Mimo odpadających tynków i bardzo dużej wilgotności powietrza, na ulicach belgijskich miast panuje raczej porządek i to "raczej" dodałam tylko przez wzgląd na Brukselę. Stolica okazała się zresztą nie tylko brzydsza ale i nudniejsza od całej reszty. Po prostu kolejne wielkie miasto, w którym nawet Carrefour Express tnie przyjezdnych na cenach czekolad.
Brugię zdominowali turyści. Prawdziwi mieszkańcy albo wymarli, albo udają że ich nie ma, albo nie wychylają nosa zza drzwi sterroryzowani przez hałaśliwych Hiszpanów (tak- Hiszpanie na wakacjach krzyczą jeszcze głośniej). Biorąc pod uwagę, że o tej porze roku turystów nie było aż tak wielu, czasem wydawało nam się, że byliśmy w miasteczku zupełnie sami. Zatrzymaliśmy się w St Christopher's Inn, hostelu wpisanym na listę The Famous Hostels, gdzie obsługa mówiła świetnie w czterech (!) językach. We Flandrii zresztą trzy języki (holenderski, francuski i angielski) znają właściwie wszyscy. Dzięki rewelacyjnym mapkom use-it (jeśli wybieracie się do Belgii koniecznie o nie spytajcie! Można je dostać w Brukseli na Schildknaapsstraat 24 Rue de l'Ecuyer) dotarliśmy też do mniej znanych miejsc, jak kompleks apartamentowców, który powstał wykorzystując zabudowania dawnego więzienia.
Poza tym jednym dziwacznym, a w nocy nawet trochę strasznym miejscem, Brugia okazała się tak urocza jak na filmie. Malutkie domki z oknami na poziomie parteru przysłoniętymi zasłonami, które strzegły tajemnicy brugijskich wnętrz i ich mieszkańców. Czasem udało się dostrzec jakiś skrawek pokoju, który urządzeniem przypominał galerię albo klimatyczną kawiarenkę. Cisza i spokój większości uliczek i placów, nieruchoma woda w kanałach, stylowe ale raczej opustoszałe puby, wszystko to co dla mnie stanowiło esencję tego miasta wcale nie kontrastowało z gwarnym centrum, aleją nowoczesnych butików i czekoladowymi penisami na wystawach czekoladowych sklepów. Penisy wzbudzały zresztą wielką radość wśród objedzonych słodkościami rodziców... z dziećmi.
Pomyślałam sobie, że w takim mieście na pewno fantastycznie się żyje. Wyobraziłam sobie ewentualną przeprowadzkę, szukanie pracy (to nie powinno być ciężkie- kasjerzy obsługujący nas w supermarketach nie mieli więcej niż 18 lat), szukanie znajomych... i doszłam do wniosku, że żeby czuć się tam naprawdę dobrze musiałabym się tam urodzić. Belgowie których spotkaliśmy byli niezwykle uprzejmi i taktowni, bliżsi nam sposobem myślenia niż Hiszpanie, ale mimo wszystko, trzeba to sobie przyznać, że Polsce i do Belgii jeszcze sporo brakuje. Mam tylko nadzieję, że pójdziemy właśnie w tę stronę, że coraz lepiej nauczymy się dostosowywać do świata, a nie poprzestaniemy na samozadowoleniu i iście hiszpańskich w stylu okrzykach, że to świat powinien dostosować się do nas.