25 grudnia 2008

Trochę dziwna ta klawiatura nie od laptopa. Wszystko rozumiejący wkoło ludzie to też pewna nowości, ale przynajmniej znalazło się towarzystwo do rozmów na lotnisku w Pradze.

Dotarliśmy na Święta. Karola u babci, ja w domu, powoli napełniamy się atmosferą i gromadzimy dla siebie zapas pozytywnych skojarzeń prosto z Polski, żeby zachować je na drugą (większą, jak to z połowami bywa) połowę roku. Z powrotem wszystko miało być dość proste- bieganie za prezentami, jeden, a może i dwa dni spokoju i pożegnalnego Wesołych Świąt w kierunku Madrytu, a następnie na lotnisko, odpowiednio wcześniej, aby nic nam nie mogło stanąć na drodze do odpicowanego Okęcia. Piątek- świąteczne spotkanie Polonii madryckiej w składzie: Karola, Milena, Blondi, Ania, Sychu, Tomek. Gorączkę 38 stopni przed wyjściem na kolację tłumaczę zdrowym pobudzeniem po otrzymanych dziesiątkach z egzaminów. Sobota- bieganie po sklepach, ogrom zakupionych prezentów i przyjemne uczucie, że już niewiele zostało, żeby w spokoju móc popatrzeć na pięknie oświetlony Madryt zanim się spakujemy. Niedziela- nie jestem w stanie wstać z łóżka, czołgam się po ścianach, a moje czoło spokojnie zastępuje grzejnik w pokoju. Na dworze od kilku dni 17 stopni, grzeje słońce, a ja w łóżku podbijam średnie temperatury i przy 40 stopniowej gorączce jedyne o czym marzę, to żeby to wszystko było tylko złym snem. W takim stanie prędzej namówiłbym moją torbę z prezentami, żeby sobie pomaszerowała odprawić się na lotnisko, niż sam bym na nie trafił. Najwyżej mógłbym zapakować się do podręcznej walizki i pozwolić odłożyć się do luku. Poniedziałek- kompletny brak sił i silne osłabienie (to się nazywa zwalić gorączkę!), a Karola kolejny dzień musi za siebie i za mnie dokańczać świąteczne zakupy, znów się mną zajmować, no i ostatni raz idzie do pracy i ostatni raz daje korki z angielskiego. Sądny dzień, ale na wtorek plan jest opracowany- taksówka do granic miasta do linii metra dojeżdżającej na sam terminal, oczywiście bez stresu, odpowiednio wcześniej.

Wtorek- taki powrót to nawet jakbym był zdrowy, przyprawiłby mnie o ból głowy. Taksówka nie przyjechała, bo pani z centrali pomyliła numer ulicy (byłem przy tej rozmowie, pani musiała być głucha albo pijana). Następnie jak najszybciej, czyli za 15 minut, podstawiono następny dyliżans, informując wcześniej, że stoi już pod drzwiami, choć jeszcze 10 minut go tam nie było. Czas się skurczył tak, że pozostało proszenie taksówkarza, żeby dał z siebie wszystko i odwiózł nas pod same drzwi lotniska. Zdążył, bo tuż przed Świętami nie było już korków, a Madryt w dwa lata zafundował sobie gigantyczny tunel-obwodnicę, który może przyprawić o kompleksy (nawet Polaka!). 10 minut do zamknięcia stanowisk- spoko, przecież w każdym normalnym kraju otwiera się dodatkowe stanowiska dla kończących się odpraw, ewentualnie wywołuje z kolejek tych, którzy dotarli w miarę na ostatnią chwilę (no bo kurważ ich mać, ma się do tego prawo), ALE NIE W HISZPANII. Hiszpania to taki alternatywny kraj, w którym mówi się ludziom: stańcie w kolejce na godzinę i liczcie na to, że się ona rozstąpi jak Morze Czerwone dla Mojżesza i się wyrobicie w 10 minut. Dobrze że Karola była w formie fizyczno-umysłowej (muszę przyznać, że ja potwornie osłabiony głównie tępo patrzyłem się przed siebie starając się nie stracić świadomości) i wywalczyła możliwość odprawy w biznesklasie, czym uratowaliśmy skórę sobie i innej Polce oczekującej w wielkiej kolejce (a ludzie chętni do przepuszczania wcale nie są- "wszystkim się spieszy"). Fakt, że Karola w poszukiwaniu wody już przed odlotem gdzieś się zgubiła, bo zrobiło jej się słabo pomijam, bo chociaż znalazła się parę minut po planowanym odlocie, to samolot miał opóźnienie, więc dostaliśmy się na pokład.

Hiszpana, który utrudnia Ci powrót do kraju można zamordować na różne sposoby- można wsadzić go do wanny i wrzucić do niej toster (nie wyłączając uprzednio go z prądu), można zamachnąć się na niego siekierą, ewentualnie spróbować zastrzelić. Polecam, bylebyście wcześniej poćwiczyli na karpiach. Jak coś robić, to porządnie.

Wesołych Świąt!
Czytaj więcej

15 grudnia 2008

Nie opowiadałem w końcu dziś na zajęciach o naszym pięknym kraju wódką i piwem płynącym. Mieliśmy zastępstwo, gdyż prowadzącemu zajęcia zmarł wczoraj tata. Trochę jednak facet przesadził, tak sobie po prostu umrzeć. Nieźle nas wykiwał. So it goes.

Dziś w metrze zacząłem się śmiać prawie na głos, gdy na przeciwko mnie usiadła kobieta-pączek. Gdy już wcisnęła się na siedzienie między dwie inne osoby, to nie dosięgała nogami do podłoża. Ona ma tłusty czwartek cały rok. Pożarła go i już nie odda. Może to i lepiej, bo jednocześnie, jest doskonałą (chodzącą- póki co, ale raczej już niedługo) antyreklamą tłustego czwartku. Dobrze, że od jakiegoś czasu wszyscy w komunikacji miejskiej czytają jedną i tę samą pedofilską książkę o dziecku w piżamie w paski, co trochę odwróciło uwagę od mojego dławienia się śmiechem i nie było skandalu. Nie wiem swoją drogą czemu aż tak zafascynowano się tym kryminałem, ale chętnie sprawdzę "kto zabił" i dam wam znać. A Severus Snape jednak był dobry!

Metrem jechał też gość, który sprawdzał klasówki z matematyki, najwyraźniej z jakiejś podstawówki, bo tematem były NWW (najmniejsza wspólna wielokrotność) i NWD (największy wspólny dzielnik). Biedne dzieciaczki prawie od góry do dołu miały jedynki. Normalnie pomyślałbym, że się zestresowały i nie poszło, ale potem przypomniałem sobie, że jestem w Hiszpanii, krainie bez szeroko zakrojonych intelektualnych ambicji. I to wyjaśniło wszystko w mig.
Czytaj więcej

12 grudnia 2008

Pomożecie?!

W najbliższy poniedziałek na zajęciach z gramatyki mam opowiedzieć kilka słów o Polsce. To niby nic specjalnie trudnego, szczególnie że można polegać na pytaniach z sali, ale może macie jakieś podpowiedzi, czy sugestie, o czym warto wspomnieć? Jednak ta grupa (inna niż ta od prezentacji) i ten prowadzący są dość rozgarnięci, więc wciskanie kitu można sobie odpuścić. Podrzućcie kilka pomysłów i przy okazji pokażcie, że wciąż tu zaglądacie, bo ruchu w komentarzach nie widzę! Napisalibyście chociaż, że tęsknicie, że rezerwujecie czas po Świętach na spotkanie i że na waszych uczelniach zapieprz na całego!

W tym miejscu miałem Was prosić o jeszcze jedną radę- w sprawie prezentu (do 3 euro:)) dla osoby, którą wylosowałem w zabawie w niewidzialnego przyjaciela we wspomnianej grupie. Ale w Madrycie jest coś, co kosztuje 3 euro i co każdego ucieszy. Bilet na Majorkę (ze wszystkimi opłatami) w jedną stronę. Przyjazny kraj, nie?

W drugiej części wpisu opowiem Wam jak z Sychem walczyliśmy o miejsce w pierwszym składzie Realu Madryt dla Jerzego Dudka. Otóż na meczu z Zenitem (rosyjscy kibice są tak samo fanatyczni jak polscy i dzięki nim na stadionie bywało głośno) z takim zaangażowaniem dopingowaliśmy Jurka i gorąco oklaskiwaliśmy jego liczne (dwie) interwencje, że niczyjej uwadze nie mogło to ujść. I oto następnego dnia dzięki ekstatycznym reakcjom tłumu nowy trener Królewskich oznajmił, że zastanawia się czy to nie Dudek powinien zagrać w klasyku z Barceloną z uwagi na cztery fenomenalne parady podczas spotkania z Zenitem. Jak widać nie tylko ja przyszedłem trochę zawiany na stadion (dlatego to zdjęcie takie ruszone), trener też lubi sobie chlusnąć.

Tymczasem w Madrycie dziś studenci świętują Sylwestra. Nie pytajcie, bo sami nie wiemy, dlatego wychodzimy się przekonać. 10... 9... 8...
Czytaj więcej

9 grudnia 2008

Prezentacja

Dziś na konwersacjach miałem swoją prezentację (Muha! Umiem już zrobić kilka rzeczy w powerpoint!), która ma mi dać certyfikat ukończenia tej części kursu. Miało być coś o własnym kraju lub mieście, żeby było ciekawie. I przyznaję- pomysł w miarę wypalił, pomimo niektórych słabo przygotowanych wystąpień (czy tylko ja tak mam, że jak mam czas na zrobienie czegoś to sprawdzam słowa, których chcę użyć, a nie potem co chwila: jak to się mówi? jak to będzie? A internetu nie masz? albo słownika?). Dodatkowo okazało się, że grupa całkiem nieźle orientowała się w sytuacji Polski. Zupełnie bez zdziwienia przyjęli fakt, że po naszych ulicach chodzą niedźwiedzie polarne, kiwali ze zrozumieniem głowami, gdy opowiadałem jak to pięcioletnie dzieci piją z rodzicami do obiadu wódkę ze szklanek, a jako przejaw nowoczesności nawet uznali, że w Polsce je się tylko to, co każdy wyhoduje w przydomowym ogródku (dom i ogród każdemu zapewnia państwo). Jedynie nie chcieli mi uwierzyć, że w Polsce niedawno prezydentem i premierem byli bracia bliźniacy!

Dobra, nie wierzcie we wszystko co piszę. Tak naprawdę prezentacja była całkiem zwykła, bardziej czytana niż deklamowana, a jej temat stanowiła historia Warszawy (pokazałem trochę zdjęć- jak to było przed 1939, w co Niemczury obróciły moje miasto i jak Ruscy je finezyjnie odbudowali), a potem postawiłem na biurku buteleczkę Wyborowej (dzięki Kacper!) i opowiedziałem o zwyczajach alkoholowych Polaków. Przyznaję, że nie wszystko było na poważnie, więc jeśli kogoś wkurza rozprzestrzenianie stereotypów to swobodnie może się powyżywać w komentarzach!

Mam jeszcze gratkę dla wielbicieli nieprawdopodobnych przypadków. W piątek po zajęciach na przejściu dla pieszych koło mojego fakultetu minąłem się z Gosią (i Elen, i sympatyczną dwójką z Wrocławia) zazwyczaj będącą na Erasmusie w Barcelonie. Dobrze, że to ona mnie zobaczyła, bo ja pomyślałbym, że właśnie minąłem ducha (chociaż byliśmy wstępnie umówieni na wieczór). Spotkać się przypadkiem w Madrycie, przy oddalonym od metra wydziale na uniwersytecie kawał od centrum to coś jak trafić idealnie w IQ Challenge stolicę Wysp Marshalla. Musieliśmy się za to napić!
Czytaj więcej

1 grudnia 2008

Ale odlot!

Skuszeni wielką jesienną promocją Ryanaira, kupiliśmy bilety do Brukseli na styczeń. Odkąd zeszłej zimy obejrzeliśmy świetny film "In Bruges", który zdecydowanie skrzywdzono w Polsce tłumacząc tytuł jako "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", myśl o wyjeździe do Belgii powracała do nas co jakiś czas. Potem okazało się, że w Brugii jest jeden z zachwalanych Famous Hostels, o których pisał już Rafał przy okazji wyjazdu do Barcelony. I w końcu wczoraj zobaczyłam na ulicy tego karła z "In Bruges"! Musieliśmy pojechać.

Przy okazji Ryanaira chciałabym przestrzec wszystkich oszołomionych niskimi cenami biletów. Po pierwsze, w cenę biletu wliczony jest tylko bagaż podręczny. Ryanair dolicza sobie 30 euro za każdą sztukę bagażu nadanego, przy czym za tą opłatą można wziąć ze sobą tylko do 15 kg. Opłaty za nadbagaż przyprawiają o zawrót głowy. Poznany przez nas ostatnio Hiszpan musiał dopłacić kiedyś 200 euro za niecałe 30 kg (w tym 15 kg. nadbagażu). Zdesperowany, aby odchudzić swój bagaż, zjadł prawie wszystkie czekoladki, które wiózł rodzinie w prezencie. Po drugie, trzeba BARDZO uważać przy dokonywaniu wpłaty. Potwierdziliśmy wszystkie dane, portal trochę się zastanowił i poinformował, że wystąpił błąd i powinniśmy spróbować jeszcze raz. Na szczęście, nie podążyliśmy za instrukcjami, tylko sprawdziliśmy, że przyszło potwierdzenie rezerwacji, a pieniądze zostały ściągnięte z konta. Nasza koleżanka uwierzyła Ryanairowi i tydzień temu zapłaciła za bilety do Paryża dwa razy. Sprawę dało się wprawdzie odkręcić, ale na telefony do Irlandii swoje wydała (z Ryanairem nawet nie można się normalnie skontaktować, jedynie poprzez wysokopłatne numery telefoniczne).

Bilety już mamy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że samolot odleci względnie o czasie i z nami na pokładzie. Na lot WizzAirem z Barcelony do Cluj Napoca w wakacje spóźniłam się, bo na rezerwacji podano mi późniejszą niż faktyczna godzinę odlotu. W piątek w nocy skontaktowanie się z WizzAirem okazało się zupełnie niemożliwe. Na telefony odpowiadano po węgiersku, albo wcale, i tylko dzięki przytomności jednej z naziemnych stewardes odprawiono mnie do Bukaresztu (szkoda tylko że to aż 500 km do Cluj)

Zresztą nie tylko tanie linie są źródłem kłopotów. Moja siostra miała problem z powrotem do Warszawy, gdyż piloci Air France ogłosili trzydniowy strajk. Spędziliśmy przez to trzy godziny na lotnisku, trzy dłuugie godziny, biorąc pod uwagę nasz poimprezowy stan. Linia sprawnie przebukowała lot, może zbyt sprawnie, bo potem okazało się że na jedno miejsce czekało w samolocie dwóch pasażerów. Tyle że w tym wypadku można chociaż liczyć na przeprosinowy posiłek do syta i próby wyjścia z twarzą z zafundowanych niedogodności.

Tak, coraz więcej linii ostatnio bankrutuje. Samoloty się spóźniają a bagaże giną gdzieś po drodze... Ale nie zrażajcie się tak od razu. Jak już pewnie zauważyliście w lewym dolnym rogu umieściliśmy nowy widget. Teraz bardzo szybko możecie sprawdzić jak i kiedy można do nas przylecieć :)
Czytaj więcej

27 listopada 2008

Intensywnie

Listopad poza pożółkłymi liśćmi na niektórych drzewach i większą ilością prac zadawanych na studiach Karoli i na moim kursie, przyniósł nam także trochę aktywności stricte turystycznej. Stało się tak za sprawą przyjazdu Weroniki (siostra K.). Wreszcie ktoś nas wyciągnął, by zobaczyć to, czego turysta przegapić nie powinien. I tak, zobaczyliśmy Pałac Królewski (niebrzydki- jakby mnie król Jan Karol zaprosił na czwartkowy obiadek to nie odmówiłbym) ze świetnym widokiem z dziedzińca na miasto (może to nie to samo, co miała królowa Sissi w Achilleonie na Korfu, ale też przyjemnie!), poszliśmy do Prado (moje refleksje na temat "sztuki" podaruję Wam w innym wpisie), zwiedziliśmy historyczną dzielnicę rozpusty- Malasaña, no i pojechaliśmy do Toledo. Ponownie często towarzyszył nam (albo motywował do wyjścia) Tomek.

Na pociąg do Toledo oczywiście się spóźniliśmy, choć możemy się usprawiedliwiać, że to kolejka po bilety nas zatrzymała. Pojechaliśmy trochę później i zastaliśmy miasto zatopione w onirycznej atmosferze, wręcz idyllicznej. Do tego Tomek naprowadził nas na ścieżkę wiodącą nad rzeką, niemal otaczającą miasto, gdzie poza niesamowitym spokojem i kilkoma wędkarzami mogliśmy zobaczyć ruderę, do której prowadził prom linowy (rzetelność reporterska podpowiada mi, że ten prom raczej przypominał paletę) i domki z tarasami zamiast dachów. Potem standardowy obchód między lokalnymi barami a zabytkami i muszę przyznać, że dałbym radę pomieszkać tam przez jakiś czas. Czułbym się trochę jak na średniowiecznym dworze pięknie położonego zamku, gdzie rankami rubasznymi żartami niepokoiłbym niewiasty w karczmach, a wieczorami schodził nad rzekę polować na potwory. A potem znalazłbym dziecko-niespodziankę i napisałbym książkę, którą nazwałbym dajmy na to... Wiedźmin. O, jaka ładna nazwa!

Nocne przechadzki w towarzystwie alkoholu nie przyniosły specjalnie nic nowego. Nadal Hiszpanie nie grzeszą inteligencją i czekając na wejście do jednego pubu (hawajskiego!) urządziliśmy sobie happening z udziałem własnym i tutejszej młodzieży. Mało brakowało, a podstępnie wyprzedzilibyśmy ich w kolejce. Nie zagapili się jednak aż na tyle:
- Nie jesteśmy głupi!- wykrzyknął jeden z nich w swym narzeczu
- Wydaje ci się- odparłem po polsku
- Skąd jesteście?- spytali
- Z Ameryki- pozwoliliśmy sobie skłamać
- Znacie hiszpański?- chcieli się bratać
- Nie- pozwoliliśmy sobie skłamać po raz drugi (szczególnie Karola i Tomek)
W tym miejscu odbyła się krótka narada w gronie naszych rozmówców, której podstawową kwestią było "W jakim języku się mówi w Stanach?". "Po angielsku"- brzmiał ostateczny werdykt- trafili! Zdolniachy!
- EEE YYY Do you eee yyy eee LIVERPOOL!!!- postanowili podtrzymać rozmowę
- ?!
Ta rozmowa trwała, a im bardziej oni robili z siebie pajaców myśląc, że rozmawiamy między sobą po angielsku, tym bardziej przekonani byli, że my nic nie rozumiemy ("głupi obcokrajowcy, nic nie kumają!") i tym chętniej robili uwagi o nas. Kiedy dostaliśmy już stolik (o dziwo przed nimi) Tomek dobił ich jakimś komentarzem po hiszpańsku i sądząc po wymownym milczeniu, chyba autentycznie zrobiło im się głupio.

Czasem jednak noce w Madrycie przynoszą też zagadki. Taką były drzwi z poświatą, obok domofonem i regulaminem (trzeba być czystym, nie można być w ciąży i wiele innych). Zupełnie nie przeczuwając co się może za nimi kryć, kierowany ciekawością, zadzwoniłem. Ja TEGO nie widziałem, ale Milenę TO COŚ prawie uderzyło drzwiami. Wyjrzało i stwierdziwszy, że chyba to nikt na poważnie, zatrzasnęło wrota. TO COŚ było nagie i nie było kobietą. Milena do dziś nie odzyskała pełni zmysłów.
Czytaj więcej

26 listopada 2008

Blog zamarł... Trzeba to sobie powiedzieć, trochę go zaniedbaliśmy. Czasem wydaje się, że nie ma o czym pisać- przyzwyczaiłam się już, że pogoda jest śliczna, a ludziom trzeba tłumaczyć, co to jest "remake". Poza tym i tak spędzam przed kompem kilka godzin dziennie przygotowując korki, albo "odrabiając lekcje". No i nigdy nie prowadziłam bloga. Ale, ale, dość już tych marnych wymówek! Siedzę właśnie na Uniwersytecie. Spotkałam się z dziewczynami i miałyśmy kończyć naszą grupową pracę. I powiem Wam, że hiszpańskie uczelnie nie przestają mnie zadziwiać. W kafeterii bez problemu można sobie kupić piwo, a nawet whisky, a koledzy przy sąsiednim stoliku ani trochę się nie krępują i nie kryją się ze skrętami. Na całym piętrze roznosi się ten charakterystyczny zapach.

Już od ponad tygodnia parter zajmują śpiwory i namioty. Studenci CCI (Ciencias de la Información) protestują przeciw Bolonii. Niech sobie protestują. Mam tylko nadzieję, że są nieco bardziej zorientowani w temacie niż dziewczyna z pracy Mileny, która zadeklarowała, że nie jest za systemem Bolońskim, tak jak nie jest za demokratycznym, ani za żadnym innym.
Czytaj więcej

16 listopada 2008

Salamanka

Gdyby Salamanka była zwierzęciem to na pewno przybrałaby postać kapibary. Nie wiem czy moja argumentacja zabrzmi przekonująco, ale bardzo spodobał mi się ten gryzoń, tak jak spodobała mi się Salamanka. (Czasem zastanawiam się, czy aby nie cofam się w rozwoju)

Nasze wyprawy moglibyśmy wiecznie reklamować: "spóźnij się z Karolą i Rafałem!". Niezliczoną ilość razy, gdziekolwiek byśmy nie byli, zawsze wbiegamy do pociągu czy autobusu minutę przed odjazdem, o ile w ogóle zdążamy. Doskonale w ten klimat wkomponował się Tomek, o mało nie zostałby przymusowo w Salamance. Wcześniej o mało, a nie pojechalibyśmy do niej wcale (tym razem dreszczyk emocji zapewniła Karola). Sporo byśmy stracili.

Salamanka jest miastem studenckim- takim co sypia mało. W nocy rozkwita, a na kacu wygląda całkiem inaczej, choć nadal imponująco. Świetny klimat na erasmusowski wyjazd. Tomek robiąc sobie przerwę na studiach spędził tam rok i najwyraźniej się nie znudził, bo wciąż chce tam wracać. Dzięki jego starym znajomościom mieliśmy zapewniony nocleg i towarzystwo. Barowa turystyka w Halloween została urozmaicona przebierańcami, a że przebrała się większość miasta, to wyglądało to trochę jak konkurs na najlepszą kreację. Pamiętam, że kiedyś w starych, gorszych czasach mówiło się, że jak ktoś nie był w Lokomotywie, to nie wie co to znaczy prawdziwa impreza. Myślę, że hiszpańskim punktem odniesienia dla nocnej aktywności (hulanki, swawoli) spokojnie mogłaby zostać Salamanka. To też idealny przykład na to, że kompletne bezprawie może iść w parze z bezpieczeństwem, względnym spokojem i porządkiem (za dnia- no bo jednak tam nie mają BCNety, która 10 razy w nocy zmywa barcelońskie ulice).

Z premedytacją zostawię temat Salamanki nierozwinięty, niedokończony, bo planujemy tam jeszcze trafić. Chupitos, patatas bravas i prawdziwy Arab (taki, wiecie, prawdziwy z dziada pradziada!) będą za nami tęsknić, ale na pewno poczekają!
Czytaj więcej

15 listopada 2008

Wpadliśmy w cug. Właśnie zorientowałem się, że już sobota, chociaż jeszcze przed chwilą była środa po południu. Na pewno nadrobimy tu zaległości, bo niedługo skończą nam się pieniądze, a byle czego pić nie będziemy! A tymczasem spadam, bo czeka na mnie niunia tak gorąca, że chyba wypaliła mi kołdrę!
Czytaj więcej

7 listopada 2008

Najpierw mistrzostwo zdobył ten... ech, będzie że rasizm, że nietolerancja, że zazdrość, zawiść i cały ten festiwal kłamstw i oszczerstw. Najpierw mistrzostwo zdobył sympatyczny Lewis Hamilton, który w wieku 22 lat (ja jeszcze wtedy byłem małym szczylem i studiowałem na 3 roku zarządzania) po niepełnym sezonie w F1 postanowił wydać autobiografię (no jednak nie mogę się powstrzymać- jebany megaloman), bo uznał, że za mało zarabia.

Potem Obama coś tam wygrał, aczkolwiek nie umywa się to do zwycięstwa w hiszpańskiej loterii świątecznej, po której kupony ustawiają się kolejki, którą pracodawcy rozdają pracownikom w ramach świątecznych bonusów i o której właściciele sklepów powiadamiają wielkimi napisami w oknach wystawowych, że JUŻ JEST! Powiem szczerze, że wybór (skrajnie niedemokratyczny zresztą- wartościowanie poszczególnych stanów, to na pewno ma coś z rasizmu!) prezydenta gdzieś za wielką wodą mnie średnio ekscytuje, ale zaciekawiła mnie popularna argumentacja, że Obama będzie lepszy, bo to "powiew świeżości" w polityce. Otóż, stosując to kryterium najlepszym przywódcą Stanów Zjednoczonych byłby spray Ambi Pur. Nie sądzę, żeby Obama radził sobie z zapachem kota, tak jak ten wynalazek!

I wreszcie w środę wieczorem dotarłem na Estadio Santiago Bernabeu na mecz Ligi Mistrzów, żeby zobaczyć jak Blancos z Madrytu dostają po tyłku od Bianconerich z Turynu (DEL PIERO!). Towarzyszył mi Sychu, który wykazał się obrotnością i w porę zakupił dla nas bilety. Widzieliście w telewizji? Byłem w czerwonej kurtce na przeciwko trybuny głównej! Musieliście widzieć, machałem!
Czytaj więcej

6 listopada 2008

Klimat miasta

Właściwie aż do poprzedniego weekendu (sprzed wyjazdu do Salamanki) nie udało mi się w pełni poczuć kilmatu madryckich ulic. Inaczej niż w Warszawie oczywiście było- ciepło, jasno do późna, ulice pełne barów, bary pełne zgiełku. To wszystko istniało sobie, ale tak jakoś obok.

Mieliśmy wówczas pojechać na weekend do Teruel, ale przeraziły nas ceny biletów (20 euro za osobę w jedną stronę(!), a Teruel wcale nie jest AŻ TAK daleko). Pomyśleliśmy o Salamance, trochę po niewczasie, bo w piątek wieczorem pełne były już wszystkie hostele i co wygodniejsze pociągi. I tak, zostaliśmy w domu (co się odwlekło, nie uciekło!), nieświadomi odkrycia, które nas czekało.

Spaliśmy do późna, pospacerowaliśmy po nieznanej nam dotąd części naszej najbliższej okolicy-Carabanchel- i zrobiliśmy dobry obiad. Okazało się, że spokojne ulice naszej dzielnicy już za rogiem stacji metra zaczynają tętnić życiem! Wieczorem wyszliśmy na miasto. Na Sol o 21 gromadzi się więcej ludzi niż na wyprzedaży w Zarze (Media Markt jednak nie ma tu takiego wzięcia- Madrytczycy nie chcą się oszukiwać i głupio im paradować z torbami z napisem: "nie jestem głupi"). Poszliśmy w stronę Huertas, a pierwszy wolny stolik znaleźliśmy dopiero za placem Santa Ana! Nawet podłe wino zdaje się rozpieszczać podniebienie, kiedy pod koniec października przychodzi cieplutka noc i można usiąść na zewnątrz, łącząc przyjemność picia wina z chęcią przebywania wśród tych wszystkich szczęśliwych nieznajomych na ulicy.

Po jednym barze przyszedł czas na drugi, po jednym kieliszku, na następny... Towarzyszył nam Tomek (nie zgubcie się- to już trzeci który nas odwiedza!), który przyjechał do Madrytu na rodzaj Erasmusa z płatnymi praktykami. Niestety, ani Uniwersytet Warszawski, ani Autonoma de Madrid nie chciały wziąć na siebie odpowiedzialności wyznaczenia daty rozpoczęcia praktyk, więc Tomek sam ją sobie w końcu wyznaczył. Wszystkie opowieści przebiła jednak ta o jego pracy jako testera nowych ciasteczek. Fundowanie mu śniadania i wypłacanie całkiem niezłej dniówki pewnie nie bardzo się opłaciło pracodawcom, bo Tomek nie rozumiał 3/4 pytań i odpowiedzi z ankiet, które wypełniał. Nieraz zapewne dziwowali się nad jego wysublimowanym gustem.

W końcu, trochę już uhahani, trafiliśmy na botellon na gejowskej dzielnicy Chueca. Botellon? Ale jak to, przecież w Madrycie od jakiegoś czasu nie można już pić na ulicy! Może i nie można, ale wszyscy piją i policja z reguły obojętnie mija miło spędzające czas grupki studentów. Zakaz był potrzebny, żeby policja w razie czego MOGŁA zareagować, co nie znaczy, że musi. Przyjemna odmiana od tego co w Polsce, prawda?
Czytaj więcej

4 listopada 2008

W oczekiwaniu na relację z weekendowego wypadu do Salamanki (nasz wydawca ma dużo pracy) przesyłam Wam kolejną porcję nowinek z mojego kursu.

Dziś na przykład kobieta od zajęć ustnych uraczyła nas swoimi przemyśleniami na temat wyborów w USA (tu wszyscy są za Obamą- atmosfera trochę jak przed polskimi wyborami do parlamentu sprzed roku, a ja nie rozumiem czemu Europejczycy też tak się tym emocjonują?). Otóż dowiedziałem się, że w Stanach wszyscy wykształceni, studiujący i mający lepszą pracę głosują na demokratów, zaś wsiowe głupki wybierają republikanów. Równie wielką głupotę wygłosiłaby chyba tylko wówczas, gdyby uznała, że jest szczupła.

Na szczęście reszta "profesorów" to kumata ekipa. Jednemu gościowi wręcz wiedza i bystrość wylewają się z głowy. Do tego ma świetne poczucie humoru. Niedawno tłumaczył hiszpańskie słowo oznaczające stronnictwo, ugrupowanie. "Mamy na przykład stronnictwo Obamy i stronnictwo McCaina, stronnictwo Zapatero i Aznara, [stanął nad Rosjanką, spojrzał jej w oczy] stronnictwo Putina i stronnictwo... Putina!". Poza mną zaśmiała się tylko jedna z Francuzek...

Prawdę mówiąc czasem zamieram w oczekiwaniu kiedy od któregoś ze studentów padnie magiczne: "Jesteś z Polski? A czym przypłynąłeś do Hiszpanii?!" albo "Macie w Polsce psy?" (to popisowe pytania "koleżanki" Mileny z poprzedniej pracy, a było ich sporo więcej, jednak nie podam od razu wszystkich, bo mogłoby Was to zabić). Z każdym rokiem, w którym nie przybliżamy się poziomem rozwoju kraju do zachodu, upadamy po raz kolejny. Oni budują kolejne kilometry autostrad, kupują kolejne supernowoczesne pociągi, wydrążają kolejne tunele wzdłuż rzek, a na święta Madryt wyda 600000 euro na bombki i światełka. A my cierpimy za ich grzechy.

Ale tu jest przynajmniej ciekawie, szczególnie w metrze. Wchodzę, mijam gejowską parę trzymająca się za ręce, dalej napotykam na namiętnie całujące się lesbijki, a w metrze muzyką w słuchawkach zagłuszam modły jakiegoś muzułmanina gibającego się z zamkniętymi oczami w rytm wygłaszanych przez siebie wersetów. Różnimy się, ale po minięciu linii mety w Brazylii przez Hamiltona wszyscy chcieliśmy go zamordować. I to jest piękne!
Czytaj więcej

24 października 2008

Z WC kwadrans

Moje przekonanie o wyższości narodu polskiego nad hiszpańskim zostało poważnie zachwiane, gdy wstąpiłem do jednej z uniwersyteckich toalet (ale żeby była jasność- sam ich wygląd ma się do kibli Wydziału Zarządzania, jak piłka polska do hiszpańskiej, tylko tym razem na korzyść UW!). Hiszpanie zaskoczyli mnie swoją ambitną twórczością, swoimi górnolotnymi hasłami wykrzyczanymi za pomocą mazaków na drzwiach toalet. Czego to oni nie przekazali potomonym!

Dostrzegłem przeciwników aborcji: "Życie to prawo, nie biznes!", obok nich zupełnie bez żenady zaprezentowali się zwolennicy segregacji rasowej: "Niech żyje rasizm!". Swoje zdanie o świecie wygłosiły również lewackie siły: "Patriota- idiota!", a także przeciwnicy systemu bolońskiego, chociaż ci nie ograniczają się do "guerilla marketing", bo cały Uniwersytet zalany jest hasłami przeciwko Bolonii (nie ma co wgłębiać się w szczegóły- Hiszpanom na pewno chodzi o to, że teraz będą musieli studiować 5 lat, a dotychczas wiele kierunków opierało się na czteroletnich studiach, ale co ja tam wiem!).

Polska wciąż nie dorosła do partyzantki aż tak wysokich lotów. U nas wciąż obowiązuje pewien schemat, z którego można się dowiedzieć kogo "jebać" (z tym, że prawie zawsze jakiś klub sportowy), ewentualnie kogo wysłać na Madagaskar (z tym, że najczęściej Żydów), bądź też komu najbliżej do kobiety lekkich obyczajów (tu obok Jasia z 4c i Anki z bloku obok dominują politycy). Przy okazji, jak tam Widzew?
Czytaj więcej

21 października 2008

Bez cenzury

Przychodzi taki dzień, w którym trzeba wylać trochę żółci, pofrustrować się. Postaram się przedstawić to zwięźle- trzy scenki z dzisiaj, żebyście zrozumieli z czym ja się tu czasem muszę zmagać.

Zajęcia z mówienia: kobieta przedstawia nam propozycję jednodniowej wycieczki fakultatywnej do historycznego miasteczka, w którym żył Miguel de Cervantes. Siedząca obok mnie Francuzka nieśmiało pyta mnie: "a kim jest Cervantes?". Nooo kurwa, myślę sobie, fajnie. Ani ładna nie jesteś, ani bystra, ani- jak widać- specjalnie inteligenta. Jedź do Ameryki! W tym momencie właśnie jakiś Jankes się wyrywa: "ale nie rozumiem, tam będzie jakaś duża impreza, tak?". Dziękuję, że urodziłem się Polakiem.

Supermarket: wracając z zajęć chcę kupić butelkę wina. Podchodzę do kasy i podaję ekspedientce kartę i dowód osobisty (dla autoryzacji wymagają dokumentu tożsamości). Kobieta przeciąga kartę i trzymając mój dowód w rękach pyta się czy na pewno jestem pełnoletni. Dobra, to i tak już postęp- to jest idiotka hiszpańska. Znacznie gorsze są latino-idiotki. Zawsze gdy płacę kartą chcą ode mnie paszport, a gdy tłumaczę, że w Unii Europejskiej dowód jest jak paszport, pytają się mnie, czy może jednak nie mam paszportu. Od głupich pip bardziej irytujące są tylko głupie i brzydkie pipy!

Winda: podbija do mnie nasz sąsiad z dołu i zaczyna mi napierdalać, że w ostatnią sobotę byliśmy strasznie głośno (świętowaliśmy urodziny Blondi i faktycznie, dziewczyny, jak na ich możliwości wypiły tyle, że spokojnie mogłyby się z tym zgłosić do hiszpańskiej edycji Mam talent) i on sobie nie życzy po 24 takich hałasów. Dobra, zgorzkniały dupku, ale mówiłeś już to dziś rano Karoli i mnie. W tej samej pieprzonej windzie. Myślisz, że jestem Hiszpanem? Masz mnie za debila? Choćbyś mnie spotykał pięć razy dziennie przez najbliższy miesiąc w tej samej windzie, to nadal nie cofnę czasu i nadal raz na jakiś czas będziemy głośno po północy. Poza tym śpieszę się na coś do jedzenia, więc wypadaj na swoim piętrze zamiast stać w drzwiach i tłumaczyć mi, jak swojemu niedorozwiniętemu rodakowi, że jak ktoś skacze na górze, to na dole to słychać. A następnym razem zainwestuj w mieszkanie na poddaszu. Bucu!
Czytaj więcej

20 października 2008

Gorąca panienka od curso oral nie wytrzymała mnie za długo na zajęciach i zaproponowała żebym przeniósł się na poziom wyżej. Karola (na pewno zazdrośnie!) namówiła mnie abym zachował się jak mężczyzna, więc (...), a potem poinstruowała mnie jak przekazać miłej pani swoją zgodę. I tak mogłem wreszcie wyrzucić z siebie bez obawy o konsekwencje, że mam do czynienia z grupą debili ("debil" to po hiszpańsku "słaby") i faktycznie będzie dla mnie lepiej, jak pójdę wyżej.

Nie miałem najlepszego wejścia do nowej grupy. Okazało się, że jest w niej Chińczyk, który stacjonuje także w mojej lepszej grupie z gramatyki- jeszcze wówczas powstrzymałem się od parsknięcia śmiechem, gdy okazało się, że co zajęcia, to chłopak ma inne imię. Trochę mu nawet współczuję, bo na jednych ćwiczeniach musi reagować na "Czian", na innych na "Tian", a na tych przystąpił do omawiania czegoś wywołany jako "Zian". Ale musiałem się zaśmiać, gdy inny Chińczyk przekonywał prowadzącą, że jego imię ma odpowiednik hiszpański, w związku z czym może się do niego zwracać per "Enrique". I (o Boże!) przekonał ją! Zrezygnowany, gdy spytała, jak ma się zwracać do mnie, zupełnie szczerze odpowiedziałem "jak chcesz"... Szkoda, mogłem powiedzieć "Twój stary!" i przynajmniej na WuZecie byliby ze mnie dumni!

Tego dnia przyczyniłem się także do zwiększenia ogólnej szczęśliwości w narodzie chińskim, bowiem Enrique zareagował ekstatycznie, gdy sprawdziły się jego przewidywania o mojej znajomości (cóż, miernej, no ale...) niemieckiego. Skacząc z radości oznajmił mi, że Polska leży niedaleko Niemiec!!! Prawdopodobnie natknąłem się na sam wierzchołek chińskiej inteligencji. Trochę gorzej trafiła Ania, które dociekliwie wypytała jednego z Chińczyków z jej grupy, czy uważa, że w jego kraju panuje demokracja. Bystrzak szybko przewertował swój słownik, aby sprawdzić, czym jest ta "demokracja" i z całym przekonaniem oznajmił, że tak, to właśnie demokracja jest ustrojem w Chinach. Chętnie bym sobie poczytał ten jego słownik...

Na świecie kryzys. Padają banki, giełdy, liście z drzew (nawet w Madrycie), poza tym coraz bliżej końca świata (co zwiastuje fakt, że od ponad 2 godzin o nic nie pokłócili się Tusk z Kaczyńskim). A jednak jest coś gorszego, co trawi Ziemię. Tyłki wielkie jak Chiny. Są wszędzie, przerażają mnie! Urocza Samantha z Kaliforni byłaby śliczna, gdyby nie musiała przez drzwi przechodzić bokiem, Hiszpanki na bramkach w metrze korzystają z przejść dla wózków, a nowa prowadząca curso oral powinna zgłosić się do Animal Planet jako szczególny przypadek skrzyżowania człowieka z hipopotamem. Co z tego, że na półkach królują "zdrowe produkty naturalne", skoro kobiety wypychają całe wózki takimi "zdrowymi fit chipsami". Dają się przy okazji zbałamucić, bo w Hiszpanii najwyraźniej jest duża dowolność w posługiwaniu się określeniem "naturalne". Zakupione przeze mnie (bardzo smaczne!) orzeszki nerkowca też były "zdrowe, fit i elo-fajne", tylko że ich skład to kpina z narodu hiszpańskiego. Nie dość, że składniki smakowe poza orzeszkami i solą zawierały także trzy różne E-xxx, to jeszcze jeden z punktów składu wyglądał dokładnie tak: "Składniki naturalne: produkty naturalne". To pobiło nawet miód, który zawiera "mieszankę miodów z Unii Europejskiej i spoza"... Na bank chodzi o Chiny!
Czytaj więcej

15 października 2008

Odyseja po N.I.E. 2008

Numer Identyfikacyjny Obcokrajowców (extranjeros) dostałam 2 lata temu w Maladze. Tzn. tak mi się wydawało. Problem w tym, że papierek który to potwierdzał został gdzieś w Barcelonie, może u przedstawicieli pewnej chińskiej sekty, może u absolwentów Audiovisuales... w każdym razie zaginął i już się nie odnalazł.

Mimo wszystko myślałam, że jestem sprytna. Na wszelki wypadek zapisałam sobie nr NIE y SS (spokojnie, chodzi o seguridad social, czyli ubezpieczenie społeczne) na świstku papieru, który włożyłam do portfela i który, o dziwo, mimo mojej wrodzonej skłonności do zapodziewania wszystkiego, mam do dzisiaj.

Całe to moje myślenie wzięło w łeb na pierwszej poważnej rozmowie o pracę. Zadzwonili do mnie, strzał w 10!- ze szkoły językowej, w której miałabym zostać recepcjonistką. TEORETYCZNIE żeby pracować w Hiszpanii w ogóle nie potrzebny jest nr. NIE. TEORETYCZNIE, jako członek UE mam prawo do podpisania umowy na paszport. TEORETYCZNIE też na paszport można tu otworzyć konto w banku i starać się o stypendium... Zresztą co mi tam całe to "teoretycznie", numer przecież mam- dostaje się go raz na całe życie. Nawet jeśli Cię deportują, nie usuwają twojego nazwiska z rejestru extranjeros.
Niestety, na spotkaniu poproszono mnie o kopię dokumentu nadania NIE, bo choć niektóre firmy zatrudniają na paszport to oni nie mają takiego zwyczaju. I w tym momencie poczułam jak ziemia osuwa mi się pod nogami. Tydzień wcześniej umówiłam się na spotkanie w sprawie kopii NIE. Na pierwszy możliwy termin, czyli - na 15 stycznia!

Pomysłów na rozwiązanie problemu było kilka. Naprawdę dobrych zdecydowanie brakowało. Zaczęłyśmy od wizyty u prawnika zajmującego się sprawami dotyczącymi... uchodźców. Przygotował nam specjalne pismo, w którym wyjaśniał podstawy prawne pozwalające na podpisanie umowy na nr. paszportu, ale wobec policyjnej biurokracji i 4-miesięcznych kolejek był bezradny.

Problem istniał nadal. Wyrobiłam sobie ten nr w Maladze, ale jakieś 3 tygodnie temu zameldowałam się już w Madrycie. Bałam się przekombinować, pojechać do Malagi, gdzie podobno załatwia się to od ręki, i zostać odprawiona z kwitkiem po 7 godzinach nocnej jazdy autobusem, z portfelem lżejszym o 36 euro wydane na bilety. Pozostawiłam więć sprawy własnemu biegowi licząc na to, że same się rozwiążą...

...mijały dni i tygodnie wypełnione spotkaniami o pracę i pierwszymi wykładami (mam zajebiste studia!- ale o tym kiedy indziej)...

Aż wreszcie w czwartek German (Argentyńczyk, o którym wspominał R.) zaproponował, żebym zabrała się z nim do Malagi. Powiedziałam 'jasne', potem pomyślałam, i doszłam do wniosku, że jest to chyba najlepsze, jeśli nie jedyne, co mogę zrobić.

Wyjechaliśmy przed piątą. 5 osób, radio i jedziemy. Uwielbiam ruszać gdzieś tak rano. To tak jakbym zaczynała podbój świata. Mijaliśmy puste ulice, domy z ciemnymi oknami, kilku nieszczęśników zaczynających pracę o barbarzyńskiej porze, mijaliśmy całą tę codzienność i rutynę, płatki z mlekiem, kłótnie o łazienkę, tłok w metrze. Świtało kiedy przejeżdżaliśmy przez Despenaperros. Nawet jeśli tym razem przyświecał nam bardzo konkretny i przyziemny cel, w samej tej jeździe było coś niesamowitego.

Dotarliśmy ok. 11. Przed uniwersytetem studenci parkują samochody w 2 rzędach i nie zaciągają hamulca, jeśli chcesz wyjechać przepychasz te co cię blokują.

Na policji poszło łatwo, trochę tylko musieliśmy postać. Pani do której podeszłam wyglądała na uosobienie wredoty i bałam się, że to ta sama która powiedziała Milenie, że skoro jej syn nie ma stypendium (do którego potrzebny jest nr DNI albo NIE), to Milena też się bez niego obejdzie. Ale pierwsze wrażenie okazało się mylne, a pani przemiła. Zdobyłam się na odwage i powiedziałam, że mam już numer. Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy zobaczyłam, że ktoś odnotował już w systemie zameldowanie w Madrycie, ale szybko zapewniłam panią, że mieszkam w Maladze i chwilę potem odebrałam przedmiot pożądania- zieloną kartkę z numerem.

Spełnieni i zadowoleni poszliśmy do centrum na obiad, a nogi same nas niosły. Potem w towarzystwie trzech butelek wina spędziliśmy cudowne popołudnie na plaży. Przy tak silnym wietrze pływanie nie wchodziło w grę, ale siłowanie się z falami owszem :) Czułam się 'having time of my life'. Jeśli mogłabym jeszcze chcieć czegoś więcej, to żeby był tam ze mną Rafał i żebyśmy mogli tam zostać na dłużej.
Czytaj więcej

13 października 2008

Spadł śnieg

Ale to w górach Sierra Nevada. W Madrycie wciąż, gdy wracam z zajęć o 19, wystarcza mi krótki rękaw. Jakie to położenie Polski jest kurwa niesprawiedliwe!



Dziś na zajęciach Polka z Czikago spędziła kilka minut tłumacząc jednej z Amerykanek (po tym jak wszystkie wysiłki prowadzącego zajęcia spełzły na niczym) czym się różnią bliźnięta jednojajowe od dwujajowych. Napisałbym coś, ale starczy na dziś tego przeklinania.
Czytaj więcej

11 października 2008

Lecę dalej

W poprzednim wpisie nie wyczerpałem tematu pierwszego tygodnia zajęć, ale było już późno i zgubiłem wątek (w Hiszpanii alkohol jest tani), więc pozwolę sobie dokończyć.

Zajrzyjmy jeszcze raz do grupy, gdzie ćwiczymy umiejętności oralne. Jest z kim! Uczy nas młoda siksa, która życzyła sobie żebyśmy na początek się przedstawili i powiedzieli coś o sobie. Sama nie musiała tego robić, bo i tak każdy wie co by powiedziała: „elo, jestem fajną dupą, a do tego bystrą, tylko taką trochę nieśmiałą, więc nie ubieram się tak jakbyście chcieli i trochę się czerwienię kiedy podśmiewacie się po tym jak mówię, że to jest curso oral”. A to wszystko przez 3 miesiące za niecałe 1000 euro! Que fuerte! Toż dzisiaj to lepsza inwestycja niż giełda!

Powiało trochę Polską, kiedy okazało się, że w lepszej grupie mam rodaczkę z „Czikago”. Jeszcze nie odkryłem co, ale coś z nią jest nie tak. Można zrzucić to na karb wychowania w Stanach, ale osobiście stawiałbym na silne porażenie prądem w dzieciństwie. Wiem co mówię, bo mnie też niedawno przerwany kabel popieścił w rękę i potem przez tydzień zachowywałem się jak Szczepan po jointach. Zupełnie swojsko zrobiło się za to kiedy wychodziłem tamtego dnia z zajęć. Najpierw zaskoczył mnie deszcz i zdaję się, że wśród rzeszy studentów wracających do domu byłem jedynym szczęśliwym z powodu tej mżawki. Potem wsłuchany w muzykę z ipoda („Gdy jakiś raper mówi ci prawdę, że na coś go nie stać, spłukał się, w nocy chlał, teraz je mc zestaw, źle spał, dymał, nie mógł przestać rzygać w sedes- to pewnie 2cztery7!”) prawie zaliczyłem efektywnego orła o próg przed zejściem do metra. Wreszcie na peronie napotkałem taki tłok, że bez żalu przepuściłem jeden pociąg, żeby nie skończyć jak niektórzy pechowcy na wyprzedaży Media Marktu.

Czas się zbierać, niedługo wpadają Sychu z Anią i będziemy kucharzyć, pić, śpiewać, kibicować Polakom i zachowywać się jak bydło! Que fuerte!

PS.: „Nie oceniaj mnie, bo chociaż wyglądam na wieśniaka, niezły ze mnie jebaka!” Maleńczuk&Waglewski
:)
Czytaj więcej

10 października 2008

Wystartowałem

Zacząłem swój kurs języka hiszpańskiego na uniwersytecie Karoli, czyli na Complutense. Z tej okazji uprzejmie donoszę wszystkim, że testy pisze mi się po staremu, czyli zamiast trafić na poziom A2.1, który dość realnie odzwierciedla moją wiedzę, dostałem się na B1. Za to ustny bez niespodzianek- trafiłem do grupy pełnej zidiociałych Azjatów. Podziwiam ich odwagę, ja jakbym był człowiekiem z innej planety to bym na niej został i zajął się na przykład hodowlą róż. Albo piciem.

Kurs jest dość dobrze pomyślany. Całościowy wynik z egzaminu pisemnego (słuchanie, czytanie, pisanie, zmyślanie) daje przydział do grupy z którą ma się 3/4 zajęć (gramatyka, praktyka, czytanie/pisanie), chociaż każda z tych części jest prowadzona przez innego profesora. Pozostała 1/4 to mówienie i słuchanie i znów inny nauczyciel, ale tym razem także inna grupa, do której przydzielano na podstawie rozmowy wstępnej (przepytywała mnie jakaś surowa i brzydka rura, a że jestem estetą to chciałem się szybko stamtąd wyrwać- serio!). Trochę to skomplikowane, ale nie jesteście ani Amerykanami, ani Chińczykami żeby sobie nie poradzić ze zrozumieniem tego.

Amerykanki w mojej lepszej grupie uczą się 5-8 lat języka hiszpańskiego i wciąż nie radzą sobie ze zwrotami, których nauczyłbym psa mojej siostry w tydzień. A jak się uprę to nawet kot, który z nami mieszka, będzie do końca roku mówił po hiszpańsku lepiej niż one po kilku latach nauki. Jeszcze śmieszniej jest w słabszej grupie, gdzie kilkoro Chińczyków po prostu zapewnia mi rozrywkę lepszą niż MontyPython. Już zdarzyło mi się popłakać ze śmiechu, gdy prezentowali dialog sytuacyjny (zakupy), a to przecież dopiero początek! Dobrze, że (w imię równowagi) tam przydzielono również dwóch rozgarniętych i sympatycznych Amerykanów ("from Poland? cool!"), w tym typowego jankeskiego luzaka Jaya, który płakał razem ze mną. Gdy poziom debilizmu sięgnie za wysoko, jako wentyl działa pójście do stołówki wydziałowej (każdy wydział ma swoją- niesamowity wybór, a do tego piwo, whisky itd., każdy student zupełnie legalnie może złoić się między zajęciami), gdzie na przykład z bystrą Angielką przy kanapce przez godzinę rozmawialiśmy o polityce ("czy w Polsce wciąż rządzą bliźniacy?"), wadach prywatnej służby zdrowia i reformach Krwawej Mary. Żebym jeszcze się kiedyś przykładał do nauki słówek z angielskiego... (ale tyle co umiem zupełnie wystarczyło żebym jeszcze "pochwalił się", że Jakub T. to Polak- dziewczyna jest z Exeter)
Czytaj więcej

9 października 2008

Andorra La Vella

Andora powitała nas pożarem. W kategorii reprezentatywności pierwszego wrażenia można przedstawić to tak, jakby Barcelona powitała kogoś zakazem handlu i występów na Rambli, Madryt nieczynną komunikacją miejską, a Warszawa czystym i lśniącym Pałacem Kultury i Nauki (:)). Płonął budynek tuż koło naszego hotelu, więc jak Stefan się ogarnie i prześle mi zdjęcia, to będę mógł zamieścić widok z naszych okien (a wierzcie mi, po tym jak policja zamknęła okoliczne ulice, nie było łatwo dostać się do wykupionego pokoju!).

Mini państewko, gdzie ścierają się ze sobą francuska arogancja i hiszpański luz, może pochwalić się nie tylko strefą bezcłową. To też bardzo smakowity kąsek dla fanów górskich widoków i wycieczek. Niestety, amatorów takich wrażeń nie zostało już wielu, bo znacznie większy ruch towarzyszył perfumeriom, monopolowym i innym wolnocłowym sklepom np.: z elektroniką. Lubicie liczby? W takim razie łącznie, wszyscy, na szlakach spotkaliśmy JEDNĄ parę „wspinaczy” i może ze dwóch gości z psami. Najwyżej celowali Szczepan i Guzy, którzy zaatakowali jeden ze szczytów podchodzący pod 3000 metrów, nie dotrwali tego Justyna i... aparat Guzego. Justyna spadła w kilkusetmetrową przepaść, a aparat się pochorował. Nie no, żartuję, ta przepaść raczej nie miała więcej niż sto metrów. I wpadł w nią aparat, a przytruta czymś Jusia musiała zostać niżej, chociaż mi trudno w to uwierzyć, bo to dziewczyna z gór twarda i zaprawiona w bojach, wątpię, że coś mogło ją złamać. W każdym razie Szczepan mógł na szczycie wypowiedzieć swoje „Wenn wir auf einen Berg gestiegen haben...” (ten dowcip skuma niestety tylko garstka czytających to szczęśliwców), a następnie z Guzym ruszyć na ratunek cyfrówce i będącym z nim duńskim koronom o równowartości blisko 1000 zł. Kupujcie futerały HP, a potem wypychajcie je pieniędzmi- z wbitego między skały aparatu uszkodziła się jedynie karta pamięci!

W Andorze wreszcie był czas na chillout, na spokojny melanż w zaciszu hotelowych pokoi (to tylko ta ochrona jest jakaś przewrażliwiona, że od razu interweniowali!), na obcowanie z przyrodą, opowieści Stefana i Guzego o pracy w Danii (dużo ciekawych spostrzeżeń, aż chciałoby się tam pojechać!) i Justyny z Alicante. (O międzyleskich plotach Szczepana niestety publicznie nie mogę wspominać!) Na pewno odpoczęliśmy od zgiełku Barcelony (ma wszystko, ale są też skazy na jej obliczu- przyjdzie czas na wpis o tym), ale kompletny brak życia nocnego i rozrywek w stolicy Andory trochę nas zdziwił. Ten kraj to cudownie położona dziura. Mam nawet w głowie obrazoburcze porównanie tego stanu rzeczy, ale się powstrzymam, bo Karola mówi, że to obrzydliwe, niesmaczne i kompletnie nie śmieszne.

Jeśli czegoś powinniśmy uczyć się od andorczyków to sztuki modernizowania całego kraju naraz (no dobra, oni mają łatwiej, wystarczy rozkopać dwie ulice), oraz silnej woli. Gdyby mieszkańcy tego państewka łatwo ulegali pokusom, to żyliby tam sami alkoholicy. 3 euro za absynt, 4 euro za litr podłej whisky, kilkanaście za 12 letnią Chivas Regal i koło 18 za ponad 2 litry ginu Sapphire Bombay... Pseudobezcłowa strefa na lotniskach żąda cen DWA razy wyższych za każdy mocniejszy alkohol w porównaniu do oferty andorskich marketów. To trochę jak spojrzenie ślicznego szczeniaka w schronisku błagające: weź mnie! Właśnie tak te wszystkie trunki wołały za nami z półek. Nie pytajcie, jak można się temu oprzeć, nawet nie przeszło nam to przez myśl.

- - - - - - - - - - - - - - -

Piękne widoki Hiszpanii po zmierzchu widzianej z okien samolotu zakłóca grupa wrzeszczących chorwackich turystek. Na szczęście znów mam dla siebie wszystkie 3 miejsca, może wyglądam podejrzanie i obsługa lotniska woli nie przydzielać mi żadnych sąsiadów? Nie zdążam nawet odpalić muzyki, lot jest tak krótki, że większość czasu zajmuje start i lądowanie. Samolot na lotnisku Barajas kołuje na T4, więc jeszcze szybki rzut okiem na miejsce niedawnej katastrofy lotu mającego dotrzeć do Las Palmas (miałeś rację Kurt, zdarza się), potem ruchomymi chodnikami do metra, gdzie witają mnie zmęczone, ale przyjazne spojrzenia ludzi. I to przyjemne uczucie, że... jestem w domu.
Czytaj więcej

5 października 2008

Tam naprawdę byli ludzie z całego świata. Jedna pijana noc i więcej poznanych osób, niż w przeciągu miesiąca w Warszawie. Nie trzeba jechać do Afganistanu żeby przeżyć kilka dni na piętrowych pryczach w wieloosobowych pokojach, gdzie po ciężkiej walce (z używkami) jedynym marzeniem jest złapanie kilku godzin snu. Coś takiego oferuje hostel Kabul w samym sercu Barcelony. To jedno z takich miejsc, gdzie trudno dogadać się z ludźmi po hiszpańsku, a z obsługą w jakimkolwiek języku. A jednak organizacja budzi podziw- magnetyczne klucze od wszystkiego, posiłki dla chętnych, dostęp do internetu, happy hours na piwo (najtańsze piwo w Hiszpanii- 3 euro za 2 litry, znajdzie ktoś tańsze, to mu je kupię) i ta wyczarowana atmosfera!

Barcelona okazuje się świetnym miejscem spotkań na trasie Madryt-Warszawa. Leciałem spotkać się ze Szczepanem, Justyną, Guzym i Stefanem, a zanim choćby ich zobaczyłem, już zdążyłem obejść kawał Barri Gotic z Marcinem, który akurat wpadł z wycieczką z Lloret del Mar. Potem szaleństwa czwartkowej nocy ze wspomnianą ekipą i kilkanaście nietrzeźwych godzin później spotkanie z będącą na Erasmusie na UAB Gosią. A że Gosia nie przyszła sama, tylko z sympatyczną włoską koleżanką (zdaję się, że Elen- si, estoy caliente!), a że w naszym hostelu szybko poznaje się nowych ludzi, a że Elen miała innych znajomych w Barcelonie, a że ci znajomi mieli koleżankę, która tego dnia obchodziła urodziny, a że akurat robiła z tej okazji domówkę... W każdym razie dzięki Gosi i temu splotowi wydarzeń ta noc nie mogła być nudna. I szkoda tylko, że Hiszpanie mają zamiłowanie do stania wielką grupą na jakimś placu w oczekiwaniu na kogoś, kto być może kiedyś istniał, a być może dopiero się urodzi, przez co nie udało się dopełnić wieczoru akcentem klubowym w większym gronie. Zresztą... nie wiem czy wykrzesałbym jeszcze tego dnia siły.

Siły najlepiej regeneruje się na plaży, a do tej z hostelu nie mieliśmy daleko. Wygrzewanie się dopełniliśmy ze Szczepanem i Guzym walcząc z ogromnymi falami i ze spadającymi... ech, wychodząc rano nie wiedzieliśmy, że będziemy się kąpać! Wiedzieliśmy za to, że następnego dnia ruszamy bladym świtem do Andory, ten wysiłek porannego wstawania wymusił na nas (poza Justyną i Guzym- mieli dojechać później) pan Robert. Pan Robert jest kierowcą wyścigowym i tamtego dnia miał startować wczesnym popołudniem czasu zachodnioeuropejskiego w Grand Prix Singapuru, a my chcieliśmy ten występ zobaczyć. Nam się udało, naszemu Mistrzowi poszło trochę gorzej (idiotyczne przepisy!), a najgorzej na tym naszym wstawaniu wyszli współmieszkańcy hostelowych pokoi- ledwo ciepli i potwornie śpiący pewnie nie mogli pojąć, że ktoś wstaje i wychodzi chwilę po ich powrocie z imprez. A my dopiero dzień później wiedzieliśmy, że na La Rambla o 7 rano jest znacznie więcej życia niż w Andorra La Vella w godzinach szczytu.
Czytaj więcej

3 października 2008

Próxima estación: Barcelona

Pomyślałem, że wpisy poświęcone krótkiemu wypadowi do Barcelony i Andory zacznę od tego, co napisałem kiedyś po swojej pierwszej wizycie w Katalonii. Odczucia dotyczące Barcelony, o których wspominam w tylko trochę przeredagowanym tekście, są ponadczasowe.

Ze wszystkich stolic jakie zdołałem odwiedzić (nie tak znowu mało- Londyn, Paryż, Praga, Wiedeń, Budapeszt, Ateny, Stambuł, Amsterdam, Tunis, Belgrad, Dubrownik), to właśnie ta, zgodnie z oczekiwaniami, najbardziej przekonała mnie do siebie atmosferą i przede wszystkim różnorodnością. Oczywiście, zaraz miłośnicy geografii (których cenię tylko trochę mniej od miłośników historii) zakrzykną, że przecież ani Barcelona, ani tym bardziej Dubrownik, nie są stolicami, a Amsterdam kosztem Hagi jest nią tylko z nazwy. Każdy ma prawo do własnego zdania, ale tęgim umysłom wyjaśniam, że Barcelona to stolica Katalonii (dziś część Hiszpanii z szeroką autonomią, a kto wie co będzie jutro?), Dubrownik w Średniowieczu stanowił siedzibę parlamentu wolnej republiki kupieckiej (Raguzy), zaś Amsterdam jest przecież stolicą aborcji, eutanazji i palonego zielska.

Barcelona poddaje pod wątpliwość sensowność dokonywania powierzchownych ocen i wyciągania zbyt szybkich wniosków (to można zresztą odnieść do całej Hiszpanii). To kraina paradoksów. Jak to się dzieje, że jej mieszkańcy nie myją rąk po wyjściu z toalety, a potrafią miasto utrzymać w takiej czystości i porządku? Dlaczego Katalończycy, nie mający pojęcia o zorganizowanym dopingu, traktują piłkę nożną jak religię i szczycą się jedną z najlepszych drużyn Europy ostatnich lat? Jakim cudem Hiszpanie, którzy zdają się wyjątkowo mało zapracowanym narodem, jakby cały rok mieli fiestę, mogą sobie pozwolić na regularne stołowanie się w kafejkach i restauracjach, gdy ich ceny wyraźnie od tego odstraszają? Kiedy i w jaki sposób zdążyli zbudować tak imponującą sieć metra w Madrycie (ponoć najgęstsza na świecie w przeliczeniu na mieszkańca) i w Barcelonie? I wreszcie kiedy znajdują czas na regenerację i sprawy rodzinne, kiedy jednocześnie wyznaczają nowe standardy pojęcia „życie nocne”? Dla nich zabawa poprzedzona biesiadowaniem ma swój początek dopiero po północy, a dzień żegna się ostatnimi drinkami już dobrze po świcie.

Spacerując po mieście Gaudiego, w rozważania na temat tego, czy wyżej cenię gotycki styl zabudowy, czy jednak to secesja lepiej mnie nastraja, a może konwencja pójścia w stronę nowoczesności, w to wkradała się mała wredna myśl. Zaraz, zaraz, przecież Warszawa też kiedyś czarowała przyjezdnych. Stanowiła chlubę jej mieszkańców, także ze względu na przepiękną secesyjną panoramę. Dziś stolica betonu (chociaż cholera wie z czego Ruscy ten pomnik (PKiN) Stalinowi postawili), dziś krajobraz pozbawiony kompozycji, z wolnością architektoniczną posuniętą tak daleko, że w konkursie na najlepszy projekt dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej pierwsze miejsce różniło się tak diametralnie, w każdym detalu, od drugiego nagrodzonego, że obrany kierunek najwyraźniej znaczenia nie ma. Czy tak, czy siak, to co powstanie, pasować do reszty krajobrazu nie będzie. Jedna banda chuja obróciła moją Warszawę w 85% w ruinę, a druga banda chuja, która po niej przyszła, dokończyła dzieła zniszczenia odbudowując ją tak, by starym mieszkańcom ze zgryzoty flaki same wyszły na wierzch. Secesję zastąpiono monumentalnym socrealizmem. I tak, o dziwo, nowy pomysł na zabudowę nie oszpecił całego miasta, wszystko co pozytywne z pomysłów komuny stawiając na Mariensztacie.

I tak przychodzi mi Warszawę kochać („i w ogóle i w szczególe i pod każdym innym względem”) za jej i moją historię, Barcelonę za poczucie niezależności, za wygląd i za atmosferę, ale tylko wtedy, gdy w chłonięciu jej nie przeszkadzają tłumy ludzi. Chyba, że są to tłumy przewalających się studentów z puszką piwa, tudzież butelką wina w ręku, śpiewających (zawodzących) i wykrzykujących coś w każdym możliwym języku w metrze. Humana non sunt turpia, mawiali...

I wcale się nie dziwię, że tylu znanych twórców przygarnęło to miasto- spacer jego uliczkami, alejami, przystawanie na placykach, gaszenie pragnienia wodą z licznych fontann, zaglądanie do antykwariatów- trudno o lepszą inspirację!

Mimo wszystko, dla tych, którzy myślą, że dłuższy zagraniczny wyjazd może pozwolić zapomnieć o pełnej wad, ale rodzimej Warszawie, zamieszczam fragment jednego z najlepszych kawałków warszawiaka zwanego Eldo:

„Bohaterowie śpią na Cytadeli stokach,
pod brzozowym krzyżem na Powązkach.
I wkurzaj się na nasz charakter strączku łuskany,
spytasz skąd jestem, powiem z dumą: z Warszawy!”
Czytaj więcej

25 września 2008

Językowe potyczki

Kicior (geneza tego słowa pozostaje niejasna. Wiadomo, że związane było z warszawskimi lokalami wątpliwej reputacji. Nabrało zabarwienia żartobliwego- więc proszę się nie śmiać, bo nie ma z czego) wyjechał. Pojechał na tydzień zdobywać BCN i Andorre. 4 pokoje (Julia z Krzyśkiem właśnie się wyprowadzają) zostały tylko dla mnie.

Ale Kicior zanim wyjechał zdążył jeszcze trochę poćwiczyć hiszpański. Wczoraj pojechaliśmy do Avili. Drugie podejście (we wtorek uciekł nam pociąg) zakończyło się sukcesem. Świetnie zachowana średniowieczna starówka przywodzi na myśl północną Francję. Sezon właściwie się skończył, mogliśmy więc chłonąć atmosferę miasta w spokoju. Zwiedziłam katedrę (warto!), poszwędaliśmy się po cichych uliczkach, aż wreszcie zgłodnieliśmy. Menu dla turystów bylo dla nas nie do przyjecia, wiec opuściliśmy mury i zadziwiająco szybko znaleźliśmy niedużą lokalną knajpkę z ogromnym wyborem pierwszych i drugich dań. Było miło, miejscowo i smacznie. Rafał po hiszpańsku zamawiał, dziękował, chciał też wyrazić swoje uznanie dla miejscowej kuchni. Tylko że zamiast "bardzo smaczne!" (muy rico) powiedział "bardzo dobrze!" (muy bien), co w momencie gdy starszy już kelner zabierał nasze talerze zabrzmiało jak coś w rodzaju "dobrze Janie, zabieraj, zabieraj". Na szczęście kelner chyba nie poczuł się zbyt urażony.

Urazę w głosie można było za to wyczuć kiedy Rafał aktywując przez telefon nową kartę debetową, bezczelnie przerwał wyjaśniającej coś pani mówiąc "ok, dobra, a możecie przesłać mi PIN?". Swoją drogą pani też była trochę bezczelna, bo zorientowała się że Rafał rozumie trzy po trzy i chciała mu wcisnąć "jakieś super ubezpieczenie".

Te wszystko to jednak i tak nic w porównaniu do odpowiedzi pracownika polskiej ambasady na pytanie jak mu się podoba w Hiszpanii. Zamiast "cada dia mejor" wypalił "cada dia mujer" (pomylił "każdego dnia bardziej" na "każdego dnia kobieta"- dop.R.). Odpowiedź, choć trochę zaskakująca, nie wywołała większych kontrowersji. W końcu hiszpańska moralność każe wielbić Świętą Trójcę i zaciekle broni prostytucji. W Katalonii jest ona legalna, w Galicji niewiele do legalności brakuje, w całym kraju funkcjonują "hotele z pokojami na godziny", a jednym z gorętrzych tematów w gazetach są aukcje których przedmiotem jest... dziewictwo. 20 letnia Włoszka o urodzie gwiazdy porno ogłosiła aukcję z różańcem na ręce. Żąda miliona euro - na nowy dom. Jej poprzedniczka, Amerykanka, zbiera na studia. E-bay odmówił poprowadzenia aukcji, więc odbędzie się ona w burdelu, w którym... również na studia zarabia jej siostra.

Co do aukcji dziewictwa- Faceci, nie bądźcie naiwni! W Japonii już od dawna można je "odzyskać" u zdolnego chirurga, a na pewno od wieków istnieją także bardziej domowe metody...
Co do prostytucji- to nie chciałabym być niegrzeczna, ale wolę żeby to się odbywało na zasadzie uczciwego handlu, skoro są dziewczyny, które chętnie sobą handlują, niż brutalnej przemocy gdzieś w brudnym zaułku, albo złamanego serca.
Czytaj więcej

21 września 2008

Kicior... wakacyjnie

Rafał ugania się właśnie za kotem... Poszedł go uspokoić, bo w akcie desperacji i wobec perspektywy pozostania w zamknięciu Agata zaatakowała pazurami drzwi odgradzające ją od kuszącego świata. Ale kotek to nie piesek, który poczeka grzecznie na oficjalne przyzwolenie opuszczenia swojej celi i Agata zręcznie wykorzystała okazję.
Ja usłyszałam tylko zawiedzione 'uciekł mi' jeszcze kilka mniej zrozumiałych dźwięków.
Kotek jest Julii, a Julia mieszka u Mileny. Od dzisiaj do... aż znajdzie mieszkanie. Może przez ten czas Kotek oswoi się z kotkiem?

Dawno nie pisałam. Prowadzimy taki trochę wakacyjny tryb życia, więc przyświeca nam raczej przekonanie, że na wszystko przecież znajdzie się czas... jutro.


Wakacyjnie spędziliśmy czwartek w Chinchon. Z menu del dia za 8 eur, pełną butelką wina w cenie, dopieszczeni przez pogodę i sprażeni w słońcu
(słońce + wino miało też swoje efekty uboczne, ale wszystko pozostało w klimacie wakacyjnym i jak najbardziej przyjemnym)


Wakacyjnie spędziliśmy sobotę w naszym mieszkanku. Z popołudniowymi zakupami na targu i ambitnymi planami na gotowanie, z których w końcu nic nie wyszło. Z wieczornym spacerem po Aluche (tu jest masa fajnych knajpek!), z kawą i lodami w parku. Z truskawkami i winkiem w domu...



Wakacyjność popsuł trochę piątek. Mieliśmy załatwić wszystko, nie załatwiliśmy nic, no, prawie... Raz jeszcze potwierdziło się, że obcokrajowiec, nawet jeśli jest europejczykiem, nie arabem terrorystą, ani podejrzanym sudacą (od America del Sur), musi niemalże stanąc na głowie, żeby załatwić taką sprawę jak np. założenie konta. I jeżeli nawet uda mu się w końcu po wielu godzinach wyczekanych na próżno w różnych oddziałach różnych banków trafić do takiego w którym otwarcie konta na paszport jest możliwe, i nawet jeśli akurat ma ze sobą te wszystkie papiery które są „absolutnie niezbędne”, to i tak zostanie odesłany z kwitkiem z propozycją przyjścia otro dia bo dziś „mamy już dużo chętnych” (tylko dlaczego prawie nikogo nie widziałam??)

A dziś? No coż, Rafał złapał kota i poszliśmy zobaczyć co niedzielny zjazd Polaków. Dużo nie zobaczyliśmy bo było już ok 14, a zjeżdżają się podobno rano, a te samochody które jeszcze stały miały rejestracje ukraińskie. Ale znaleźliśmy 'polskie drzewo' z ogłoszeniami od Polaków dla Polaków (jeśli ktoś z Was będzie chciał kiedyś wynająć w Madrycie pokój, zdecydowanie polecam - sporo ofert o atrakcyjnych cenach!) Koło drzewa był jeszcze ukraiński słup i rosyjskie ogrodzenie. To tyle. Potem zrealizowałam wczorajsze plany kulinarne i zrobiłam rybę, która miała pachnieć Grecją. Pachniała :)
Czytaj więcej

Kilka dni temu nocą cały Madryt wyszedł na ulice szturmować centrum, oglądać specjalnie przygotowane na tę noc atrakcje i tłoczyć się w kolejkach do otwartych specjalnie na tę okazję muzeów, domów sztuki i wystaw. Imponujące było, ile osób faktycznie wzięło w tym udział i jak zostało to zorganizowane (zamknięto całkowicie ruch samochodowy, zorganizowano różne uliczne i muzealne happeningi, jedynie szkoda, że nie doszedł do skutku spacer po linie rozwieszonej między budynkami- zbyt mocny wiatr wystraszył „gwiazdę” wieczoru, mógł być KIMŚ a został wygwizdany). Powłóczyliśmy się naszą ekipą po mieście, postaliśmy w jednym z barów w horrendalnej kolejce (a raczej w jej hiszpańskiej odmianie- tu wszyscy się tłoczą obok siebie i albo, tak jak w barach, trzeba mieć szczęście i wpaść w oko barmanowi, albo, tak jak na targu, każdy wie kto jest następny, bo wcześniej pyta się o ostatniego czekającego) po piwo, a potem w takiej samej do toalety. I tak naprawdę nic wielkiego nie wynieślibyśmy z tej nocy, poza przyjemnymi widokami nocnego Madrytu (jest nawet miejsce, które imituje plażę- dźwięk morza zapewniają porozstawiane głośniki, zaś klimat daje wysypany piasek, sadzawka i otrzymana w darze (Sychu by wam powiedział od kogo) kolumnada, jakby wzięta z akropolu), gdyby nie hiszpańska prohibicja. Otóż w Madrycie nie kupicie w sklepie po godzinie 22 alkoholu. Od tego mają zatrzęsienie pubów, żeby z nich korzystać! Wyjątkowo obrotni obywatele chińscy znaleźli sposób na ominięcie kolejek i wysokich cen w taki dzień jak la noche en blanco. Stoją przy śmietniku/fontannie/ławeczce z torbą wypchaną po sam wierzch papierami, puszkami, no wypisz wymaluj torba ze śmieciami. Ale pod tą powiązaną (żeby było łatwo wyjąć) stertą spoczywa kontener (nie wiem jakim cudem, to chyba rodzaj worka bez dna, albo ci Chińczycy mają układy z Jezusem na zamianę śmieci w browar) schłodzonych puszek piwa. Marża sprzedawców zupełnie do przełknięcia- wszystko idealnie dostosowane do potrzeb grupki Polaków szwędających się po mieście. Zostaje tylko nie afiszować się zbytnio przed policją z posiadanym i spożywanym alkoholem (jakiś czas temu do Hiszpanii dotarł zakaz spożywania napojów wyskokowych w miejscach publicznych, ale sposób egzekwowania tego prawa jest daleko różny od tego w Polsce- teraz po prostu nie wypada ostentacyjnie łoić gorzały przed pałacem królewskim) i spokojnie można kontynuować narodową tradycję picia i bawienia się na świeżym powietrzu, zwaną tu botellon! O, jak ładnie, znacznie ładniej niż menelstwo!
Czytaj więcej

20 września 2008

Siedzę przed Karoli laptopem i delektuję się śmigającym internetem, który bardzo sprawnie panowie z Telefonici nam zainstalowali. Sześciomegowe łącze dzięki promocji nie wyszło tak bardzo drogo (myślę o miesięcznej opłacie, bo instalacja i wpisowe- w Hiszpanii prawie wszędzie czegokolwiek by dotyczyło jest płatne- za darmo, no i bezpłatny router- to też tu norma, każdy Hiszpan musi mieć możliwość podłączyć się do domowego netu w wannie, w łóżku i na tarasie), a dla nas to jak skok cywilizacyjny. Chodzenie do locutoriów (kawiarenki internetowe połączone z telefoniarnią (?)) prowadzonych przez latynoamerykanów to żadna przyjemność. Za to pomysł na biznes podejrzanych typów zza oceanu- znakomity! Pewnie dlatego locutorium w tym kraju jest na każdym rogu, w naszej okolicy w odległości do 5 minut drogi piechotą, jest ich pewnie z dwadzieścia, a jesteśmy dość daleko od dzielnic latynoskich, a i centrum to przecież nie jest.

Karola położyła się spać, a ja siedzę i czekam na naszych nowych gości, którzy zostaną tu (w tymczasowo zwolnionym przez Milenę pokoju) do końca września, kiedy przeprowadzą się „na swoje”. Kolejna dziewczyna z „hiszpańskiej” klasy Karoli w Cervantesie. Z chłopakiem, kotem i... przywożącym ich tatą (szefem pewnej bardzo lewicowej partii politycznej)- nie zapowiada się na spokojny czas! A cały ten majdan zostanie na Karoli głowie, bo w czwartek mam samolot do Barcelony.

A właśnie, Twoje komentarze Magda trafne. Upał w ciągu dnia, noce ciepłe, klimat i samopoczucie wakacyjne, to rzeczywiście przyjemny kraj do życia, mimo pewnych niedogodności! Zaraz zabieram się do sklecenia kilku zdań na temat jednej z madryckich fiest, w jakiej wzięliśmy udział.
Czytaj więcej

14 września 2008

Masz to jak w Hiszpanii

Nazywanie Polaków złodziejami jest grubym nietaktem, zwłaszcza jeśli słyszało się o takim kraju jak Hiszpania. Obserwowanie ludzi tworzących sztuczny tłok i osaczających ofiarę by pozbawić ją portfela to wręcz rozrywka tak w Barcelonie, jak i w Madrycie czy Sevilli. Jako kieszonkowcy są nie do przebicia (o czym doskonale wie Karola, kilkukrotnie okradziona w Hiszpanii- kilka dni temu niespodziewanie „rozstała się” w ten sposób z komórką), ale nieobce im także intrygi wyższych lotów.

Właśnie wyprowadził się od nas Sychu (kumpel jeszcze z czasów liceum), który przyleciał do Madrytu na Erasmusa i kilka pierwszych dni pobytu spędził na poszukiwaniu pokoju dla siebie i swojej dziewczyny (Ani), choć teoretycznie pokój załatwił już wcześniej, przez internet. Dostał kopię paszportu dziewczyny, z którą się dogadywał, wymienili się umowami i przelał ustaloną, niemałą kwotę w ramach zaliczki. Od tego czasu kontakt się urwał i jedyne co udało się ustalić, to że posłużono się paszportem obcej osoby i tak naprawdę nic nie można zrobić, by pieniądze odzyskać. Tak właśnie Sychu trafił do nas i przez ponad tydzień umilał nam towarzystwo. Teraz kiedy zarówno on (przeniósł się już do wynajętego pokoju), jak i wspomniany w innym wpisie Tomek (odleciał rano do W-wy), opuścili nasze mieszkanie, zrobiło się strasznie pusto i cicho- trudno się będzie przyzwyczaić. Prawdopodobnie od jutra zostaniemy z Karolą sami na jakiś czas, bo druga para (Latino z Argentyny i Blondi z klasy Karoli) jeszcze się nie wprowadziła, a Milena (pracująca za barem w madryckim... klubie go-go piąta współlokatorka naszej hacjendy, też z liceum Karoli) leci na dwa tygodnie do Polski. Powalczymy w tym czasie o założenie internetu, żeby ten blog zaczął wreszcie tętnić życiem!
Czytaj więcej

9 września 2008

Na dobry początek

Za oknem szaleje burza, choć chyba żaden piorun nie dosięgnął jeszcze ziemi. Słychać świst powietrza rozcinanego przez spadające krople, które (sądząc po huku) najwyraźniej roztrzaskują płyty chodnikowe. Dobry czas żeby napisać coś o moich pierwszych wrażeniach z Madrytu. Póki co nawet dobrze nie zwiedziłem centrum- będzie jeszcze na to czas, szczególnie gdy spadnie temperatura (na co się zapowiada sądząc po tym co się właśnie dzieje za oknem). A, przy okazji, tu teraz robi się w miarę ciemno około 21- miła odmiana w porównaniu do wieczornej jesiennej już atmosfery Warszawy. Mieszkamy w spokojnej okolicy, a mimo tego, dookoła roi się od kawiarni i pubów, więc rano przy okazji kupna świeżego pieczywa wyskakujemy na kawę, a wieczorem, jeśli nie chce nam się jechać do centrum, uderzamy do któregoś z okolicznych lokali i raczymy się lokalnym winem i dokładanymi do niego (w cenie wina) tapas- drobnymi przekąskami (specjalność Hiszpanów). Muszę w tym miejscu wspomnieć co rozumiem przez wymienione pory dnia, bo póki co staliśmy się bardziej hiszpańscy od miejscowych- wychodzimy z mieszkania do zapełnionych już dzielnic uciechy koło północy, a rano śpiąc oddajemy się sjeście co najmniej do południa. Nocnemu wychodzeniu sprzyja bliskość metra kursującego niemal do 2 w nocy (mamy 20 minut do centrum i trochę dalej na Karoli uniwerek).

Niestety, Hiszpania nie jest krajem idealnym, krainą bez wad. Ceną za świetny klimat, atrakcje turystyczne, wyluzowany styl życia i wszechobecne niedrogie wino jest zacofanie Hiszpanów w kwestiach... a zresztą co tu szukać? We wszystkich kwestiach! Nawet tutejsi Milionerzy występują jedynie w opcji z dwiema odpowiedziami do wyboru, żeby tępawi uczestnicy nie polegli od razu. Poza tym łączność- telefonia, internet- to wszystko jest tu drogie, choć z technologią nie jest najgorzej- do każdego zamówionego łącza oferowane są routery, by móc swobodnie serfować w każdym pokoju. Hiszpanie nauczyli się też zabezpieczać hasłem wejścia do swoich sieci, a te z wolnym dostępem np. w centrum bardzo często mają zablokowany dostęp do stron z blogami, serwisami społecznościowymi i związanych z szukaniem pracy. Czyli że do dupy z takim netem. Na co jeszcze ponarzekać (poza cenami wielu rzeczy)? Na kompletny brak kultury tego narodu. Oszczędzę wam szczegółów, ale możecie mi zaufać- to hołota.

Jeśli już myślicie, że nie jest mi tu łatwo, to dobrze. Nie chciałbym żeby ktoś zazdrościł, jakby się dowiedział jak znakomicie jest w rzeczywistości!

PS.: O, w telewizji jest coś o naszym kraju! Pokazują okładkę Faktu i opowiadają historię prosto z Polski i dziewczynie gwałconej przez lata przez swojego ojca. Miło dowiedzieć się co tam w kraju słychać!

O w mordę! Deszcz zamienił się w jakieś niebywałe gradobicie. Co za huk! Mógłbym przysiąc, że rozwaliło na zewnątrz jakąś szybę w samochodzie... Ten grad to kule lodu wielkości orzecha włoskiego, lecę pozasuwać wszystkie zewnętrzne żaluzje, bo zaraz stracimy jakąś szybę. Gdzie ja wyjechałem?!
Czytaj więcej

6 września 2008

Najlepsi!

Jestem już w Madrycie, zamieszczam wpis z datą wsteczną, jednocześnie donosząc, że bagażu podręcznego mi nie zważyli (na szczęście w Europie nie mają takiego zwyczaju, a było 13 kg zamiast dopuszczalnych 6), a 1,5 kg przekroczonej normy w bagażu głównym nie robi w PLL LOT na nikim wrażenia.

Ale tytuł wpisu nie odnosi się do pracowników naszych bankrutujących linii (np. centralwings z powodu niewydolności finansowej odwołał loty z Lizbony do Warszawy, o czym przekonał się nasz aktualny gościnny współlokator w Madrycie- Tomek), ale do moich fantastycznych przyjaciół, którzy za pomocą świetnie uknutej intrygi (Agi, Ty aktorko, już nigdy nie będę mógł Ci zaufać;)) wciągnęli mnie w pożegnanie- niespodziankę. Wódka, tort, prezenty- pomyśleć, że niektórzy nie lubią pożegnań! Widocznie jeszcze nie mieli okazji się przekonać, jakie to może być przyjemne.

Ogromne podziękowania dla:
- Agi
- Julii i Przemka
- Nati i Michała
- Nikoli i Piechota
- Marcina
- Michała
- Niegota (domyślam się kto to ogarnął:))
- Szczepana
- Kacpra za wcześniejsze pożegnanie i ćwiartkę Wyborowej, z którą przyjechałem do Madrytu, by godnie zacząć walkę za Polskę! Wiem, że gdyby nie wyjazd, też by się tam zjawił.
Czytaj więcej

1 września 2008

Konkurs z panem Janem

Tak to jest jak się nie leci od razu z dziewczyną. Chwila nieuwagi i pan Jan porywa ją natychmiast na wykwintne śniadanie, na którym (co gorsza) bez żenady wylewa sobie z wrażenia kawę.

Kim jest pan Jan? I co oznacza ten cudzysłów?!

A ja powoli żegnam się z Warszawą, bo i inni zaczęli się zmywać w swoje nowe strony. Taki Muha (też Jan- a to ci figiel!) już ruszył do gorącej Finlandii. A raczej do gorących Czeszek w mroźnej Finlandii. Prowadzący bloga pozdrawiają i czekają na odwiedziny!
Czytaj więcej

31 sierpnia 2008

Po moich ostatnich zdawkowych notkach przyszedł czas na coś dłuższego. Właśnie dostałam ślicznego smsa i nie mogę odpisać- stan obu moich kont wynosi 0,00. Może uzupełnię jutro, ale chcę przyhamować z smsami i dzwonieniem, bo żmudne poszukiwania mieszkania odbiły się nie tylko na moich nerwach ale i na kieszeni.
Ale przynajmniej zakończyły się sukcesem :) Wczoraj dostałyśmy już klucze. Dziś wieczorem przeprowadzamy Milenę i Michała, jutro mnie :)) I choć nie wszyscy wydawali się wczoraj zachwyceni nowym mieszkaniem, mój entuzjazm nie osłabł. Kuchnia nadrabia za wszystko!
Teraz czeka nas przemeblowanie, sprzątanie, Ikea... ale wreszcie będziemy u siebie!

Poza tym tutaj trwa jeszcze lato. Słoneczko przygrzewa, nawet noce są jeszcze ciepłe. Rano poszłam na spacer nad rzekę, to chyba jeden z ładniejszych zakątków Madrytu. Można iść przy brzegu, patrzeć na wygrzewające się w słońcu jaszczurki i panów spokojnie łowiących ryby (tutaj naprawdę są ryby!), a dalej do przodu rysują się kontury Palacio Real. Potem, żeby trochę urozmaicić sobie drogę, można wrócić przez Parque del Oeste. Poleciłabym taki spacer każdemu kto wybiera się do Madrytu i chce zobaczyć coś więcej niż Plaza Mayor i Museo del Prado, coś innego.

Jeszcze przed spacerem mój „gospodarz” zaprosił mnie na śniadanie do baru na dole. Usiedliśmy przy barze, wzięliśmy po kawie i grzance z oliwą. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie pan Jan gwałtownym ruchem ręki przewrócił szklankę ze swoją ledwie napoczętą kawą. Kelner wytarł rozlaną kawę, pan Jan poprosił o drugą. Policzyli mu tylko jedną. Gdzie w Warszawie mogłoby się zdarzyć coś takiego?
Czytaj więcej

29 sierpnia 2008

Byki, byki, byki

Były byki i sangria z rana, potem mieszkania... Wygląda na to, że wynajęłyśmy!

el encierro de Sanse:








tu znajdziecie film
Czytaj więcej

Warszawska niemoc

Karola już zaczęła prowadzić swoje wyjazdowe zapiski, a ja wciąż tkwię w Warszawie ze świadomością, że zostało mi sporo spraw do załatwienia. Pierwszy etap, jakim miało być dokupienie potrzebnych do wyjazdu rzeczy, zostaje przełożony na przyszły tydzień z powodów całkiem ode mnie niezależnych. Otóż przyjazd do centrum to murowane gigantyczne korki, tłok, pozamykane ulice i dziki tłum ludzi. A wszystko to stolica zawdzięcza protestującym związkowcom. W imieniu wszystkich warszawiaków: nie pozdrawiam i życzę połamania nóg. "Donaldu Tusku"! Każ wybudować gdzieś poza Warszawą plac (na przykład w Łodzi, nie lubię Łodzi), na którym każdy będzie mógł sobie wpaść poprotestować, jednocześnie zabraniając tej formy wyrażania poglądów w centrum mojego ukochanego miasta. Jakie to niedemokratyczne! Co za ciemnogród ze mnie!

W Madrycie przynajmniej będzie metro. A że zdarza mu się gdzieniegdzie wybuchnąć raz na jakiś czas? Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nie będę jednak ukrywał, że rozstanie z samochodem na ten rok to mimo wszystko bolesne wyrzeczenie. A w Madrycie mógłbym mieć z jeżdżenia jeszcze większą frajdę- tam nie odczuwałbym pełnego nienawiści spojrzenia jakiejś starszej pani, do której uszu doleciał przez moją uchyloną szybę strzęp któregoś z kawałków np.: 2cztery7 (od których notabene zerżnąłem podtytuł tego bloga). Tam taka pani pewnie nie rozumiejąc słów podrygiwałaby razem ze mną w takt muzyki.

"Nie joint, nie wóda, nie bomby i blanty,
to jest tak zwany luz naturalny,
mało popularny w Polsce- tu trzeba być twardym,
a ja to p*******, robię skok na party!"

PS.: Fakt, że ten blog prowadzony jest przez parę (w składzie Karola i ja- to dla mniej bystrych czytelników, szanuję jednak Was wszystkich!), nie oznacza, że znajdą się tu jakieś pikantne historie z naszego życia. Nie no, żartowałem! Na pewno uda się coś przemycić!
Czytaj więcej

28 sierpnia 2008

Z dedykacją:

”whether near to me or far, is no matter darling where you are, I think of you... night and day”
Czytaj więcej

27 sierpnia 2008

Lepiej nie pisać

No i problemy były. A mieszkanie z dzisiaj okropne. I jeszcze ekshibicjonista koło stacji metra.
=nie ma o czym pisać, a gdyby nawet było, to lepiej się powstrzymać.
Czytaj więcej

26 sierpnia 2008

Madryt- pierwsze wrażenie

To był taki ... zaskakujący dzień. Oczywiście z moimi tobołami sama nie byłam sobie w stanie poradzić, więc skończyło się na czekaniu na dworcu w Madrycie aż ktoś (czyli Milena i Michał) po mnie przyjedzie i mi pomoże. Tam też zastało mnie i od razu zaatakowało moje pierwsze wrażenie. A ofiarą byłam łatwą; dużo stresu, niewiele snu – autobus był co prawda wygodny, ale niemiłosierna klimatyzacja zaniżyła temperaturę powietrza tak, że wszyscy przez cały czas mieliśmy świadomość że jest nam zimno, a z taką świadomością nie śpi się najlepiej. W każdym razie moje pierwsze wrażenie było nie tyle złe, co BARDZO złe. Brud, smród i upał.

Ale na szczęście pierwsze wrażenie często bywa złudne i ulotne. Na razie okazało się na pewno ulotne, mam nadzieję że już wkrótce potwierdzi swoją złudność.

Oto wielka nowina dnia: znaleźliśmy mieszkanie! :)) Pierwsze, które obejrzeliśmy okazało się strzałem w dziesiątkę. Na razie jeszcze nie dajemy się ponieść radości, bo przed nami cała papierkowa robota i związane z tym problemy (problemy będą na pewno). W razie czego mamy jeszcze kilka umówionych spotkań. Ale to, mimo że trochę daleko byłoby super. Jest przestronne, jasne, dobrze utrzymane, a przede wszystkim ma dużą i śliczną kuchnię :))
Czytaj więcej

25 sierpnia 2008

Już lecę. Po tylu nerwach związanych z rekordową ilością i wagą mojego bagażu, sam lot okazuje się zaskakująco przyjemny i... wygodny :)
A udało mi się zabrać naprawdę dużo. Oprócz 10 kilowej walizki na pokład wniosłam laptopa, aparat, bluzę i „niewielką” damską torebkę. O moim ponad 23 kilowym plecaku, który leży sobie teraz gdzieś w luku staram się nie myśleć.
W Barcelonie, na stacji autobusów Nord umówiłam się z Olcią, więc nie zanudzę się czekając na autobus. Napiszę więcej jak już będę na miejscu i uda mi się przebrnąć z wszystkimi moimi tobołami przez barcelońskie metro.
Czytaj więcej