Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metro. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2009

Mortal Combat

Wojenkę w nowoczesnej oprawie urządziło sobie kilku facetów w jednej z madryckich dyskotek. Na szczęście nikt z zaangażowanych w starcie nie został ranny, ani nawet aresztowany. Wszyscy zginęli. Za winnych strzelaniny uznaje się walczącą o wpływy w mieście mafię... bułgarską i skinheadów z grupy Los Miami.

Kto by pomyślał! Bułgar Ivayło (świetny gość z poprzedniego kursu) przekonywał mnie, że w Segovii (gdzie pomieszkuje) to Polacy po wódce lubią sobie urządzić bijatykę. Możliwe, ale to jego rodacy szybciej ogarnęli jak się robi FATALITY!

PS.: I tak to wszystko nie umywa się do tego, co dzieje się w nowojorskim metrze, gdzie- jak przekonywała nas Amerykanka- grasuje wielu zabójców.
Czytaj więcej

13 stycznia 2009

Dniami i nocami

Dniami i nocami korzysta się w Madrycie z transportu publicznego. Linii metra jest tu 12 razy więcej niż w Warszawie (z litości dla mojego miasta pomijam 3 linie metra naziemnego i 1 linię wahadłową) i są dłuższe ponad 13 razy od tego co znamy ze stolicy Najjaśniejszej RP. W nocy po godzinie drugiej można jednak o metrze zapomnieć. Pozostają autobusy nocne, które podobnie jak w Warszawie odjeżdżają z jednego punktu miasta. Takich linii (też oznaczonych "N", zwanych tu sympatycznie sowami) jest od groma, kursują dość często, a do tego wspomagane są przez "L" jeżdżące co 15 minut wzdłuż każdej z linii metra (to jest ewenement!). Tego byliśmy pewni idąc w ostatni czwartek na urodzinową imprezę do kolegi z praktyk Tomka.

Hipokryzją byłoby narzekać na funkcjonowanie madryckiej komunikacji, więc jedynie napiszę Wam jakież to zdziwienie spotkało nas, gdy późną i cholernie zimną nocą najpierw doczytaliśmy się na przystanku, że "L" działają tylko od piątku do niedzieli, zaś w dni powszednie "N" wymiękają nawet przy warszawskim odpowiedniku, bo z ich usług skorzystać można rzadziej niż raz na godzinę. Trudno powiedzieć jakim cudem do tej pory to przegapiliśmy: mieliśmy szczęście, czy rzadko wracaliśmy tak późno w dniach poniedziałek-czwartek? W każdym razie twardo postanowiliśmy ruszyć na piechotę do domu, choć temperatura oscylowała już w okolicach takich, przy których niedźwiedzie polarne biegną po kurtkę do sklepu Rossignola. I szliśmy "na czuja", rzecz jasna. Natrafiliśmy na stare torowisko pełne wymarłych pociągów, na stada wygłodniałych wilków (kryzys) i na bezrobotne prostytutki (wszystkie pracujące stacjonują w nowej-starej pracy Mileny). W trochę ponad 1/3 drogi, po godzinie marszu, złapaliśmy taksówkę i skończyło się nasze kozaczenie (a sumienie krzyczało: "Ty nie dasz rady?!").

I tak oto nie okazał się Madryt rajem komunikacyjnym, ale mimo wszystko to już firmament nieba. Dla zachowania walorów informacyjnych tego bloga uprzejmie donoszę, że bilet miesięczny kosztuje każdego powyżej 20 roku życia 46 euro, zaś za 10 przejazdów obecnie zapłacicie 7,40 euro. Czy to jest dużo? W stosunku do otrzymywanych korzyści i tutejszych zarobków zdecydowanie nie. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że gdyby składkę podniesiono do 60 euro, to każda rodzina miałaby tu swoją linię. Madryt swoją pulę środków unijnych wykorzystał perfekcyjnie. Po 2007 roku już pieniądze w tym kierunku prawie przestały płynąć, teraz podążają w naszą stronę. Wierćmy zatem!
Czytaj więcej

4 listopada 2008

W oczekiwaniu na relację z weekendowego wypadu do Salamanki (nasz wydawca ma dużo pracy) przesyłam Wam kolejną porcję nowinek z mojego kursu.

Dziś na przykład kobieta od zajęć ustnych uraczyła nas swoimi przemyśleniami na temat wyborów w USA (tu wszyscy są za Obamą- atmosfera trochę jak przed polskimi wyborami do parlamentu sprzed roku, a ja nie rozumiem czemu Europejczycy też tak się tym emocjonują?). Otóż dowiedziałem się, że w Stanach wszyscy wykształceni, studiujący i mający lepszą pracę głosują na demokratów, zaś wsiowe głupki wybierają republikanów. Równie wielką głupotę wygłosiłaby chyba tylko wówczas, gdyby uznała, że jest szczupła.

Na szczęście reszta "profesorów" to kumata ekipa. Jednemu gościowi wręcz wiedza i bystrość wylewają się z głowy. Do tego ma świetne poczucie humoru. Niedawno tłumaczył hiszpańskie słowo oznaczające stronnictwo, ugrupowanie. "Mamy na przykład stronnictwo Obamy i stronnictwo McCaina, stronnictwo Zapatero i Aznara, [stanął nad Rosjanką, spojrzał jej w oczy] stronnictwo Putina i stronnictwo... Putina!". Poza mną zaśmiała się tylko jedna z Francuzek...

Prawdę mówiąc czasem zamieram w oczekiwaniu kiedy od któregoś ze studentów padnie magiczne: "Jesteś z Polski? A czym przypłynąłeś do Hiszpanii?!" albo "Macie w Polsce psy?" (to popisowe pytania "koleżanki" Mileny z poprzedniej pracy, a było ich sporo więcej, jednak nie podam od razu wszystkich, bo mogłoby Was to zabić). Z każdym rokiem, w którym nie przybliżamy się poziomem rozwoju kraju do zachodu, upadamy po raz kolejny. Oni budują kolejne kilometry autostrad, kupują kolejne supernowoczesne pociągi, wydrążają kolejne tunele wzdłuż rzek, a na święta Madryt wyda 600000 euro na bombki i światełka. A my cierpimy za ich grzechy.

Ale tu jest przynajmniej ciekawie, szczególnie w metrze. Wchodzę, mijam gejowską parę trzymająca się za ręce, dalej napotykam na namiętnie całujące się lesbijki, a w metrze muzyką w słuchawkach zagłuszam modły jakiegoś muzułmanina gibającego się z zamkniętymi oczami w rytm wygłaszanych przez siebie wersetów. Różnimy się, ale po minięciu linii mety w Brazylii przez Hamiltona wszyscy chcieliśmy go zamordować. I to jest piękne!
Czytaj więcej