A jednak zamiast przeznaczyć mięso na obiad zdecydowałem założyć je na siebie na koncert Lady Gagi, bo reszta ciuchów leży nieuprasowana. Może to przekona miss Germanottę do zaproszenia mnie na backstage.
Czytaj więcej
Zebraliśmy nasze manatki, upchaliśmy je niedbale w bagażniku i ruszyliśmy dalej. W tamtej części Portugalii znaleźć ładną plażę jest nawet łatwiej niż na ulicach Lizbony kupić kokę od opalonych panów zza morza. Musieliśmy się więc pilnować, by na którejś z nich nie stracić zbyt wiele czasu. Mimo że listopad hulał już po naszych kalendarzach, to wciąż słońce zachęcało do spędzenia kilku chwil wśród szumu oceanicznych fal. Opalanie się o tej porze roku jest równie niespotykane jak dzień bez przenikliwej uwagi Jarka K. (zauważyliście, że Józef K. z Kartoteki miał te same inicjały?! albo że benzyna w Portugalii podrożała?!) na temat otaczającej was rzeczywistości. Mój rap i moja rzeczywistość wyniosły się tam, gdzie Diabeł powie dobranoc dopiero po kąpieli w oceanie i wypiciu butelki dobrego taniego wina. Wcale nie potrzebuję śpiewu syren ani polskich tap madl w bikini żeby w podróży czuć się spełnionym, wystarczą te widoki i smak każdej chwili spędzonej w nowym zapierającym dech w rozprutej piersi miejscu.
Na dzień dobry sunąć wzdłuż hiszpańskiej granicy i słuchając andaluzyjskiego radia (Portugalczycy jeśli chodzi o stacje radiowe są sto lat nawet za Marokańczykami z Madrytu) zahaczyliśmy o niesamowicie położoną Mertolę. Portugalia zamiast szczycić się takimi miasteczkami, chwali się kolejnym hat-trickiem Cristiano Ronaldo. A żadna bramka chłopaka z Madery nie odda tego co można zobaczyc ze szczytów warownej twierdzy w tej małej mieścinie nieopodal granicy z Hiszpanią. Dlaczego wschodni sąsiedzi potrafią rozreklamować na cały świat wioski, w których kichnął Don Kichote, a Portugalczycy nie umieją walnąć pięścią w stół i powiedzieć: nasze historyczne miejsca są lepsze niż niejedna blond-Czeszka! Pewnie z tego samego powodu Polacy nie przekażą światu, że Bieszczady to miejsce must see na liście szanującego się podróżnika, a Rumuni że Fogarasz wysyła niejedne pełne turystów pasma górskie w Europie na wizytę do specjalisty od wizerunku. Tego dnia, poza Mertolą, postanowiliśmy dotrzeć także do dziko położonego i tajemniczo brzmiącego Pulo do Lobo. Zjechaliśmy z głównej drogi i podążaliśmy w kierunku czarnych chmur, które spowiły całą okolicę. Im dalej, tym większe mieliśmy wątpliwości czy nie pożre nas ta ciemna otchłań. Gdybym miał napisać scenariusz horroru to taki początek byłby wymarzony dla potencjalnego przeboju kinowego. Tym bardziej, że na końcu naszej drogi natknęliśmy się na bramę i informację o możliwości wjazdu na teren tego rezerwatu pod warunkiem zamknięcia za sobą przejazdu. Ani dzikie zwierzęta, ani hordy żywych trupów lub duchy minionych pokoleń nie niepokoiły jednak naszych popsutych erasmusem istnień. Zamiast tego na miejscu odnaleźliśmy dziewiczy zakątek z urokliwie położonym wodospadem i rwącą rzeczką przedzielającą dwa pasma ciągnących się dalej wzgórz. Wcale nie chcieliśmy ruszać stamtąd dalej. Ale stęsknione naszą nieobecnością lizbońskie pokoje czekały. Na koniec podróży obejrzeliśmy (głównie dzięki długim światłom w wypożyczonym Seacie z silnikiem turbo, co podkreślał oddający nam kluczyki pracownik) jeszcze tajemne kamienne kręgi koło Evory. Tam właśnie ówcześni magicy wpadli na pomysł stworzenia Frankensteina, zbudowania wieży Babel i upublicznienia studentom Facebooka. Dalej już tylko bramki z opłatami za wjazd na most w kierunku Lizbony spowolniły nasz powrót do portugalskiego miasta grzechu. Jakby taka podróż nie mogła trwać wiecznie.
Wycieczka wzdłuż wybrzeża Alentejo i Algarve była udana. Nawet pomimo tego, że dziewczęta, z którymi podróżowałem odmawiały robienia tych wszystkich rzeczy, które wykonują modelki na teledysku Chica Bomb. Byłem jedynie ich kierowcą, biednym żuczkiem wmanewrowanym w te polskie machlojki. Jak wymagały rzeczy niemozliwych to realizowałem je dla nich, jak kradły pomarańcze, to kryłem je jakby były moimi dziewczynami, a gdy kazały mi jechać szybciej ciąłem portugalskie wiejskie dróżki jak szalony biorąc konsekwencje na własne barki. Testowały mnie i nasz pojazd do granic możliwości. Gdyby nie mój zdrowy rozsądek niechybnie skończylibyśmy na jakimś drzewie lub w przygranicznej rzece. Już pierwszego dnia przeżyliśmy zamach na nasze auto. Gdyby włóczęga, który zamachnął się na nas swoją laską był mistrzem rzutu w dal, pewnie dziś bylibyśmy ubożsi o dziesiątki euro, bo ubezpiecznie all inclusive oznacza w Portugalii wszystko poza ochroną lusterek, szyb, opon, dachu i wnętrza pojazdu. To tak jakby wasz hotel all inclusive obejmował ściany i sufit, ale nie łóżka, łazienkę i bar koło basenu. Wcelujcie cwaniaki w samochód jadący z naprzeciwka i nie rozbijcie żadnego szkła w swoim aucie! Odebrano nam prawo do zabawy, do wygłupów i do jazdy po pijaku. Musieli prowadzić najlepsi, musiałem prowadzić ja. Odbierając samochód otrzymałem znów pełnię władzy w rękach i nogach. Mogłem trąbić, jak ci wszyscy pod moimi oknami, nie stać mnie było na luksus sprzedania się, musiałem wkupić się do tej zupełnie nieelitarnej, jak mogłoby się wydawać grupy. Każde wydane euro było tego warte.
Wybrzeże na południe od Lizbony różni się znacznie od tego w najbardziej turystycznej części Portugalii, czyli w Algarve. Mimo wszystko, tak dawno po sezonie ani tu, ani tam nie towarzyszyło nam wielu innych turystów. Anglicy wrócili chlać na wyspy, Niemcy obmyślać plany trzeciej wojny światowej do Berlina, a Hiszpanie pławić się w swojej wyjątkowości do swoich autonomicznych regionów. Pierwszej nocy dotarliśmy do Sagres. Tak jak tamtejsza latarnia morska ma wskazywać drogę żeglarzom, tak nam wskazali nocleg pijaczki z lokalnego baru. Plaży i oceanu nikt nam nie wskazał, sami na nie przypadkiem wpadliśmy, to jest prawdziwy kraniec Europy, czarna noc spuściła zasłonę tak szczelną na całą okolicę, że następny dzień przyniósł wiele niespodzianek. Dla takich momentów się podróżuje, żeby rano wychylając się z typowego portugalskiego białego domku, na którym widnieje nazwisko zamieszkującej go rodziny, przekonać się, że mieszkamy jeden rząd domów od piaszczystej plaży otoczonej z dwóch stron wysokimi klifami. My raczyliśmy się tam śniadaniem, a gromada amatorów surfingu szalała przed nami na oceanicznych falach. To jest życie, "możesz mieć w dupie czy rządzi Kaczyński czy Tusk". Kawałek dalej przy Cabo de Sao Vicente nawet ci z kamieniem zamiast serca czuliby, że znaleźli sie na końcu świata i że fale rozbijające się o skały proszą jedynie o przypływ który pozwoli im zalać wędkarzy polujących z narażeniem życia na lokalny skarb, czyli pożywienie wielu portugalczyków- dorsza. Pobliskie broniące się przed turystyką miasteczka robią wszystko, by odgonić ze swoich terenów multimilionerów gotowych do zainwestowania ich petrodolarów w sieć hoteli, które niechybnie zburzyłyby harmonię tamtejszego wybrzeża. Nikt tam nie wyczekuje nadejścia dwudziestego pierwszego wieku.
Nie ma sensu przekonywanie was, że życie erasmusa nie zawsze jest usłane rumem z colą, że nawet wyjście do fryzjera może skończyć się tragicznie, bo nigdy nie wiesz, w którym momencie fryzjerka... dobra, skończcie z tym feminizmem, to kobiety zazwyczaj ścinają włosy, sprzątają zarzygane toalety w klubach i podają mi świeże bułki w piekarni. Cieszcie się, że w naszej kulturze to nie wasi ojcowie decydują za ile kóz oddać was synowi potentata naftowego lub który maharadża przyjmie was łaskawie jako swą siedemnastą żonę. W odwecie samice modliszki odgryzają swym kochankom głowy, więc poniekąd w przyrodzie równowaga zostaje zachowana. A wracają do mojej głównej myśli, nigdy nie wiecie kiedy fryzjerka w Portugalii z waszej desperackiej gestykulacji wywnioskuje, że wraz z grzywką ma wyciąć wam ucho lub wsadzić nożyczki w oko. Klient nasz pan, dziesięć euro za tę usługę i następnym razem z podobnymi zachciankami proszę udać się do salonu obok. I tak nadal będziecie twierdzić, że tu wszystko uchodzi nam płazem. Jechałeś bez biletu? Ukradłeś butelkę wina? Zastrzeliłeś policjanta i dwóch świadków zdarzenia? Frazą, którą każdy opanował tu do perfekcji "I'm sorry, I'm an Erasmus student" wymigamy się od wszystkiego. Każdy wybryk ujdzie nam płazem. Nie wiem, może macie rację. Kto jak nie my chodziłby i zostawiał w różnych przemianowanych na kluby spelunach te wszystkie banknoty z mapką Europy, za które w Somalii możnaby wyżywić przez miesiąc całą partyzantkę? Kto inny wypożyczałby te samochody bez ubezpieczenia i kto płaciłby 300 euro za pokój, za który Portugalczyk zapłaciłby połowę? Ale mimo tego Erasmus przypomina, że prawdopodobnie nie mamy tylu żyć co koty i nie wszystkie szaleństwa wtorkowej, czwartkowej, piątkowej i sobotniej nocy zostaną nam wybaczone. Pierwszy z wyścigu o tytuł Hardkora roku (czyli że jeśli dziś nie piję, to znaczy że wypijam butlę sangrii i dwa piwa) odpadł Turek, któremu czerwone plamy na ciele dały znać, że właśnie wysiada mu wątroba. Tego nie było w folderze informacyjnym na temat Erasmusa! Miało być międzynarodowe towarzystwo, uznane dzieła w muzeach i dobre sztuki na ulicach, ale kto do cholery kazał nam dać nam całkowitą wolność i alkohol po kilka euro za litr?! Wielu wam tego nie wybaczy, wy nieczułe biurokratyczne mendy ze Strasburga!
5 października Portugalczycy świętowali stulecie republiki. Jednakże podobnie jak Polska nie byla wolnym krajem po 1945 roku, tak też tutaj demokracja miała swoje lepsze i gorsze momenty i blisko czterdziestoletnie panowanie reżimu wojskowego, na czele którego stał Antonio Salazar, nie miało nic wspólnego z republiką. Co więcej, nawet w taki dzień rzeka (zwana przez tych najbardziej oderwanych od rzeczywistości oceanem), nie przestała śmierdzieć. Gorzej w Lizbonie pachnie tylko nad ranem na Bairro Alto i w metrze w godzinach szczytu.
To nieprawda, że nie pamiętam już jak składać litery w słowa, a z nich budować sensowne zdania. Picie rumu na szczęście nie odmóżdża tak szybko i skutecznie jak na przykład nauka Analizy finansowej przedsiębiorstw, niemniej jednak musicie mi dać czas na dojście do optymalnej formy. Poznacie że to już, kiedy na widok nagiej Penelope Cruz (niereprezentatywny przykład? bez żartów, gdybym był kobietą też leciałbym na Penelope!), powiecie: spoko, spoko, ale najpierw sprawdźmy co tam słychać na sefueronse."Pseudopodróżniczy i pseudozabawny, jeśli jesteś frustratem, masz kompleksy i urodziłeś się w Otwocku to miejsce właśnie dla Ciebie."
"Miejsce spotkań przyszłych elit narodu polskiego, głównie o tym, że wprawdzie wszyscy umrzemy, ale nikt nie każe ci być idiotą."
"Ksenofobiczny, rasistowski i bardzo prawdziwy."
"Lubię placki!"