwe uczty z
owocami morza, alkoholem i deserami, nie zdarzyło się nam przekroczyć połowy
tej kwoty. Wówczas nie skorzystaliśmy, tym razem jednak nas nie zawiódł. Po
paru minutach wrócił z informacją od swojego kolegi, który miał nas odebrać
bezpośrednio z hotelu i potem speedboatem mieliśmy dopłynąć do pasującego nam
portu i wszystko znowu za o wiele niższą cenę niż podawały to Internety. Nie
było nad czym zbyt długo się zastanawiać, wzięliśmy jak swoje.
Czytaj więcej:Lot na Bali (I)
Dzień 2-4 Kuta/Legian (II)
Dzień 5-8 Lombok (III)
Dzień 9-10 Gili (IV)
Dzień 11-13 Ubud (V)
0 komentarze:
Prześlij komentarz