26 marca 2009

Kalejdoskop marcowych wydarzeń:

Zdecydowanie się na wyjazd na narty do Włoch (pojutrze) zmobilizowało mnie do wyszlifowania formy moich kolan. Bóle, trudy i znoje zniosłem dumnie, poprawa nastąpiła, aczkolwiek dziwne trzaski i strzały w kolanach świadczą o tym, że to nie będzie spokojne szusowanie. O ile dojadę na miejsce- samolot o świcie do Bergamo, potem przejazd do samego miasta. Następnie wybrałem (spośród sporej liczby możliwości do wyselekcjonowania, gdzie żadna nie była naprawdę dobra) trasę pociągiem do Rovato, tam przesiadka i dojazd do Verony, znów przesiadka i kierunek na Trento. Tam kolejką elektryczną (o ile na nią zdążę, bo od pewnej godziny kolejka aż tam już nie dojeżdża, a wówczas należy jeszcze przesiąść się w autobus) do Marilleva i stamtąd już na piechotę kawałek do Mazzany. Ale warto, bo do Val di Sole zjedzie się międzyleska elita! I to ona zresztą zapewni mi przewóz sprzętu.

Madryt swoim domem przez kilka dni uczynili moi rodzice. Ach, to były czasy! Jadło się, piło, lulek nie paliło wprawdzie, ale i tak było suto i ciekawie, chociaż trochę męcząco. Setki zrobionych kilometrów odczułyby każde nogi, a te setki tysięcy, które przebyliśmy my to już w ogóle musiały się dać we znaki. Przy okazji okazało się, że już całkiem nieźle znam Madryt, więc możecie wpadać- nie zgubimy się!

Moja zdolna dziewczyna dostała tymczasową pracę w sektorze ratowania Ziemi, więc jeśli ten zepsuty świat przetrwa najbliższy kryzysowy rok, to podziękowania ślijcie właśnie na adres Karoli. A póki co w ramach wsparcia możecie ponucić sobie "Heal the world, make it a better place"!

Jedno wydarzenie marca zasłużyło na specjalne wyróżnienie, wszystkie inne przy nim zdają się zupełnie blednąć. I wcale nie chodzi o moje urodziny, ani o awans Man United do ćwierćfinału ligi mistrzów. W kraju, w którym studentki podpierdalają z knajp ketchup, inne studentki kradną apaszki z Zary, pacjenci wodę utlenioną z przychodni, w mieście gdzie w porannych autobusach jest więcej złodziei niż zwykłych pasażerów, gdzie gdy na minutę spuścicie z oka coś, to już tego nie będzie, a nawet jak nie spuścicie z oka, to i tak pewnie nie będzie, w tym oto kraju przydarzył mi się cud. Spotkałem Anioła- był mężczyzną wprawdzie, ale to seksistowska propaganda uczyniła z aniołów piękne anielice. W każdym razie zmęczony, słuchając muzyki wracając od rodziców przeszedłem przez bramkę w metrze i w połowie bardzo długich schodów ruchomych podbiegł do mnie gość (Anioł, jak się miało okazać) i powiedział mi, że zapomniałem odebrać swojego biletu z bramki. I... no i oddał mi ten mój bilet. To było zupełnie jak sen, kiedy tak wyciągnął ten bilet i po prostu mi go oddał. Niezwykłe. To moje gapiostwo kosztowałoby mnie 46 euro potrzebne na nowy bilet marcowy (to jest ten idiotyczny system miesięcznych, w dosłownym tego słowa znaczeniu, biletów). Będąc w dużym szoku podziękowałem i gość zniknął, mógłbym przysiąc, że po prostu się rozpłynął w powietrzu.

Z ciekawych spraw mogę napisać jeszcze, że kupiliśmy bilety lotnicze do Valencii na Semana Santa, czyli na czas Wielkiego Tygodnia, gdzie czekać nas powinno trochę atrakcji. Bardzo spodobało mi się tłumaczenie Karoli o niezwykłości walencjańskich obchodów, że tam chodzą ludzie poprzebierani tak śmiesznie jak Ku-Klux-Klan. A i tak najlepsze jest to, że bilet za osobę w obie strony był tańszy od wizyty u fryzjera (odpowiednio 9 i 10 euro).

Mój kurs dobiegł końca (wczoraj), wyniki znów są niezaskakująco dobre i ponownie niektórzy się obrazili, że któryś profesor potraktował sprawę w miarę poważnie i ocenił nas stosownie do wyników, a nie wedle zasady- płacą, to im podwyższę! W ogóle w oparciu o kryterium podejścia do wykładów, egzaminów, wyników itd. można napisać jakąś dużą ciekawą rozprawę socjologiczną, ja bym się nawet zgłosił na zbieracza danych w zamian za kolejne kursy w kolejnych krajach.
Czytaj więcej

21 marca 2009

Po dłuższej przerwie zaglądamy ponownie do waszych domów. Żeby wypełnić ten kawał czasu, w którym przecież życie toczyło się całkiem żwawo, będę miał dla Was dwa wpisy. W pierwszym (tym, w sensie) wzorując się na wstępniaku z Przekroju napiszę o czym nie napiszę. Zaś w następnym (nie tym, w sensie) napiszę to o czym napisać miałem.

Nie napiszę o:

...Hiszpanie i Hiszpance, których zupełnie nie wzruszyła wielka informacja zalepiająca jedne z drzwi metra. Widocznie ani napis ostrzegający o awarii drzwi, ani wymowny rysunek, ani umiejscowienie plomby nie mogło ich powstrzymać przed nerwową próbą ich otwarcia. Potem się z Wami spotkam i znów mi powiecie, że to niemożliwe, że oni bywają tacy głupi.

...nowym filmie Almodovara, który wszedł do kin, bo jeszcze go nie widzieliśmy. Ale widziałem już Penelope Cruz na plakatach i spodziewam się arcydzieła

...tym, że najlepsza koleżanka z pracy Mileny okazała się być mężczyzną. W czasach gimnazjum swój szczyt świetności miała zabawa w mazanie w zeszytach i na różnych pracach pewnego bohomazu w kręgach szkolnych znanego pod pseudonimem artystycznym jako "kutas". I kiedyś ktoś takiego dorodnego za przeproszeniem "kutasa" strzelił koledze (nazwijmy go: Marek) na oddawanym przez niego wypracowaniu z polskiego. Tenże Marek, zaradny gość, idealnie po liniach, żeby nie wymazać nic z wypracowania, kutasa wykorektorował. Efekt końcowy nauczył mnie na całe życie, że nieważne jak będziesz się starał to i tak pewnych rzeczy nie ukryjesz.

...śmiesznych targach prowadzonych przez kilku nadgorliwców z ćwiczeniowcami z kursu na temat tego co ma być na egzaminie zaliczeniowym, którego znaczenie plasuje się gdzieś pomiędzy: kompletnie nieistotny, a zupełnie nieważny; bo dobrze wiem, że ból istnienia i zdobywania wiedzy jest także dobrze znany polskim studentom.

...tym, że życie ludzkie to nie biznes, ani o tym, że studiowanie to nie biznes, biznes to nie biznes i wszystko inne to też nie biznes. Wystarczy, że krzyczą o tym napisy na każdym murze w Madrycie. Poza tym moim faworytem wciąż pozostaje grasujący po naszej okolicy szalony kaznodzieja i obserwator życia Eustachy, którego górnolotne hasła (najlepsze jest chyba u nas: Technologia vs. Natura, ale połażę i spiszę dla was wszystkie, bo dają do myślenia i układają się w spójną całość!) zdobią tutejsze bloki.

...upale, który na dobre zagościł w Madrycie. Po pierwsze celem tego bloga nie jest irytacja czytelnika, a po drugie według Madrytczyków te 22 stopnie teraz to jeszcze nawet nie jest ciepło.
Czytaj więcej

5 marca 2009


Przepis na szczęście? Pojechać do Porto, kupić tam za grosze butelkę miejscowego specjału, zwanego dla niepoznaki Porto, za jeszcze mniejsze grosze wyposażyć się w ser o niemal kremowej konsystencji i wreszcie w miłym towarzystwie usiąść na trawiastym brzegu rzeki od strony Vila Nova de Gaia racząc się wszystkim co w zasięgu rąk i delektując się widokiem na starą część Porto i na piękny architektoniczny obiekt będący dwupoziomowym mostem. Wspomagani grzejącym słońcem szybko odlecimy gdzieś wysoko. Potem w tym stanie, gdy dzień będzie miał się ku końcowi warto ruszyć w górę miasta, wzdłuż wspomnianego mostu, aby zobaczyć jak blisko strefy dla turystów i świetnie zachowanych zabytków mieszka prawdziwa biedota w slumsowatych budynkach w warunkach (wydawałoby się) nieprzystających do zachodu Europy.

I tym razem mieliśmy dużo szczęścia do znalezionych na hospitalityclub osób, które ugościły nas w swych przybytkach. Żadnego spania na podłodze w kuchni u ciągle pijanych studentów. W Guimaraes nawet mieliśmy całą małą kamienicę dla siebie, a gość ze swoją dziewczyną nie tylko dali nam bilety na sztukę i ugotowali obiad, ale też oprowadzili po miasteczku, wwieźli na fantastyczny punkt widokowy będący na szczycie pobliskiego wzgórza i wreszcie wtajemniczyli w lokalne życie nocne koncentrujące się na jednym z placów. Tam też poznaliśmy niezwykłe dźwięki jakimi może poszczycić się zespół Buraka Som Sistema, a także absolutnie nie do podrobienia małe drinki sprzedawane wręcz hurtowo za małe pieniądze. Po Hiszpanii niemal wszystkie kwoty w Portugalii zdawały się być niewysokie. W tym momencie ceny jedzenia i picia na północy tego kraju są mniej więcej dwa razy niższe niż w Madrycie (jeżeli przesadziłem to niewiele).

Pobyt w Porto to odbycie obowiązkowego programu jakim są degustacje wina w Vila Nova de Gaia, śniadanie gdzieś w centrum, spacer uliczkami, placami, tym razem nie zajrzeliśmy do jedynej w swoim rodzaju wiekowej księgarni, ale za to pojechaliśmy nad ocean zażyć słońca i relaksu w jednej z plażowych knajpek. Życie-wypas, to jest cała Portugalia. Z tym zastrzeżeniem, że na południu już w ogóle nie myśli się o pracy, a tam gdzie byliśmy coś jednak ludzie robią, korzystając zarazem z licznych dni świątecznych (Portugalia jest ponoć większą specjalistką od długich weekendów niż my) pełną gębą. Sami na taki trafiliśmy. Zupełnie bezwiednie przyjechaliśmy do ojczyzny karnawału, kraju który wyeksportował ten zwyczaj do Brazylii i Indii, właśnie w przeddzień środy popielcowej. Zaproszeni na kolację znaleźliśmy się w środku niemal rodzinnej atmosfery bliskich sobie osób. Jedną z nich był pan w wieku naszych rodziców, który od razu zastrzegł, że mówi po angielsku tylko trochę. Mówił naprawdę dobrze (i bardzo spokojnie), tak jak niemal wszyscy spotkani przez nas Portugalczycy- duże zaskoczenie in plus. Nasi nowi towarzysze przechwalali się, że wszyscy potrafią świetnie gotować (podkreślali też to, że potrafią zrozumieć hiszpański, a Hiszpanie nie zadają sobie trudu w zrozumieniu portugalskiego) i nie mieliśmy prawa im nie wierzyć, bo gospodyni uraczyła nas świetną kuchnią. W miasto ruszyliśmy dość późno, gdyż poza wykwintną kolacją czekaliśmy na ważną część uroczystości, czyli przebranie się dziewcząt, przygotowanych do tego świetnie. Goście zaskoczeni rytuałem (w tym my) dostali śmieszne maski i czapeczki. I tak w objazdu po klubach i pubach towarzyszyły nas urocze anielice i tysiące innych poprzebieranych osób. Kolejna (po la noche en blanco i Salamance) trochę przypadkowo upolowana i niezwykła noc.

Przekonałem was do pomysłu inkorporacji Portugalii? Ja już swoją część pracy zacząłem w tym kierunku wykonywać. I nie bójcie się- oni raczej nie będą się bronić, są na to zbyt leniwi. A jak się nie uda to po prostu przeniesiemy naszą stolicę do Porto i też będzie wesoło. Może wtedy pozbawiona blasku fleszy Warszawa zbuduje brakujących 5 linii metra.
Czytaj więcej

28 lutego 2009

Portugalii opisywać się nie powinno, powinno się ją oglądać, rozkoszować się nią. My mimo wszystko o opis naszych wrażeń i doświadczeń się pokusimy, ale póki co tylko nawiąże do naszego ostatniego wyjazdu.

Będąc w Guimaraes przy okazji mieszkania u wesołego człowieka o imieniu André, dostaliśmy szansę obejrzenia teatralnej sztuki współczesnej w miejscowym centrum kultury, gdzie nasz gospodarz pracował jako spec od świateł. Pomny doświadczeń z Muzeum Sztuki Współczesnej Serralves (z nomen-omen Porto, z poprzedniego tam pobytu), miałem pewne przypuszczenia w co się pakujemy. We wspomnianym muzeum najciekawsza była łopatka-gigant wbita w ogrodzie otaczającym budynek. Obecnie odbywa się tam wystawa dziur w dupie, szerzej znanych jako odbyty, więc jakoś nie skusiliśmy się zajrzeć tam jeszcze raz (stąd na boku zdjęcie archiwalne). A propos odbytów- obecnie w Prado goszczą prace homoseksualisty Francisa Bacona i choć to też okres współczesny to akurat jego dzieła na pewno wpadnę zobaczyć, bo po prostu są stylowe. Potem wam zdam relację czy i jak bycie gejem wpływa na twórczość malarską.

Gasną światła i zaczynamy przedstawienie! Wychodzą dwie dziewczyny i w ubraniu, bezdotykowo spółkują ze sobą, potem pojawia się więcej osób i wszyscy dobrze bawią się taśmą klejącą wydając przy tym dziwne odgłosy między innymi żując gumę do mikrofonu albo upadając do mikrofonu. Co pewien czas ktoś coś szepcze beznamiętnie jakby recytował wyniki ostatniej kolejki ligowej z 3 ligi włoskiej. Do tego dochodzi nieskoordynowane tarzanie się po podłodze- cóż za siła przekazu! Wszystkie postępowe lewaki tego świata na pewno sikają pod siebie ze szczęścia (a co- są wolni to mogą!) widząc tak złożony przekaz we współczesnej sztuce. Coraz więcej osób byłoby gotowych zapłacić grubą kasę za oglądanie kogoś tarzającego się na scenie w śmieciach (krytyka konsumpcjonizmu), całujących się gejów (krytyka niemodnego już heteroseksualizmu), czy szumiących drzew (na pewno coś z ekologią). Reżyser-wizjoner z Guimaraes (to było ciężkie zadanie, powiedzieć aktorom: róbta co chceta, byle coś niepospolitego) chciał przekupić widzów innym chwytem. Wystawił na scenie na odpowiednio długi czas perfekcyjnie zbudowane zupełnie nagie dziewczęce ciało (przepraszam, że oddzielam ciało od dziewczyny, ale o ciele jestem się w stanie wypowiedzieć, zaś o dziewczynie niezbyt, może poza tym, że jest dość odważna). Pudło, widok cieszył me oczy, ale tuż obok miałem jeszcze lepsze ciało, więc to było za mało, żeby mnie "kupić". Ale miło z jego strony, że spróbował akurat w ten, a nie inny sposób.

Tak czy siak wpaść było warto. Teraz już wiem, że sztuka współczesna w każdej formie jest dla mnie trudno przyswajalna. Nad sztuki współczesne przedkładam dobre sztuki. Mogą być nagie, nie muszą być na scenie.
Czytaj więcej

17 lutego 2009

24 godziny...

...zostały żeby skończyły się moje męczarnie i egzaminy. Naprawdę, chyba jeszcze nigdy się tyle nie uczyłam. Nawet jeszcze nie wiem czy się opłaciło. W każdym razie przy okazji wertowania sieci w poszukiwaniu materiałów do nauki (nie zainwestowałam w podręczniki) znalazłam kilka ciekawych rzeczy.
Zobaczcie sobie np. tę prezentację. O czym? Hmm, to nieważne, ale chciałabym żeby na uniwerku same takie były!

shift happens


PS: mój chłopak zwariował, pomóżcie
Czytaj więcej

Dziękuj

Po tym wpisie Wasza wiedza na temat Hiszpanii i Madrytu nie będzie ani trochę większa. Mam nadzieję, że ta mało przewodnikowa forma prowadzenia tej strony nie jest problemem. Ale bądźcie cierpliwi, takie wpisy też mam w planach. Osobiście jestem fanem życiowo użytecznych przewodników. Z pewnością moje półki wypełniłoby wydawnictwo, które zapełniłoby strony radami: "Jak w kilku słowach sprawić, że [mieszkańce danego kraju] zmiękną nogi", "Jak przeżyć dzień za 1 euro", "Jak wykiwać sklepikarza, który chciał wykiwać ciebie". Sam obecnie opracowuję "Kurs hiszpańskiego w 2 godziny", absolutnie niezawodny i bardzo praktyczny, niedługo przedstawię efekty.

A teraz zajmę się czymś względnie na czasie- mieliście sesję, egzaminy, zapewne niektórych czeka powtórka z rozrywki i zastanawiają się czemu nie udało się zaliczyć. Otóż być może nie podziękowaliście? Wracając z ostatniego Sylwestra natknąłem się w autobusie na intrygującą konwersację. Dwójka młodych ludzi uznała, że noworoczny świt to świetna okazja na rozmowę o czekających ich egzaminach (na SGH). Wymienili się doświadczeniami a na koniec dziewczyna nie tylko nie podziękowała chłopakowi za życzenia powodzenia na kolosach, ale wręcz wyraziła na głos, że mu "nie dziękuję", ponoć by nie zapeszać. Matce za obiad też nie podziękuje, bo nie wiadomo czy się nie zadławi? Ojciec na urodziny kupi samochód i córeczka zakomunikuje mu, że "nie dziękuję", bo w tych czasach samochody są takie niebezpieczne!

Oczywiście, czasem dziękowanie może wpędzić Was w kłopoty, jak mnie dość dawno (na początku liceum) na klasówce z chemii. Zupełnie zielony z tego przedmiotu napisałem całkiem sporo dzięki uprzejmej koleżance siedzącej za mną. Oddając pracę trochę bezwiednie, ale szczerze wdzięczny powiedziałem do niej "dzięki". Nauczycielka tak się skonsternowała (nawet bardziej, niż pewien pan doktor na studiach kiedy uczciwie oznajmiłem mu, że jego książka jest beznadziejna), że kolejne 10 minut poświęciła na prawienie mi kazania i rozmowę z własnym sumieniem "co ona ma teraz zrobić?". Stanęło na tym, że kultura to ważna sprawa, więc po prostu żebym następnym razem (skubana, wiedziała, że to się będzie powtarzać) wstrzymał się z tym do wyjścia poza zasięg jej słuchu.

Naprawdę myślicie, że jak "nie podziękujecie" to będzie Wam łatwiej? Pewnie skuteczniejsza metoda to pouczyć się, albo chociaż dobrze usiąść. Paris Hilton mawia, że jeszcze ważniejsze jest dobrze się urodzić, ale to zostawmy w kategoriach pudelkowej ciekawostki.

Roman podziękował i dostał 4, Wiesław nie podziękował i jeszcze tego samego dnia przejechał go tramwaj, pod który wepchnęła go Mariola. Ona podziękowała i też dostała 4. W zawiasach.
Czytaj więcej

15 lutego 2009

Jadę ostatnio metrem, wyjeżdżamy na chwilę na powierzchnię, więc słońce odrobinę mnie oślepia, przyglądam się kto stoi obok mnie i... jestem w metrze z Javierem Bardemem! Patrzy na mnie, uśmiecha się przepraszająco, że rozproszył moją uwagę przez co przegrałem w grze na komórce i wraca do podrywania podróżującej z nim piękności. Nim dochodzi do mnie kto nią jest, obiekt zainteresowania rzuca mi się na szyję. I oto trzymam w swych objęciach Penelope Cruz! Jasne. A nad głowami przygrywa nam boski Enrique, metrem zawiaduje Fernando Alonso a drinki serwuje Rafa Nadal. Żarty się was trzymają, myślicie że tu taki Spanish Dream się może odegrać, podczas gdy my wiedziemy pełne trudów życie imigrantów ze wschodu! Ale i tak Walentynki skąpane w słońcu pierwszorzędnie się udały.

Przy okazji powyższego fragmentu (jego inspiracji)- widzieliście Abre los ojos, tudzież jego remake Vanilla Sky? Godne polecenia są szczególnie cycki Pe (jak ślicznotkę Cruz pieszczotliwie zwą w Hiszpanii- dobrze, że my np. na Annę Muchę nie wołamy "Mu"), która wtedy jako wschodząca gwiazda kina pozwoliła sobie na dość długie ich ujęcia. I za to przede wszystkim cenię starsze filmy. W Madrycie nawet do swojej oskarowej kandydatki miłością nie pałają, przezywając ją (też pieszczotliwie) Puta. Poszło ponoć o zrobienie kariery przez łóżko Toma Cruisa. Z pewnością nie narzekaliby, gdyby chodziło o ich łóżko. Pozazdrościć Cruisowi zmysłu inwestycyjnego!

Co poza tym u nas? Na zachodzie bez zmian.
Czytaj więcej

6 lutego 2009

Dla miłośników poezji wyjaśnienie na wstępie- to będą raczej rymy częstochowskie, niż wiersze. Odcinek pierwszy będzie uzupełnieniem wpisu o wyjeździe do Belgii.

(zamiast tytułu)

W pociąg tym razem dobry wsiedliśmy
za nami magiczna Brugia w zadumie została
i choć nieraz jeszcze przyśnić nam się miała
kierunek na Gandawę pewnie obraliśmy.

Zamieszkaliśmy u ludzi w sieci poznanych
ciekawych świata i w uśmiech odzianych.
Obiad, śniadanie, wygodne spanie-
oto Belgowie, Panowie i Panie!

Uniwersyteckie miasteczko kusiło urokami
przemierzaliśmy je więc pewnymi krokami
zapoznając się z jego zabytkami, uliczkami,
licznymi kawiarniami i pełnymi piw barami.

To nie pod turystów eksponowane zabytki
ani na każdym rogu sprzedawane frytki
Jakże pozytywne wrażenia w nas pozostały!

To niepowtarzalna prawdziwości atmosfera
która szczególnie studentom dech zapiera
Na erasmusowy wyjazd wybór doskonały!

Poczuliśmy cywilizację
od hiszpańskiej dżungli z radością odpoczęliśmy.
To było jak wakacje
gdzie wypić waszego zdrowia nie zapomnieliśmy.

Jeszcze o Ryanair słowa dwa.
Rodaczka nasza na pokładzie nas powitała
i bez żenady miejsce uprzywilejowane dała.
Jedyna powinność twa
to pamiętać, że według ich zasad
toczy się gra.
I będziesz, wierz mi, wielce rad
pasażerze
gdy zorientujesz się, że przestrzegając ich
szczerze
polecisz za grosze bez żadnych kich
jak pierze
nie kończąc jak tybetański mnich
albo pasterze.

Gdy piłeś, nie siadaj przy
komputerze.
Czytaj więcej

1 lutego 2009

Myślałam, że Belgia jest niewielkim, stosunkowo bogatym i dość liberalnym krajem, w którym większość terenów zajmują pola uprawne, a znaczna część ludności mieszka w miastach łączących to co zabytkowe z tym co nowoczesne. Nie wiedziałam, że zwykłe pociągi nie różnią się tam wiele od polskich, że i tam z zabytkowych kamienic sypie się tynk, kraj zdominowała kuchnia włoska, a w niektórych domach żeby dojść do łazienki trzeba przejść przez taras.

Mimo odpadających tynków i bardzo dużej wilgotności powietrza, na ulicach belgijskich miast panuje raczej porządek i to "raczej" dodałam tylko przez wzgląd na Brukselę. Stolica okazała się zresztą nie tylko brzydsza ale i nudniejsza od całej reszty. Po prostu kolejne wielkie miasto, w którym nawet Carrefour Express tnie przyjezdnych na cenach czekolad.

Brugię zdominowali turyści. Prawdziwi mieszkańcy albo wymarli, albo udają że ich nie ma, albo nie wychylają nosa zza drzwi sterroryzowani przez hałaśliwych Hiszpanów (tak- Hiszpanie na wakacjach krzyczą jeszcze głośniej). Biorąc pod uwagę, że o tej porze roku turystów nie było aż tak wielu, czasem wydawało nam się, że byliśmy w miasteczku zupełnie sami. Zatrzymaliśmy się w St Christopher's Inn, hostelu wpisanym na listę The Famous Hostels, gdzie obsługa mówiła świetnie w czterech (!) językach. We Flandrii zresztą trzy języki (holenderski, francuski i angielski) znają właściwie wszyscy. Dzięki rewelacyjnym mapkom use-it (jeśli wybieracie się do Belgii koniecznie o nie spytajcie! Można je dostać w Brukseli na Schildknaapsstraat 24 Rue de l'Ecuyer) dotarliśmy też do mniej znanych miejsc, jak kompleks apartamentowców, który powstał wykorzystując zabudowania dawnego więzienia.

Poza tym jednym dziwacznym, a w nocy nawet trochę strasznym miejscem, Brugia okazała się tak urocza jak na filmie. Malutkie domki z oknami na poziomie parteru przysłoniętymi zasłonami, które strzegły tajemnicy brugijskich wnętrz i ich mieszkańców. Czasem udało się dostrzec jakiś skrawek pokoju, który urządzeniem przypominał galerię albo klimatyczną kawiarenkę. Cisza i spokój większości uliczek i placów, nieruchoma woda w kanałach, stylowe ale raczej opustoszałe puby, wszystko to co dla mnie stanowiło esencję tego miasta wcale nie kontrastowało z gwarnym centrum, aleją nowoczesnych butików i czekoladowymi penisami na wystawach czekoladowych sklepów. Penisy wzbudzały zresztą wielką radość wśród objedzonych słodkościami rodziców... z dziećmi.
Czekoladowo było bardzo, choć ja mogłam tylko patrzeć, bo kubki smakowe na moim poparzonym języku nie odróżniały jej od masła. Było też dużo piwa (podobno około 560 rodzajów), frytek i włoskiego żarcia w takich ilościach, że w pewnym momencie zwątpiłam nawet w istnienie belgijskiej kuchni. Ale nie martwcie się- podobno naprawdę istnieje i ma się całkiem nieźle. Była też polska wódka. Wyborową zrównano tu z Absolutem, a elegancka butelka Belvedere zdobiła witryną najbardziej luksusowych delikatesów w centrum.

Pomyślałam sobie, że w takim mieście na pewno fantastycznie się żyje. Wyobraziłam sobie ewentualną przeprowadzkę, szukanie pracy (to nie powinno być ciężkie- kasjerzy obsługujący nas w supermarketach nie mieli więcej niż 18 lat), szukanie znajomych... i doszłam do wniosku, że żeby czuć się tam naprawdę dobrze musiałabym się tam urodzić. Belgowie których spotkaliśmy byli niezwykle uprzejmi i taktowni, bliżsi nam sposobem myślenia niż Hiszpanie, ale mimo wszystko, trzeba to sobie przyznać, że Polsce i do Belgii jeszcze sporo brakuje. Mam tylko nadzieję, że pójdziemy właśnie w tę stronę, że coraz lepiej nauczymy się dostosowywać do świata, a nie poprzestaniemy na samozadowoleniu i iście hiszpańskich w stylu okrzykach, że to świat powinien dostosować się do nas.

Jedno tyko mogłabym zarzucić Belgom. Pracownicy kolei NIGDY nie informują, że czasem trzeba zmienić pociąg. A spokojnie by mogli, bo wszyscy świetnie mówią po angielsku. W ten sposób, jadąc z Gandawy do Brukseli znaleźliśmy się w pociągu do Lille we Francji i dojechaliśmy do przygranicznego już prawie miasta Kortrijk. Sprawdziłam w przewodniku – Kortrijk był kiedyś ładny ale go zbombardowali, to co ocalało wpisano na listę UNESCO, teraz jest brzydki i turyści go omijają, tak w skrócie. Poszliśmy na spacer, zobaczyliśmy „to co ocalało” i pojechaliśmy do Brukseli, choć mogliśmy nawet zostać tam dłużej. Nie było się do czego spieszyć.
Czytaj więcej

16 stycznia 2009

Druga odsłona mojego kursu nie zaczęła się dla mnie szczęśliwie, choć śmiechu było co niemiara. Zamiast testu czy weryfikacji ocen uczestnikom poprzedniego trymestru zafundowano przydzielenie do z góry ustalonych grup. Centralne planowanie w wydaniu hiszpańskim nie odbiega efektywnością od odpowiednia PRL-owskiego, również jest do dupy. Wszyscy kontynuujący naukę, których znałem z poprzedniej grupy (było tam sporo świetnych ludzi, ale oni akurat wyjechali lub naukę zakończyli) są ze mną. Tyle że poza zdolną i pracowitą Francuzką nie ma z nich pożytku. Kalifornijka jest postrzelona i chyba rzadko trzeźwa, a Chińczyk równie dobrze mógłby pozostać przy języku migowym i odpuścić sobie używanie hiszpańskiego. Widocznie chce być bardzo swojski, bo zawsze gdy otwiera buzię brzmi jak zarzynana Chupacabra (o ile te zwierzęta jednak istnieją).

Tkwimy pośrodku dwóch supermocarstw, gdyż całą grupę stanowią Amerykanie i skośni (Chińczycy, Japonka i Tajwańczyk). Momentami jest to trochę traumatyczne, zważywszy jak wiele nas różni. Na konwersacjach przyszło nam opowiedzieć historyjkę z morałem, więc nie chcąc być śmiertelnie poważny wybrałem tę bajeczkę. WSZYSCY Amerykanie opowiedzieli historie, których morałem było: "jak w coś wierzysz, to możesz tego dokonać!" lub "jeśli włożysz w coś dużo wysiłku to możesz być najlepszy!". Niewiarygodne, ale to jednak wróży Ameryce dalszą supremację nad światem. Morały Chińczyków były zróżnicowane, ale też bardzo górnolotne (takie nieeuropejskie). Moje przesłanie musiałem wyjaśnić (dość dosadnie) i chyba lekko zaszokowałem publikę, bo Amerykanka wypaliła: "sądzisz, że jak jest się dyrektorem to można nic nie robić?!". No Kochana, w każdym razie Ty na pewno więcej napracujesz się pod biurkiem, niż Twój szef za nim. "Komunista"- mogła sobie pomyśleć. Och, jak "idealnie" by trafiła!

Zajęcia z praktyk prowadzi wariatka. Po trzech minutach zajęć (podczas których mówiła do nas sylabizując wyrazy i okazywała dziwne reakcje) dostaliśmy z Francuzką ataku śmiechu. Ostatni raz coś takiego spotkało mnie w kościele, jak miałem 9 lat. Nie mogliśmy się opanować i prawdę mówiąc śmiałem się jeszcze w metrze wracając do domu (nic nie pomogło, że koleżanka wyszła na kilka minut próbując się uspokoić). Zwróciliśmy oczywiście uwagę wszystkich (Boże, ja naprawdę wyłem ze śmiechu), ale o ile nauczycielkę udało się zbyć krótkim "takie tam, między nami", o tyle reszta grupy jeszcze długo dopytywała się o co chodzi. NIKT nie widział tego co my. Nie dziwne, że Bóg się wkurwił i pomieszał języki. Tego by jeszcze brakowało, żebyśmy wszyscy byli tacy sami. W każdym razie uruchomiliśmy procedurę zmiany poziomu i pani w sekretariacie już wie, że albo przenosi nas wyżej "albo jej porwiemy mamę".
Czytaj więcej

14 stycznia 2009

Mortal Combat

Wojenkę w nowoczesnej oprawie urządziło sobie kilku facetów w jednej z madryckich dyskotek. Na szczęście nikt z zaangażowanych w starcie nie został ranny, ani nawet aresztowany. Wszyscy zginęli. Za winnych strzelaniny uznaje się walczącą o wpływy w mieście mafię... bułgarską i skinheadów z grupy Los Miami.

Kto by pomyślał! Bułgar Ivayło (świetny gość z poprzedniego kursu) przekonywał mnie, że w Segovii (gdzie pomieszkuje) to Polacy po wódce lubią sobie urządzić bijatykę. Możliwe, ale to jego rodacy szybciej ogarnęli jak się robi FATALITY!

PS.: I tak to wszystko nie umywa się do tego, co dzieje się w nowojorskim metrze, gdzie- jak przekonywała nas Amerykanka- grasuje wielu zabójców.
Czytaj więcej

13 stycznia 2009

Dniami i nocami

Dniami i nocami korzysta się w Madrycie z transportu publicznego. Linii metra jest tu 12 razy więcej niż w Warszawie (z litości dla mojego miasta pomijam 3 linie metra naziemnego i 1 linię wahadłową) i są dłuższe ponad 13 razy od tego co znamy ze stolicy Najjaśniejszej RP. W nocy po godzinie drugiej można jednak o metrze zapomnieć. Pozostają autobusy nocne, które podobnie jak w Warszawie odjeżdżają z jednego punktu miasta. Takich linii (też oznaczonych "N", zwanych tu sympatycznie sowami) jest od groma, kursują dość często, a do tego wspomagane są przez "L" jeżdżące co 15 minut wzdłuż każdej z linii metra (to jest ewenement!). Tego byliśmy pewni idąc w ostatni czwartek na urodzinową imprezę do kolegi z praktyk Tomka.

Hipokryzją byłoby narzekać na funkcjonowanie madryckiej komunikacji, więc jedynie napiszę Wam jakież to zdziwienie spotkało nas, gdy późną i cholernie zimną nocą najpierw doczytaliśmy się na przystanku, że "L" działają tylko od piątku do niedzieli, zaś w dni powszednie "N" wymiękają nawet przy warszawskim odpowiedniku, bo z ich usług skorzystać można rzadziej niż raz na godzinę. Trudno powiedzieć jakim cudem do tej pory to przegapiliśmy: mieliśmy szczęście, czy rzadko wracaliśmy tak późno w dniach poniedziałek-czwartek? W każdym razie twardo postanowiliśmy ruszyć na piechotę do domu, choć temperatura oscylowała już w okolicach takich, przy których niedźwiedzie polarne biegną po kurtkę do sklepu Rossignola. I szliśmy "na czuja", rzecz jasna. Natrafiliśmy na stare torowisko pełne wymarłych pociągów, na stada wygłodniałych wilków (kryzys) i na bezrobotne prostytutki (wszystkie pracujące stacjonują w nowej-starej pracy Mileny). W trochę ponad 1/3 drogi, po godzinie marszu, złapaliśmy taksówkę i skończyło się nasze kozaczenie (a sumienie krzyczało: "Ty nie dasz rady?!").

I tak oto nie okazał się Madryt rajem komunikacyjnym, ale mimo wszystko to już firmament nieba. Dla zachowania walorów informacyjnych tego bloga uprzejmie donoszę, że bilet miesięczny kosztuje każdego powyżej 20 roku życia 46 euro, zaś za 10 przejazdów obecnie zapłacicie 7,40 euro. Czy to jest dużo? W stosunku do otrzymywanych korzyści i tutejszych zarobków zdecydowanie nie. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że gdyby składkę podniesiono do 60 euro, to każda rodzina miałaby tu swoją linię. Madryt swoją pulę środków unijnych wykorzystał perfekcyjnie. Po 2007 roku już pieniądze w tym kierunku prawie przestały płynąć, teraz podążają w naszą stronę. Wierćmy zatem!
Czytaj więcej

9 stycznia 2009

Plotki o tym, że oszukałem Bank Santander na ponad dwa miliardy euro i zwiałem na Hawaje okazały się (niestety) przesadzone. Nadal pomieszkujemy w Madrycie i prowadzimy skromne gospodarstwo domowe, w którym ostatni rachunek za prąd nas prawie zabił. Podrożały też bilety miesięczne. I w ten oto sposób trzeba będzie zamienić osiemnastoletnią Chivas Regal na model dwunastoletni.

Zbyt szybko po powrocie do Madrytu Karola triumfalnie obwołała nadejście wiosny. Dziś rano wiosna zakpiła sobie perfidnie i zesłała na stolicę Hiszpanii klęskę żywiołową w postaci solidnych opadów śniegu, których nie widziano tu od czterech lat. Można było się spodziewać, że to nie będzie kolejny zwykły dzień. Miejscowi ruszyli na ulice z aparatami fotograficznymi (trzeba im przyznać, że uginająca się pod śniegiem palma to niepowtarzalny widok), inni uznali, że w takich warunkach wyjść z domu się nie da (na przykład niektórych znajomych Karoli ze studiów zatrzymała w domach 15 centymetrowa warstwa białego puchu). Nasz specjalny korespondent Tomek donosił, że na stacjach kolejki miejskiej pociągi albo nie jeździły wcale, albo kursowały pod prąd, w pracy doradzano aby nie próbować wracać do domu, zaś ludzie na stacjach całkiem poważnie wieszczyli koniec cywilizacji zachodniej (pomyliło im się z wyborem Obamy na prezydenta USA!). Profesor na studiach Mileny ucałował śnieg dziękując Bogu za ten dar. Zajęcia rzecz jasna odwołano. Nawet poważni ludzie w pracy Germana wymyślali historie o zgubnym wpływie leżącego na masce śniegu na stan samochodu. Zauważyłem, że także rzucanie się śnieżkami wskazywało na brak zrozumienia zasad tej zabawy. Nie było ganiania się i uników, tylko turowo wykonywane rzuty oddalonych od siebie kilka metrów "rywali".

Trochę się stęskniłem za tą madrycką (nie)normalnością. Witamy z powrotem, wracamy z nowymi siłami!
Czytaj więcej

25 grudnia 2008

Trochę dziwna ta klawiatura nie od laptopa. Wszystko rozumiejący wkoło ludzie to też pewna nowości, ale przynajmniej znalazło się towarzystwo do rozmów na lotnisku w Pradze.

Dotarliśmy na Święta. Karola u babci, ja w domu, powoli napełniamy się atmosferą i gromadzimy dla siebie zapas pozytywnych skojarzeń prosto z Polski, żeby zachować je na drugą (większą, jak to z połowami bywa) połowę roku. Z powrotem wszystko miało być dość proste- bieganie za prezentami, jeden, a może i dwa dni spokoju i pożegnalnego Wesołych Świąt w kierunku Madrytu, a następnie na lotnisko, odpowiednio wcześniej, aby nic nam nie mogło stanąć na drodze do odpicowanego Okęcia. Piątek- świąteczne spotkanie Polonii madryckiej w składzie: Karola, Milena, Blondi, Ania, Sychu, Tomek. Gorączkę 38 stopni przed wyjściem na kolację tłumaczę zdrowym pobudzeniem po otrzymanych dziesiątkach z egzaminów. Sobota- bieganie po sklepach, ogrom zakupionych prezentów i przyjemne uczucie, że już niewiele zostało, żeby w spokoju móc popatrzeć na pięknie oświetlony Madryt zanim się spakujemy. Niedziela- nie jestem w stanie wstać z łóżka, czołgam się po ścianach, a moje czoło spokojnie zastępuje grzejnik w pokoju. Na dworze od kilku dni 17 stopni, grzeje słońce, a ja w łóżku podbijam średnie temperatury i przy 40 stopniowej gorączce jedyne o czym marzę, to żeby to wszystko było tylko złym snem. W takim stanie prędzej namówiłbym moją torbę z prezentami, żeby sobie pomaszerowała odprawić się na lotnisko, niż sam bym na nie trafił. Najwyżej mógłbym zapakować się do podręcznej walizki i pozwolić odłożyć się do luku. Poniedziałek- kompletny brak sił i silne osłabienie (to się nazywa zwalić gorączkę!), a Karola kolejny dzień musi za siebie i za mnie dokańczać świąteczne zakupy, znów się mną zajmować, no i ostatni raz idzie do pracy i ostatni raz daje korki z angielskiego. Sądny dzień, ale na wtorek plan jest opracowany- taksówka do granic miasta do linii metra dojeżdżającej na sam terminal, oczywiście bez stresu, odpowiednio wcześniej.

Wtorek- taki powrót to nawet jakbym był zdrowy, przyprawiłby mnie o ból głowy. Taksówka nie przyjechała, bo pani z centrali pomyliła numer ulicy (byłem przy tej rozmowie, pani musiała być głucha albo pijana). Następnie jak najszybciej, czyli za 15 minut, podstawiono następny dyliżans, informując wcześniej, że stoi już pod drzwiami, choć jeszcze 10 minut go tam nie było. Czas się skurczył tak, że pozostało proszenie taksówkarza, żeby dał z siebie wszystko i odwiózł nas pod same drzwi lotniska. Zdążył, bo tuż przed Świętami nie było już korków, a Madryt w dwa lata zafundował sobie gigantyczny tunel-obwodnicę, który może przyprawić o kompleksy (nawet Polaka!). 10 minut do zamknięcia stanowisk- spoko, przecież w każdym normalnym kraju otwiera się dodatkowe stanowiska dla kończących się odpraw, ewentualnie wywołuje z kolejek tych, którzy dotarli w miarę na ostatnią chwilę (no bo kurważ ich mać, ma się do tego prawo), ALE NIE W HISZPANII. Hiszpania to taki alternatywny kraj, w którym mówi się ludziom: stańcie w kolejce na godzinę i liczcie na to, że się ona rozstąpi jak Morze Czerwone dla Mojżesza i się wyrobicie w 10 minut. Dobrze że Karola była w formie fizyczno-umysłowej (muszę przyznać, że ja potwornie osłabiony głównie tępo patrzyłem się przed siebie starając się nie stracić świadomości) i wywalczyła możliwość odprawy w biznesklasie, czym uratowaliśmy skórę sobie i innej Polce oczekującej w wielkiej kolejce (a ludzie chętni do przepuszczania wcale nie są- "wszystkim się spieszy"). Fakt, że Karola w poszukiwaniu wody już przed odlotem gdzieś się zgubiła, bo zrobiło jej się słabo pomijam, bo chociaż znalazła się parę minut po planowanym odlocie, to samolot miał opóźnienie, więc dostaliśmy się na pokład.

Hiszpana, który utrudnia Ci powrót do kraju można zamordować na różne sposoby- można wsadzić go do wanny i wrzucić do niej toster (nie wyłączając uprzednio go z prądu), można zamachnąć się na niego siekierą, ewentualnie spróbować zastrzelić. Polecam, bylebyście wcześniej poćwiczyli na karpiach. Jak coś robić, to porządnie.

Wesołych Świąt!
Czytaj więcej

15 grudnia 2008

Nie opowiadałem w końcu dziś na zajęciach o naszym pięknym kraju wódką i piwem płynącym. Mieliśmy zastępstwo, gdyż prowadzącemu zajęcia zmarł wczoraj tata. Trochę jednak facet przesadził, tak sobie po prostu umrzeć. Nieźle nas wykiwał. So it goes.

Dziś w metrze zacząłem się śmiać prawie na głos, gdy na przeciwko mnie usiadła kobieta-pączek. Gdy już wcisnęła się na siedzienie między dwie inne osoby, to nie dosięgała nogami do podłoża. Ona ma tłusty czwartek cały rok. Pożarła go i już nie odda. Może to i lepiej, bo jednocześnie, jest doskonałą (chodzącą- póki co, ale raczej już niedługo) antyreklamą tłustego czwartku. Dobrze, że od jakiegoś czasu wszyscy w komunikacji miejskiej czytają jedną i tę samą pedofilską książkę o dziecku w piżamie w paski, co trochę odwróciło uwagę od mojego dławienia się śmiechem i nie było skandalu. Nie wiem swoją drogą czemu aż tak zafascynowano się tym kryminałem, ale chętnie sprawdzę "kto zabił" i dam wam znać. A Severus Snape jednak był dobry!

Metrem jechał też gość, który sprawdzał klasówki z matematyki, najwyraźniej z jakiejś podstawówki, bo tematem były NWW (najmniejsza wspólna wielokrotność) i NWD (największy wspólny dzielnik). Biedne dzieciaczki prawie od góry do dołu miały jedynki. Normalnie pomyślałbym, że się zestresowały i nie poszło, ale potem przypomniałem sobie, że jestem w Hiszpanii, krainie bez szeroko zakrojonych intelektualnych ambicji. I to wyjaśniło wszystko w mig.
Czytaj więcej

12 grudnia 2008

Pomożecie?!

W najbliższy poniedziałek na zajęciach z gramatyki mam opowiedzieć kilka słów o Polsce. To niby nic specjalnie trudnego, szczególnie że można polegać na pytaniach z sali, ale może macie jakieś podpowiedzi, czy sugestie, o czym warto wspomnieć? Jednak ta grupa (inna niż ta od prezentacji) i ten prowadzący są dość rozgarnięci, więc wciskanie kitu można sobie odpuścić. Podrzućcie kilka pomysłów i przy okazji pokażcie, że wciąż tu zaglądacie, bo ruchu w komentarzach nie widzę! Napisalibyście chociaż, że tęsknicie, że rezerwujecie czas po Świętach na spotkanie i że na waszych uczelniach zapieprz na całego!

W tym miejscu miałem Was prosić o jeszcze jedną radę- w sprawie prezentu (do 3 euro:)) dla osoby, którą wylosowałem w zabawie w niewidzialnego przyjaciela we wspomnianej grupie. Ale w Madrycie jest coś, co kosztuje 3 euro i co każdego ucieszy. Bilet na Majorkę (ze wszystkimi opłatami) w jedną stronę. Przyjazny kraj, nie?

W drugiej części wpisu opowiem Wam jak z Sychem walczyliśmy o miejsce w pierwszym składzie Realu Madryt dla Jerzego Dudka. Otóż na meczu z Zenitem (rosyjscy kibice są tak samo fanatyczni jak polscy i dzięki nim na stadionie bywało głośno) z takim zaangażowaniem dopingowaliśmy Jurka i gorąco oklaskiwaliśmy jego liczne (dwie) interwencje, że niczyjej uwadze nie mogło to ujść. I oto następnego dnia dzięki ekstatycznym reakcjom tłumu nowy trener Królewskich oznajmił, że zastanawia się czy to nie Dudek powinien zagrać w klasyku z Barceloną z uwagi na cztery fenomenalne parady podczas spotkania z Zenitem. Jak widać nie tylko ja przyszedłem trochę zawiany na stadion (dlatego to zdjęcie takie ruszone), trener też lubi sobie chlusnąć.

Tymczasem w Madrycie dziś studenci świętują Sylwestra. Nie pytajcie, bo sami nie wiemy, dlatego wychodzimy się przekonać. 10... 9... 8...
Czytaj więcej

9 grudnia 2008

Prezentacja

Dziś na konwersacjach miałem swoją prezentację (Muha! Umiem już zrobić kilka rzeczy w powerpoint!), która ma mi dać certyfikat ukończenia tej części kursu. Miało być coś o własnym kraju lub mieście, żeby było ciekawie. I przyznaję- pomysł w miarę wypalił, pomimo niektórych słabo przygotowanych wystąpień (czy tylko ja tak mam, że jak mam czas na zrobienie czegoś to sprawdzam słowa, których chcę użyć, a nie potem co chwila: jak to się mówi? jak to będzie? A internetu nie masz? albo słownika?). Dodatkowo okazało się, że grupa całkiem nieźle orientowała się w sytuacji Polski. Zupełnie bez zdziwienia przyjęli fakt, że po naszych ulicach chodzą niedźwiedzie polarne, kiwali ze zrozumieniem głowami, gdy opowiadałem jak to pięcioletnie dzieci piją z rodzicami do obiadu wódkę ze szklanek, a jako przejaw nowoczesności nawet uznali, że w Polsce je się tylko to, co każdy wyhoduje w przydomowym ogródku (dom i ogród każdemu zapewnia państwo). Jedynie nie chcieli mi uwierzyć, że w Polsce niedawno prezydentem i premierem byli bracia bliźniacy!

Dobra, nie wierzcie we wszystko co piszę. Tak naprawdę prezentacja była całkiem zwykła, bardziej czytana niż deklamowana, a jej temat stanowiła historia Warszawy (pokazałem trochę zdjęć- jak to było przed 1939, w co Niemczury obróciły moje miasto i jak Ruscy je finezyjnie odbudowali), a potem postawiłem na biurku buteleczkę Wyborowej (dzięki Kacper!) i opowiedziałem o zwyczajach alkoholowych Polaków. Przyznaję, że nie wszystko było na poważnie, więc jeśli kogoś wkurza rozprzestrzenianie stereotypów to swobodnie może się powyżywać w komentarzach!

Mam jeszcze gratkę dla wielbicieli nieprawdopodobnych przypadków. W piątek po zajęciach na przejściu dla pieszych koło mojego fakultetu minąłem się z Gosią (i Elen, i sympatyczną dwójką z Wrocławia) zazwyczaj będącą na Erasmusie w Barcelonie. Dobrze, że to ona mnie zobaczyła, bo ja pomyślałbym, że właśnie minąłem ducha (chociaż byliśmy wstępnie umówieni na wieczór). Spotkać się przypadkiem w Madrycie, przy oddalonym od metra wydziale na uniwersytecie kawał od centrum to coś jak trafić idealnie w IQ Challenge stolicę Wysp Marshalla. Musieliśmy się za to napić!
Czytaj więcej

1 grudnia 2008

Ale odlot!

Skuszeni wielką jesienną promocją Ryanaira, kupiliśmy bilety do Brukseli na styczeń. Odkąd zeszłej zimy obejrzeliśmy świetny film "In Bruges", który zdecydowanie skrzywdzono w Polsce tłumacząc tytuł jako "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", myśl o wyjeździe do Belgii powracała do nas co jakiś czas. Potem okazało się, że w Brugii jest jeden z zachwalanych Famous Hostels, o których pisał już Rafał przy okazji wyjazdu do Barcelony. I w końcu wczoraj zobaczyłam na ulicy tego karła z "In Bruges"! Musieliśmy pojechać.

Przy okazji Ryanaira chciałabym przestrzec wszystkich oszołomionych niskimi cenami biletów. Po pierwsze, w cenę biletu wliczony jest tylko bagaż podręczny. Ryanair dolicza sobie 30 euro za każdą sztukę bagażu nadanego, przy czym za tą opłatą można wziąć ze sobą tylko do 15 kg. Opłaty za nadbagaż przyprawiają o zawrót głowy. Poznany przez nas ostatnio Hiszpan musiał dopłacić kiedyś 200 euro za niecałe 30 kg (w tym 15 kg. nadbagażu). Zdesperowany, aby odchudzić swój bagaż, zjadł prawie wszystkie czekoladki, które wiózł rodzinie w prezencie. Po drugie, trzeba BARDZO uważać przy dokonywaniu wpłaty. Potwierdziliśmy wszystkie dane, portal trochę się zastanowił i poinformował, że wystąpił błąd i powinniśmy spróbować jeszcze raz. Na szczęście, nie podążyliśmy za instrukcjami, tylko sprawdziliśmy, że przyszło potwierdzenie rezerwacji, a pieniądze zostały ściągnięte z konta. Nasza koleżanka uwierzyła Ryanairowi i tydzień temu zapłaciła za bilety do Paryża dwa razy. Sprawę dało się wprawdzie odkręcić, ale na telefony do Irlandii swoje wydała (z Ryanairem nawet nie można się normalnie skontaktować, jedynie poprzez wysokopłatne numery telefoniczne).

Bilety już mamy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że samolot odleci względnie o czasie i z nami na pokładzie. Na lot WizzAirem z Barcelony do Cluj Napoca w wakacje spóźniłam się, bo na rezerwacji podano mi późniejszą niż faktyczna godzinę odlotu. W piątek w nocy skontaktowanie się z WizzAirem okazało się zupełnie niemożliwe. Na telefony odpowiadano po węgiersku, albo wcale, i tylko dzięki przytomności jednej z naziemnych stewardes odprawiono mnie do Bukaresztu (szkoda tylko że to aż 500 km do Cluj)

Zresztą nie tylko tanie linie są źródłem kłopotów. Moja siostra miała problem z powrotem do Warszawy, gdyż piloci Air France ogłosili trzydniowy strajk. Spędziliśmy przez to trzy godziny na lotnisku, trzy dłuugie godziny, biorąc pod uwagę nasz poimprezowy stan. Linia sprawnie przebukowała lot, może zbyt sprawnie, bo potem okazało się że na jedno miejsce czekało w samolocie dwóch pasażerów. Tyle że w tym wypadku można chociaż liczyć na przeprosinowy posiłek do syta i próby wyjścia z twarzą z zafundowanych niedogodności.

Tak, coraz więcej linii ostatnio bankrutuje. Samoloty się spóźniają a bagaże giną gdzieś po drodze... Ale nie zrażajcie się tak od razu. Jak już pewnie zauważyliście w lewym dolnym rogu umieściliśmy nowy widget. Teraz bardzo szybko możecie sprawdzić jak i kiedy można do nas przylecieć :)
Czytaj więcej

27 listopada 2008

Intensywnie

Listopad poza pożółkłymi liśćmi na niektórych drzewach i większą ilością prac zadawanych na studiach Karoli i na moim kursie, przyniósł nam także trochę aktywności stricte turystycznej. Stało się tak za sprawą przyjazdu Weroniki (siostra K.). Wreszcie ktoś nas wyciągnął, by zobaczyć to, czego turysta przegapić nie powinien. I tak, zobaczyliśmy Pałac Królewski (niebrzydki- jakby mnie król Jan Karol zaprosił na czwartkowy obiadek to nie odmówiłbym) ze świetnym widokiem z dziedzińca na miasto (może to nie to samo, co miała królowa Sissi w Achilleonie na Korfu, ale też przyjemnie!), poszliśmy do Prado (moje refleksje na temat "sztuki" podaruję Wam w innym wpisie), zwiedziliśmy historyczną dzielnicę rozpusty- Malasaña, no i pojechaliśmy do Toledo. Ponownie często towarzyszył nam (albo motywował do wyjścia) Tomek.

Na pociąg do Toledo oczywiście się spóźniliśmy, choć możemy się usprawiedliwiać, że to kolejka po bilety nas zatrzymała. Pojechaliśmy trochę później i zastaliśmy miasto zatopione w onirycznej atmosferze, wręcz idyllicznej. Do tego Tomek naprowadził nas na ścieżkę wiodącą nad rzeką, niemal otaczającą miasto, gdzie poza niesamowitym spokojem i kilkoma wędkarzami mogliśmy zobaczyć ruderę, do której prowadził prom linowy (rzetelność reporterska podpowiada mi, że ten prom raczej przypominał paletę) i domki z tarasami zamiast dachów. Potem standardowy obchód między lokalnymi barami a zabytkami i muszę przyznać, że dałbym radę pomieszkać tam przez jakiś czas. Czułbym się trochę jak na średniowiecznym dworze pięknie położonego zamku, gdzie rankami rubasznymi żartami niepokoiłbym niewiasty w karczmach, a wieczorami schodził nad rzekę polować na potwory. A potem znalazłbym dziecko-niespodziankę i napisałbym książkę, którą nazwałbym dajmy na to... Wiedźmin. O, jaka ładna nazwa!

Nocne przechadzki w towarzystwie alkoholu nie przyniosły specjalnie nic nowego. Nadal Hiszpanie nie grzeszą inteligencją i czekając na wejście do jednego pubu (hawajskiego!) urządziliśmy sobie happening z udziałem własnym i tutejszej młodzieży. Mało brakowało, a podstępnie wyprzedzilibyśmy ich w kolejce. Nie zagapili się jednak aż na tyle:
- Nie jesteśmy głupi!- wykrzyknął jeden z nich w swym narzeczu
- Wydaje ci się- odparłem po polsku
- Skąd jesteście?- spytali
- Z Ameryki- pozwoliliśmy sobie skłamać
- Znacie hiszpański?- chcieli się bratać
- Nie- pozwoliliśmy sobie skłamać po raz drugi (szczególnie Karola i Tomek)
W tym miejscu odbyła się krótka narada w gronie naszych rozmówców, której podstawową kwestią było "W jakim języku się mówi w Stanach?". "Po angielsku"- brzmiał ostateczny werdykt- trafili! Zdolniachy!
- EEE YYY Do you eee yyy eee LIVERPOOL!!!- postanowili podtrzymać rozmowę
- ?!
Ta rozmowa trwała, a im bardziej oni robili z siebie pajaców myśląc, że rozmawiamy między sobą po angielsku, tym bardziej przekonani byli, że my nic nie rozumiemy ("głupi obcokrajowcy, nic nie kumają!") i tym chętniej robili uwagi o nas. Kiedy dostaliśmy już stolik (o dziwo przed nimi) Tomek dobił ich jakimś komentarzem po hiszpańsku i sądząc po wymownym milczeniu, chyba autentycznie zrobiło im się głupio.

Czasem jednak noce w Madrycie przynoszą też zagadki. Taką były drzwi z poświatą, obok domofonem i regulaminem (trzeba być czystym, nie można być w ciąży i wiele innych). Zupełnie nie przeczuwając co się może za nimi kryć, kierowany ciekawością, zadzwoniłem. Ja TEGO nie widziałem, ale Milenę TO COŚ prawie uderzyło drzwiami. Wyjrzało i stwierdziwszy, że chyba to nikt na poważnie, zatrzasnęło wrota. TO COŚ było nagie i nie było kobietą. Milena do dziś nie odzyskała pełni zmysłów.
Czytaj więcej

26 listopada 2008

Blog zamarł... Trzeba to sobie powiedzieć, trochę go zaniedbaliśmy. Czasem wydaje się, że nie ma o czym pisać- przyzwyczaiłam się już, że pogoda jest śliczna, a ludziom trzeba tłumaczyć, co to jest "remake". Poza tym i tak spędzam przed kompem kilka godzin dziennie przygotowując korki, albo "odrabiając lekcje". No i nigdy nie prowadziłam bloga. Ale, ale, dość już tych marnych wymówek! Siedzę właśnie na Uniwersytecie. Spotkałam się z dziewczynami i miałyśmy kończyć naszą grupową pracę. I powiem Wam, że hiszpańskie uczelnie nie przestają mnie zadziwiać. W kafeterii bez problemu można sobie kupić piwo, a nawet whisky, a koledzy przy sąsiednim stoliku ani trochę się nie krępują i nie kryją się ze skrętami. Na całym piętrze roznosi się ten charakterystyczny zapach.

Już od ponad tygodnia parter zajmują śpiwory i namioty. Studenci CCI (Ciencias de la Información) protestują przeciw Bolonii. Niech sobie protestują. Mam tylko nadzieję, że są nieco bardziej zorientowani w temacie niż dziewczyna z pracy Mileny, która zadeklarowała, że nie jest za systemem Bolońskim, tak jak nie jest za demokratycznym, ani za żadnym innym.
Czytaj więcej