Tym razem zamiast wpisu poważny reportaż o Warszawie i ludności napływowej, czyli coś co mógłbym sam stworzyć gdyby nie dwudziestogodzinny dzień pracy.
Po drodze do miejsca przeznaczenia minęliśmy szczyty gór Atlas, które swoimi łysymi zboczami przypominały klimat Gwiezdnych Wojen, przejechaliśmy najwyżej położoną drogą w tym paśmie, zjedliśmy dziwnie wyglądające bułki z serem, zatrzymywaliśmy się, bo pewien Kanadyjczyk potrzebował wyrzygać swoje śniadanie, na które wybrał coś innego niż dziwnie wyglądająca, choć niegroźna bułka z serem, a także na każdym z widokowych punktów obserwowaliśmy szaleństwo na naszym punkcie, objawiające się długodystansowym biegiem w naszą stronę w celu grzecznego poproszenia o środki na życie. Kilometry po równych wyludnionych drogach uciekały mimo wszystko dość powoli, poczucie zbliżania się do celu utrudniał jednostajny monotonny krajobraz księżycowy, gdzie nawet NASA w kooperacji z Chińczykami nie wysłaliby sondy w poszukiwaniu wody. Tylko od czasu do czasu szarość skał przerywał widok jakiejś osady gdzie kobiety i dzieci prały w rzece (tam nikogo stara piorąca w rzece nie obraża, bo wszyscy to robią), a mężczyźni polowali na szczury i turystów.
Zbliżał się zachód słońca kiedy osiodłano nasze wielbłądy zwane w skrócie łosiami. Mój łoś wabił się Łosoś i na tle innych wyróżniał się stosunkowo bystrym spojrzeniem, bo reszta, cóż, gdybym dziś chciał kogoś obrazić powiedziałbym mu, że ma wyraz twarzy łosia (w domyśle wielbłąda, wyłączając Łososia). Przejażdżka okazała się dla większości bolesnym przeżyciem, jeszcze długo po zejściu na stały, piaszczysto-kamienisty ląd nogi trzęsły się jak galareta, a tyłek prosił o wykwalifikowaną w sztuce masażu Tajkę. W zamian za słońce dostaliśmy niebo rozświetlone gwiazdami, a w naszym hotelu tysiąca gwiazdek podano posiłek. Jedzenie rękami lokalnych przysmaków w berberyjskim namiocie to na pewno wyjątkowy moment wycieczki, ale to co uczyniło go niezapomnianym, to ludzie, których tam poznaliśmy. Nie siedzący w jednym miejscu, nie znudzeni swoim życiem, podróżujący, szukający wrażeń, z historiami do opowiedzenia i z wiedzą, którą chętnie się dzielili. Anglia, Ameryka, Hiszpania i Kanada, tym razem pokazały się z najlepszej strony. Noc kontynuowana przy blasku ogniska, w akompaniamencie berberyjskich bębnów i z momentami czegoś na kształt rytualnego tańca sprawiła, że Maroko naprawdę nam się spodobało i poczuliśmy, że nawet fajnie by tam było kiedyś wrócić.
Co ciekawe, gdy wracaliśmy oblepieni dwudniowym brudem i śmierdzący starym łosiem, to w Afryce spadł deszcz. Tym samym z trzech rzeczy, których byłem pewien o Maroko (jedzą kuskus, mają króla, nie mają deszczu) jedna teoria padła już trzeciego dnia pobytu. Kiedy padnie król, nie jestem w stanie przewidzieć, ale wtedy będę już mądrzejszy o nowe fakty, jak dziś jestem mądrzejszy o to, że miejsce przy głównym placu Marrakechu, które mijaliśmy codziennie niekoniecznie było bezpieczne, gdyż to tam wysadził się niedawno człowiek o bombowym usposobieniu zabijając kilkanaście osób, głównie turystów. Co wiem po wycieczce to to, że Marokańczycy bez odpowiedniej licencji nie mogą gościć i oprowadzać po mieście gości z zagranicy, chyba że obie strony udowodnią policji, że wszystko odbyło się bezpłatnie w ramach przyjaźni obu stron. Wiem też, że jeśli towar jest warty x to cena wyjściowa zazwyczaj wynosi 5x, a w przypadku zdjęcia z kobrą 7x, że po naparze z żeń-szenia będę miał twardego jak baobab (więc może któraś z czytelniczek tego bloga przeżyje wkrótce coś niepowtarzalnego?! Piszący blogi mają swoje gruppies?), bo dostałem trochę w prezencie z okazji kupna siaty przypraw i kilku gram crystal mint, która klepie jak crystal meth. Dowiedziałem się także, że jeśli ktoś ci mówi: trust me, I don’t want your money; to na pewno bez zapłaty się nie obejdzie, jeśli mówi zaś: I just want to help you, I’m not a guide; to cena będzie nawet zawyżona. Podejrzewam, że chęć niesienia pomocy jest na samym końcu listy priorytetów lokalnej społeczności. Ponadto, cena po wykonaniu usługi może wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie, a przyjaźń w tym kraju polega na płaceniu przyjacielowi za usługi i rzeczy, których nie potrzebujemy, nie chcemy i które nam się nie podobają. Nie wróżę facebookowi furory w tym kraju, chociaż z drugiej strony, komu jak komu, ale im spodoba się na pewno opcja „zaczepki”.
Dlatego gdybym niedbale przechadzał się po głównym placu Marrakechu uznawanego za najbardziej osobliwy main square na świecie (serio? To pomimo panującego tam klimatu myślę, że świat mógłby udać się jeszcze trochę lepiej), kilkanaście razy zostałbym zaczepiony przez wspomniane sprzedające ciastka i chusteczki dzieci lub sprzedawców plastikowych węży, najlepiej w pakiecie z haszyszem i koką. Gdybym niedbale przystanął koło zaklinacza prawdziwych węży byłbym przymuszany do zapłacenia za fakt posiadania oczu, podobnie gdybym przystanął gdziekolwiek indziej patrząc się w niebo, wtedy na ramię może wskoczyć mi zachęcona przez Araba małpa lub demoniczna kobieta zaczęłaby wyciskać na moją rękę gówno w płynie zwane henną i za to wszystko też oczekiwaliby ode mnie należnej zapłaty. Tam nie ma tak, że nie zamawiałem tej usługi. Dostarczyli to płać. Ale że my Polacy, to niedbałe przechadzki nie wchodziły w grę już po pierwszym wieczorze. Jesteś w dżungli, na wojnie, wyjmij kominiarę (kapelusz + okulary przeciwsłoneczne, wtedy nie wiedzą kiedy na nich patrzysz, a kiedy olewasz), chwyć maczetę (aparat) i ruszaj pewnym krokiem przed siebie. Na zachętę masz ten śmiesznie tani sok ze świeżych owoców i świadomość, że po kilku dniach oswajania się z tą mentalnością odrzucisz broń w kąt, polubisz kilku sprzedawców (bo obaj czujecie żeście wykiwali drugą stronę i zrobiliście dobry biznes), a marsz po sukach (targowisku) nie przyprawi cię o dreszcze. Po kolejnych kilku dobach pewnie zdejmiesz kominiarę i wprawdzie na robotę nie pójdziesz, bo nie ma gdzie, ale chociaż uwierzysz, że żaden z miliona przeciskających się wąskimi uliczkami w tłumie ludzi kierowców skuterów (niechętnie używających hamulcy) jakimś cudem cię nie rozjedzie. Co najwyżej udusi stężeniem spalin. Tam na ograniczenie ich emisji mają konkretnie wyjebane.
Zebraliśmy nasze manatki, upchaliśmy je niedbale w bagażniku i ruszyliśmy dalej. W tamtej części Portugalii znaleźć ładną plażę jest nawet łatwiej niż na ulicach Lizbony kupić kokę od opalonych panów zza morza. Musieliśmy się więc pilnować, by na którejś z nich nie stracić zbyt wiele czasu. Mimo że listopad hulał już po naszych kalendarzach, to wciąż słońce zachęcało do spędzenia kilku chwil wśród szumu oceanicznych fal. Opalanie się o tej porze roku jest równie niespotykane jak dzień bez przenikliwej uwagi Jarka K. (zauważyliście, że Józef K. z Kartoteki miał te same inicjały?! albo że benzyna w Portugalii podrożała?!) na temat otaczającej was rzeczywistości. Mój rap i moja rzeczywistość wyniosły się tam, gdzie Diabeł powie dobranoc dopiero po kąpieli w oceanie i wypiciu butelki dobrego taniego wina. Wcale nie potrzebuję śpiewu syren ani polskich tap madl w bikini żeby w podróży czuć się spełnionym, wystarczą te widoki i smak każdej chwili spędzonej w nowym zapierającym dech w rozprutej piersi miejscu.
Na dzień dobry sunąć wzdłuż hiszpańskiej granicy i słuchając andaluzyjskiego radia (Portugalczycy jeśli chodzi o stacje radiowe są sto lat nawet za Marokańczykami z Madrytu) zahaczyliśmy o niesamowicie położoną Mertolę. Portugalia zamiast szczycić się takimi miasteczkami, chwali się kolejnym hat-trickiem Cristiano Ronaldo. A żadna bramka chłopaka z Madery nie odda tego co można zobaczyc ze szczytów warownej twierdzy w tej małej mieścinie nieopodal granicy z Hiszpanią. Dlaczego wschodni sąsiedzi potrafią rozreklamować na cały świat wioski, w których kichnął Don Kichote, a Portugalczycy nie umieją walnąć pięścią w stół i powiedzieć: nasze historyczne miejsca są lepsze niż niejedna blond-Czeszka! Pewnie z tego samego powodu Polacy nie przekażą światu, że Bieszczady to miejsce must see na liście szanującego się podróżnika, a Rumuni że Fogarasz wysyła niejedne pełne turystów pasma górskie w Europie na wizytę do specjalisty od wizerunku. Tego dnia, poza Mertolą, postanowiliśmy dotrzeć także do dziko położonego i tajemniczo brzmiącego Pulo do Lobo. Zjechaliśmy z głównej drogi i podążaliśmy w kierunku czarnych chmur, które spowiły całą okolicę. Im dalej, tym większe mieliśmy wątpliwości czy nie pożre nas ta ciemna otchłań. Gdybym miał napisać scenariusz horroru to taki początek byłby wymarzony dla potencjalnego przeboju kinowego. Tym bardziej, że na końcu naszej drogi natknęliśmy się na bramę i informację o możliwości wjazdu na teren tego rezerwatu pod warunkiem zamknięcia za sobą przejazdu. Ani dzikie zwierzęta, ani hordy żywych trupów lub duchy minionych pokoleń nie niepokoiły jednak naszych popsutych erasmusem istnień. Zamiast tego na miejscu odnaleźliśmy dziewiczy zakątek z urokliwie położonym wodospadem i rwącą rzeczką przedzielającą dwa pasma ciągnących się dalej wzgórz. Wcale nie chcieliśmy ruszać stamtąd dalej. Ale stęsknione naszą nieobecnością lizbońskie pokoje czekały. Na koniec podróży obejrzeliśmy (głównie dzięki długim światłom w wypożyczonym Seacie z silnikiem turbo, co podkreślał oddający nam kluczyki pracownik) jeszcze tajemne kamienne kręgi koło Evory. Tam właśnie ówcześni magicy wpadli na pomysł stworzenia Frankensteina, zbudowania wieży Babel i upublicznienia studentom Facebooka. Dalej już tylko bramki z opłatami za wjazd na most w kierunku Lizbony spowolniły nasz powrót do portugalskiego miasta grzechu. Jakby taka podróż nie mogła trwać wiecznie.
Wycieczka wzdłuż wybrzeża Alentejo i Algarve była udana. Nawet pomimo tego, że dziewczęta, z którymi podróżowałem odmawiały robienia tych wszystkich rzeczy, które wykonują modelki na teledysku Chica Bomb. Byłem jedynie ich kierowcą, biednym żuczkiem wmanewrowanym w te polskie machlojki. Jak wymagały rzeczy niemozliwych to realizowałem je dla nich, jak kradły pomarańcze, to kryłem je jakby były moimi dziewczynami, a gdy kazały mi jechać szybciej ciąłem portugalskie wiejskie dróżki jak szalony biorąc konsekwencje na własne barki. Testowały mnie i nasz pojazd do granic możliwości. Gdyby nie mój zdrowy rozsądek niechybnie skończylibyśmy na jakimś drzewie lub w przygranicznej rzece. Już pierwszego dnia przeżyliśmy zamach na nasze auto. Gdyby włóczęga, który zamachnął się na nas swoją laską był mistrzem rzutu w dal, pewnie dziś bylibyśmy ubożsi o dziesiątki euro, bo ubezpiecznie all inclusive oznacza w Portugalii wszystko poza ochroną lusterek, szyb, opon, dachu i wnętrza pojazdu. To tak jakby wasz hotel all inclusive obejmował ściany i sufit, ale nie łóżka, łazienkę i bar koło basenu. Wcelujcie cwaniaki w samochód jadący z naprzeciwka i nie rozbijcie żadnego szkła w swoim aucie! Odebrano nam prawo do zabawy, do wygłupów i do jazdy po pijaku. Musieli prowadzić najlepsi, musiałem prowadzić ja. Odbierając samochód otrzymałem znów pełnię władzy w rękach i nogach. Mogłem trąbić, jak ci wszyscy pod moimi oknami, nie stać mnie było na luksus sprzedania się, musiałem wkupić się do tej zupełnie nieelitarnej, jak mogłoby się wydawać grupy. Każde wydane euro było tego warte.
Wybrzeże na południe od Lizbony różni się znacznie od tego w najbardziej turystycznej części Portugalii, czyli w Algarve. Mimo wszystko, tak dawno po sezonie ani tu, ani tam nie towarzyszyło nam wielu innych turystów. Anglicy wrócili chlać na wyspy, Niemcy obmyślać plany trzeciej wojny światowej do Berlina, a Hiszpanie pławić się w swojej wyjątkowości do swoich autonomicznych regionów. Pierwszej nocy dotarliśmy do Sagres. Tak jak tamtejsza latarnia morska ma wskazywać drogę żeglarzom, tak nam wskazali nocleg pijaczki z lokalnego baru. Plaży i oceanu nikt nam nie wskazał, sami na nie przypadkiem wpadliśmy, to jest prawdziwy kraniec Europy, czarna noc spuściła zasłonę tak szczelną na całą okolicę, że następny dzień przyniósł wiele niespodzianek. Dla takich momentów się podróżuje, żeby rano wychylając się z typowego portugalskiego białego domku, na którym widnieje nazwisko zamieszkującej go rodziny, przekonać się, że mieszkamy jeden rząd domów od piaszczystej plaży otoczonej z dwóch stron wysokimi klifami. My raczyliśmy się tam śniadaniem, a gromada amatorów surfingu szalała przed nami na oceanicznych falach. To jest życie, "możesz mieć w dupie czy rządzi Kaczyński czy Tusk". Kawałek dalej przy Cabo de Sao Vicente nawet ci z kamieniem zamiast serca czuliby, że znaleźli sie na końcu świata i że fale rozbijające się o skały proszą jedynie o przypływ który pozwoli im zalać wędkarzy polujących z narażeniem życia na lokalny skarb, czyli pożywienie wielu portugalczyków- dorsza. Pobliskie broniące się przed turystyką miasteczka robią wszystko, by odgonić ze swoich terenów multimilionerów gotowych do zainwestowania ich petrodolarów w sieć hoteli, które niechybnie zburzyłyby harmonię tamtejszego wybrzeża. Nikt tam nie wyczekuje nadejścia dwudziestego pierwszego wieku.
Nie ma sensu przekonywanie was, że życie erasmusa nie zawsze jest usłane rumem z colą, że nawet wyjście do fryzjera może skończyć się tragicznie, bo nigdy nie wiesz, w którym momencie fryzjerka... dobra, skończcie z tym feminizmem, to kobiety zazwyczaj ścinają włosy, sprzątają zarzygane toalety w klubach i podają mi świeże bułki w piekarni. Cieszcie się, że w naszej kulturze to nie wasi ojcowie decydują za ile kóz oddać was synowi potentata naftowego lub który maharadża przyjmie was łaskawie jako swą siedemnastą żonę. W odwecie samice modliszki odgryzają swym kochankom głowy, więc poniekąd w przyrodzie równowaga zostaje zachowana. A wracają do mojej głównej myśli, nigdy nie wiecie kiedy fryzjerka w Portugalii z waszej desperackiej gestykulacji wywnioskuje, że wraz z grzywką ma wyciąć wam ucho lub wsadzić nożyczki w oko. Klient nasz pan, dziesięć euro za tę usługę i następnym razem z podobnymi zachciankami proszę udać się do salonu obok. I tak nadal będziecie twierdzić, że tu wszystko uchodzi nam płazem. Jechałeś bez biletu? Ukradłeś butelkę wina? Zastrzeliłeś policjanta i dwóch świadków zdarzenia? Frazą, którą każdy opanował tu do perfekcji "I'm sorry, I'm an Erasmus student" wymigamy się od wszystkiego. Każdy wybryk ujdzie nam płazem. Nie wiem, może macie rację. Kto jak nie my chodziłby i zostawiał w różnych przemianowanych na kluby spelunach te wszystkie banknoty z mapką Europy, za które w Somalii możnaby wyżywić przez miesiąc całą partyzantkę? Kto inny wypożyczałby te samochody bez ubezpieczenia i kto płaciłby 300 euro za pokój, za który Portugalczyk zapłaciłby połowę? Ale mimo tego Erasmus przypomina, że prawdopodobnie nie mamy tylu żyć co koty i nie wszystkie szaleństwa wtorkowej, czwartkowej, piątkowej i sobotniej nocy zostaną nam wybaczone. Pierwszy z wyścigu o tytuł Hardkora roku (czyli że jeśli dziś nie piję, to znaczy że wypijam butlę sangrii i dwa piwa) odpadł Turek, któremu czerwone plamy na ciele dały znać, że właśnie wysiada mu wątroba. Tego nie było w folderze informacyjnym na temat Erasmusa! Miało być międzynarodowe towarzystwo, uznane dzieła w muzeach i dobre sztuki na ulicach, ale kto do cholery kazał nam dać nam całkowitą wolność i alkohol po kilka euro za litr?! Wielu wam tego nie wybaczy, wy nieczułe biurokratyczne mendy ze Strasburga!
5 października Portugalczycy świętowali stulecie republiki. Jednakże podobnie jak Polska nie byla wolnym krajem po 1945 roku, tak też tutaj demokracja miała swoje lepsze i gorsze momenty i blisko czterdziestoletnie panowanie reżimu wojskowego, na czele którego stał Antonio Salazar, nie miało nic wspólnego z republiką. Co więcej, nawet w taki dzień rzeka (zwana przez tych najbardziej oderwanych od rzeczywistości oceanem), nie przestała śmierdzieć. Gorzej w Lizbonie pachnie tylko nad ranem na Bairro Alto i w metrze w godzinach szczytu.
"Pseudopodróżniczy i pseudozabawny, jeśli jesteś frustratem, masz kompleksy i urodziłeś się w Otwocku to miejsce właśnie dla Ciebie."
"Miejsce spotkań przyszłych elit narodu polskiego, głównie o tym, że wprawdzie wszyscy umrzemy, ale nikt nie każe ci być idiotą."
"Ksenofobiczny, rasistowski i bardzo prawdziwy."
"Lubię placki!"