2 listopada 2013

Miałem już dawno gotowy kolejny wpis o Stanach, ale jakaś siła wyższa mi go wycięła. Obraziłem się na miesiąc i kto wie czy nie trwałoby to dłużej, ale spacer po cmentarzach przypomniał mi, że znicz zgaśnie, wieniec ukradną, a co napisane i opublikowane w internetach przetrwa nawet globalne ocieplenie. No przynajmniej do pewnego momentu.

Znacie te historie o ludziach ślepo ufającym GPSom i wjeżdżającym do rzeki sądząc, że skoro nawigacja tak ich naprowadziła, to nie wypada z tym dyskutować? Co za kretyni, mnie by to nigdy nie spotkało! A jednak. W drodze na camping w okolicach parku Yosemite automapa znalazła nam zajebisty skrót. Łyknęliśmy to bez dyskusji i niepostrzeżenie trafiliśmy na zbocze góry z pewnością niezaprojektowane z myślą o nisko zawieszonych miejskich autach. Ostateczny moment zwątpienia nie nastąpił, gdy przed światłami samochodu uciekł szop pracz albo inny ogoniasty zwierzak, ani gdy zaczęliśmy zarywać podwoziem o niepokojąco głęboko wyrzeźbione podłoże, ale gdy napotkaliśmy na wrak czołgu ukryty w zaroślach. Nie wiem czy Amerykanie mieli taki sprzęt już w czasie wojny secesyjnej, czy to naziści dotarli tak daleko, wiem tylko, że to była droga w sam raz właśnie na czołg, a nie na naszego Fokusa. To, że dojechaliśmy bez szkód do celu, zawdzięczamy jedynie ślepej wierze w pisany nam sukces.

Po takich przygodach najchętniej spędzilibyśmy noc w hotelu Ritz. W okolicach Yosemite nie można jednak liczyć na luksusy. Trafiliśmy na rozlany po wzgórzu camping, a naszym domem miał być półcienny namiot na końcu alejki na jednej z półek na udostępnionym dla turystów terenie. Zamiast pięciu gwiazdek na hotelu mieliśmy milion gwiazd nad głową, porównywalne do tego są jedynie letnie mazurskie noce. Jednak szelesty w zaroślach i kompletna dzicz, która rozpoczynała się tuż za naszą miejscówką, nie ułatwiały ukojenia rozkołatanych nerwów. Było to jedno z tych miejsc, w których gdy rano nie zastałem Ani w namiocie pierwsze, co przychodziło do głowy, to że została wywleczona przez niedźwiedzia, nie zaś, że poszła do toalety. Z tymi niedźwiedziami to zresztą nie są żarty. W polskich górach ktoś kiedyś słyszał, że jakiś znajomy zna kogoś, kto napotkał na ślady brunatnego zwierzaka. W Yosemite prowadzony jest codzienny monitoring zdarzeń z niedźwiedziami i z raportów udostępnianych na stronie wynika, że do takich spotkań dochodzi kilkanaście razy w tygodniu. Jedzenie przechowuje się w specjalnych pojemnikach, by nie kusić dużego zwierza do zdemolowania namiotu lub samochodu. Internet jest pełen zdjęć niedźwiedzi wdrapujących się do smakowicie pachnących aut. Na wszelki wypadek Focusa zaparkowałem obok SUVa, wierząc że miś racjonalnie wybrałby furę, w której mógłby się wygodniej rozsiąść.

Parkowe szlaki są dość puste. Amerykanie niezbyt kwapią się do męczących wędrówek, najwyraźniej wystarczają im widoki z okolic parkingów. My chcieliśmy być wszędzie, ale pożar trawiący Yosemite od północy zmusił władze do zamknięcia części dróg od kalifornijskiej strony, dlatego nie dotarliśmy do urokliwego Mono Lake, mieliśmy za to więcej czasu na wędrówki do największych amerykańskich wodospadów i na spacer wśród niemieszczących się w obiektywie sekwoi. Drzewa miałyby do opowiedzenia niezwykłe historie. Ludzi napotkały stosunkowo niedawno i na pewno chciałyby podzielić się swoimi przemyśleniami na ten temat. Bóg nie dał im zdolności mówienia, mogły tylko zaczepnie się do nas uśmiechać i dawać do zrozumienia, że ich mądrość przewyższa rasę ludzką. Yosemite w naturalny sposób regularnie stawało w ogniu. Spalana roślinność dawała odżywkę dla sekwoi, które są w zasadzie ognioodporne. Człowiek, który pojawił się na tych terenach, nadał sobie prawo do zarządzania przyrodą i z pożarami postanowił walczyć. Nie potrzeba było wiele czasu, by niższy drzewostan zaczął pasożytować na wysokich pod nieboskłon dotychczasowych władcach lasu, doprowadzając do ich obumierania. Człowiek w porę się opanował i zaprzestał swoich praktyk, dzięki czemu nie doszło do katastrofy. Sekwoje przetrwały i pozostało jedynie pytanie, kiedy ludzie zrozumieją, że przyroda jest od nich mądrzejsza. Chyba jeszcze długo będzie trwała próba sił, z której nikt nie może wyjść zwycięsko. My byliśmy pod wrażeniem potęgi natury w Yosemite. Ciekawe czy drzewa nas zapamiętały i opowiedzą kiedyś komuś historię odwiedzin pary z Polski.

Czytaj więcej:
USA Trip - część II
USA Trip - część I
USA Trip - przygotowania
Czytaj więcej

24 września 2013

USA Trip (II): Ku Dolinie Krzemowej

Planując wyjazd do Stanów marzyło się nam przemierzanie malowniczych dróg Mustangiem, oczywiście w wersji cabrio. Wiatr we włosach, ryk silnika, oceaniczna bryza na kalifornijskiej „1” i piski chcących się dosiąść dziewcząt (tak, Anię też to jara). Nie bylibyśmy wyjątkowi, Kalifornia kocha Mustangi, kocha też Camaro i Corvetty. Za kierownicą innych samochodów zasiadają jedynie turyści. Tak jak to bywa z wielkimi planami (całe życie będę pił wino w parku; nigdy nie pójdę pracować w korporacji) i tym razem musieliśmy zachować resztki rozsądku i wypożyczyliśmy auto klasy intermediate. Nie wiedzieliśmy dokładnie co się pod tym kryje i jaką furą przyjdzie nam przemierzać tysiące kilometrów, ale wiedzieliśmy jedno – musimy gdzieś pomieścić nasze walizy, z dala od wzroku lokalnego cwaniaka z gnatem.

Pani w wypożyczalni z uśmiechem zaproponowała nam najlepszy i oczywiście jedyny samochód jaki mają. Poszliśmy na parking i mimo, że zaoferowana Kia wyglądała zachęcająco, to do jej bagażnika zmieściłaby się najwyżej kosmetyczka, a trzy walizki prawdopodobnie musielibyśmy trzymać na kolanach. Wiedziałem, że wypożyczalnie starają się wymigać od zobowiązań w rezerwacjach, więc przygotowałem płomienną mowę mającą przekonać, że należy nam się samochód, za który zapłaciliśmy. Cofnęliśmy się do biura i od progu wypaliłem: że Bolszewicy, że Hitler, że Jaruzelski, a teraz dodatkowo wy jankescy krwiopijcy! Odmieniłem madafakin przez wszystkie nie istniejące przypadki w języku angielskim, tupnąłem nogą i zgasiłem papierosa na dłoni kobiety z obsługi aż uległa naszym żądaniom. Dobra, może trochę koloryzuję, tak naprawdę chciałem wziąć to, co nam zaproponowali. I gdyby nie sygnał do walki dany przez Anię, pewnie pracownica firmy Dollar nie znalazłaby nam Forda Focusa, gdzie do bagażnika wszedł cały nasz dobytek, a wciąż zostawało miejsce na rodzinę meksykańskich uchodźców. Bez trudu wydostaliśmy się z miasta. Frisco nie jest metropolią, a przemieszczanie się w Stanach ułatwiają arterie przestronne jak dupy afroamerykańskich mamusiek.
Na początek drogi obraliśmy za cel centrum sterowania wszechświatem. Nie zmierzaliśmy do Białego Domu, a do Doliny Krzemowej, gdzie ulokowały się Google i Facebook. Siedziba Google przypomina kampus, na którym przemieszczanie pomiędzy niedużymi budynkami ułatwiają kolorowe rowery ustawione w strategicznych punktach miasteczka. Działająca w trybie incognito ochrona (taki przeglądarkowy żarcik) dość szybko zorientowała się, że nie przyjechaliśmy ulepszać Chrome’a. Może zdradził nas wielki aparat na szyi, a może to, że była sobota. Zostaliśmy poproszeni by nie robić zdjęć na ich terenie. Niby zapewniliśmy, że nie będziemy, ale swoje napstrykaliśmy. Nie bez powodu mówi się, że Polacy są sprytni, że ja pierdolę.
Jeśli chodzi o Facebooka, to zanim zapadła decyzja o wyborze ich siedziby, garbaty sługa Zuckerberga przyszedł do niego i wycharczał:
– Panie, sphowadźmy na ludzhość khoniec świata, khhh
– Doskonały plan, wierny garbaty sługo – odpowiedział Mark - zaczniemy od tego, że zaanektujemy koniec świata, by potem obdzielić nim wszystkie narody.
I tak zapadła decyzja o ulokowaniu się na kresach Palo Alto, w miejscu bez klimatu i z widokiem na kompletnie nic. Nie dziwne, że wynikiem patrzenia w pustkę był timeline. Tyle że to bez znaczenia, najważniejsze, że wrzuciliśmy zdjęcie z Fejsbuka na fejsbuka. Marzyłem o tym już jako przedszkolak.
Kciuk lajka na chwilę się zapomniał i zamachał nam na pożegnanie. W głąb lądu, na wschód, ruszyliśmy spełnieni.
Czytaj więcej

13 września 2013

USA Trip: Frisco

Zapchaliśmy wszystkie kieszenie dolarami, zgarnęliśmy paszporty, zapakowaliśmy walizki tylko do połowy, żeby uzupełnić je zdobyczami z outletów i ruszyliśmy w świat. Amerykę wszyscy znamy jak własną kieszeń, niezależnie od tego, czy ktoś chciałby tu buszować w zbożu, czy włóczyć się po barach na wschodnim, czy na zachodnim wybrzeżu, Salinger, Bukowski i Roth opisali nam ten kraj w szczegółach, Tarantino i Allen dodatkowo go zwizualizowali, a Springsteen udźwiękowił. Pewnie dlatego na początek jedynym zaskoczeniem było to, że za wino w United Airlines przyszło nam zapłacić, ale tym haniebnym zwyczajom, które upowszechniły się w liniach lotniczych zadedykuję oddzielny wpis.
Rezerwując nocleg w San Francisco ani nie oszczędzaliśmy, ani nie szukaliśmy niczego szczególnie fancy, co wpisywałoby się w hipsterski klimat miasta. Wybór padł na doskonale położony i wystarczająco wygodny hotel Holiday Inn, przy okazji zdecydowanie wznoszący się ponad okolicę. Wprawdzie mój Mroczny Pasażer, zwany lękiem przestrzeni, błagał, krzyczał i bił po głowie bym się opamiętał, ale uznałem, że zawsze możemy poprosić o pokój na niższych kondygnacjach. Prawdę mówiąc, nie przypuszczałem by mogło to stanowić problem, bo każdy wie, że walka o najlepsze pokoje (a za takie należy uznawać te z najpiękniejszym widokiem) jest krwawa i nawet zapłacenie wcześniej za konkretną opcję nie oznacza, że wyjdzie się z niej zwycięsko. Prędzej obawiałem się, że gdy recepcjonistka zobaczy młodych ludzi z Polski ubranych w wygodne podróżne stroje, okraszone ziomalską czapeczką, to przydzieli nam pakamerę w piwnicy z widokiem na kotłownię. Moje uprzedzenia zostały zweryfikowane, gdy udająca Amerykankę Azjatka podała nam karty do pokoju i poinformowała, że zamieszkamy na ostatnim 26 piętrze ich przybytku. Z widokiem na wszystko: na miasto, na Golden Gate i przy dobrej pogodzie na Hawaje. Odpowiednio długa drabina spokojnie pozwoliłaby nam zatknąć polską flagę na księżycu. Chwilowy paraliż nie przepuścił przez moje gardło nawet adekwatnego do tej chwili ‘ja pierdolę’, a co dopiero protestu i prób negocjacji. Ania była zachwycona, a ja twardo postanowiłem tego szczęścia nie burzyć. Widokiem nacieszyliśmy się (no ja akurat nie skakałem pod sufit) tylko pierwszego wieczoru, później obraz przykryła mgła i mieliśmy wrażenie, że zamieszkaliśmy w butelce mleka.

San Fran jest domem dla ludzi przedziwnych, można spotkać tu więcej wyjątkowych okazów niż w okolicach ronda Wiatraczna na Grochowie. Bezdomnych widać wszędzie, ale nie są odrażającą grupą społeczną, raczej pozwalają sądzić, że bezdomność w tym mieście to styl życia, a nie suma tragicznych okoliczności, które sprowadziły na rzeszę ludzi ten los. Ulice San Francisco przyjęły bezdomnych gościnnie i nikt nie jest przeganiany pod most. Okolice mostu (tego najsłynniejszego) zarezerwowali dla siebie rowerzyści, pokonujący malowniczą trasę wzdłuż wybrzeża, przez Golden Gate, na drugą stronę zatoki. Nas również agencja wynajmująca rowery zdołała przekonać, że kilkugodzinna wyprawa warta jest odchudzenia portfela o kilkadziesiąt dolarów. Po krótkim szkoleniu - serio, facet wyjaśnił nam do czego służą te niewielkie manetki pod palcami, jednocześnie informując, że najbezpieczniej zawsze jeździć na środkowym ustawieniu; pokazał jak używać hamulców, polecając wciskanie obydwu na raz, a ruszyć w miasto pozwolił dopiero po sprawdzeniu czy w ogóle jesteśmy w stanie na tym piekielnym urządzeniu przejechać kilka metrów po dywanie wypożyczalni. Ostatni test nie był akurat pozbawiony sensu biorąc pod uwagę, że zdecydowaliśmy się wyjechać na strome jak zbocze góry ulice na tandemie. Na początku każdy jechał w swoją stronę, ale po chwili zgraliśmy rytm i podziwialiśmy widoki.

Golden Gate otulała mgła, a złowieszcza syrena oznajmiała, że za rogiem czają się niebezpieczne wody Pacyfiku. Całość przyprawiała o niepokojący dreszcz. Prawdziwe wrota niezwyciężonego miasta. To przykre, że prędzej czy później pokona je jakieś potężne trzęsienie ziemi.
San Francisco ma również swoją twierdzę- Alcatraz- obowiązkowy punkt programu zwiedzania miasta. Wszyscy chcą tam trafić, dlatego też postanowiliśmy go pominąć (i wcale nie chodzi o to, że próbując zrobić rezerwację tydzień przed wyjazdem okazało się, że spóźniliśmy się o jakieś pół roku, bo nasz pobyt wypadł na długi weekend w Stanach). Co ciekawe, odległość w jakiej znajduje się więziennie od lądu wydaje się dystansem zbyt krótkim nawet na  zorganizowanie triatlonu, a co dopiero mówić o twierdzy, z której nie da się uciec. Byłem przekonany, że przepłynąłbym do lądu bez rozgrzewki. Ale nie odległość jest problem, a prądy i temperatura wody. Zamoczyłem w zatoce mały palec u nogi i krew w nim zamarzła. To już nigdy nie będzie ten sam radosny palec, co wcześniej.

San Fran urzeka. Piekielnie strome ulice, wyluzowani mieszkańcy, tajemnicza mgła i te wrota do wodnego świata- może to wszystko, a może nieustające skojarzenia z Lizboną, nie zachęcały do opuszczania miasta. Dalej pchała nas jedynie świadomość, że każde z zaplanowanych do odwiedzenia miejsc miało w sobie coś wyjątkowego. Teraz już wiemy, że każde okazało się wyjątkowym.
Czytaj więcej

29 sierpnia 2013

Jakoś tak wyszło, że zagranicznych wycieczek nie wykupuję w żadnym z biur podróży, które zwijają interes zanim turysta zdąży postawić stopę na obcej, najczęściej tureckiej lub egipskiej, ziemi. Nie czyni mnie to podróżnikiem- nie zapuszczam brody, nie ładuję 20 kilogramów na plecy i nie ruszam opisywać życia plemion, które nigdy nie chciałyby być opisane i i umieszczone w artykule na Wikipedii. Tym bardziej, że nie wiedzą czym jest Wikipedia.

Rok temu przerwę w zbiorze truskawek zapełniliśmy z Anią podróżą do Pekinu. Tym razem nasz wybór padł na region nieco bardziej wyzwolony, na amerykańską Kalifornię. Jak zwykle przygotowania zaczęliśmy od zakupu przewodnika Lonely Planet i jak zwykle nie przeczytaliśmy go, bo jesteśmy zbyt dumni, by pozwolić komuś wpływać na to, co zobaczymy i zwiedzimy w czasie naszych wymarzonych wakacji.

Przyjęliśmy założenie, że ruszymy samochodem w głąb najbogatszego stanu USA i dostosujemy się do wszystkiego, co przyniesie nam ta podróż. Mieliśmy wylądować w San Francisco i dalej iść na żywioł. Czekały nas długie kilometry dróg pokonywanych w celu dotarcia do następnego punktu przeznaczenia. Nie chcieliśmy robić żadnych planów. Prawdopodobnym scenariuszem byłoby trafienie po drodze do miasteczka, gdzie nieletnia barmanka, córka burmistrza, nalewając nam podłą Whisky, przekonałaby nas do spędzenia nocy w tej krainie pozornej sielanki. W nocy pod nasze drzwi podszedłby niedźwiedź, którego przegoniłby jednooki Joe, przypominający wyrazem twarzy psychopatę z amerykańskich horrorów. Kiedyś okazałoby się, że Joe był psychopatą mordującym turystów pod przebraniem grizzly. My byśmy o tym nie wiedzieli i tamtej nocy toczylibyśmy długą dyskusje na temat pełni księżyca, spierając się czy osiągnął już swój punkt kulminacyjny, czy dzielą nas jeszcze od tego kolejne dni.

Obserwowalibyśmy niekończące się pola kukurydzy dziękując Bogu, że mogliśmy poczuć te emocje zarezerwowane dla poszukujących własnego "ja" trampów. Następnego dnia podliczylibyśmy nasze fundusze i okazałoby się, że brakuje pieniędzy na kontynuowanie wyprawy, więc szukalibyśmy pomocy u właściciela największych upraw w okolicy, u wąsatego Harrego. Bazując na naszym doświadczeniu z upraw truskawek zaciągnęlibyśmy się do roboty w polu i łzy wzruszenia napływałby nam wieczorami do oczu, gdy obserwowalibyśmy ten podkreślany przez zachód słońca przekwitający świat koloru żółto-pomarańczowego. Modlilibyśmy się, by czas się zatrzymał. Dopiero po kolejnych dwóch tygodniach zorientowalibyśmy się, że księżyc nadal świeci w pełni nad tą krainą, a ajfony piątki, które ze sobą przywieźliśmy zaginęły bezpowrotnie. Ocknęlibyśmy się, gdy zorientowalibyśmy się, że wypożyczony Chrysler, którym przyjechaliśmy, stracił akumulator i nie nadaje się do dalszej jazdy, a nasz samolot do Polski odleciał trzy miesiące temu. Spakowalibyśmy walizki i w środku nocy wymknęlibyśmy się spotykając w drodze na międzystanową 210 jednookiego Joe przebierającego się za grizzly.

Tak, teraz już wiem dlaczego zdecydowaliśmy się zarezerwować wszystkie noclegi na miejscu długo przed wylotem.
Czytaj więcej

28 sierpnia 2013

Jak uniknąłem kostuchy

Brak samotnych bezsennych nocy jest najskuteczniejszym mordercą pisania. Długie analizy mojej internetowej bezczynności przyniosły mi ten jedyny słuszny wniosek. Przyszło mi się nad tym zastanowić dopiero gdy blogowa kostucha stanęła z kosą w moich drzwiach i grobowym milczeniem przekazała, że albo coś napiszę, albo kabel do sieci potraktuje kosą naostrzoną na potrzeby leciwej sąsiadki spod trójki.
W kraju śliskich kocyków nie zaszły żadne zmiany, które mogłoby spowodować brak tematów dla blogowych wpisów. Poziom frustracji nie opadł, wewnętrzne wojenki nie osłabły, a moje Miasto nadal przyciąga ludzi, którzy odnajdują tu swoją ziemię obiecaną, w zamian czując się w obowiązku wykpiwania idei Powstania’44, mimo że ich bliskich zastało ono na Podkarpaciu, Podlasiu lub w innym regionie napływowym.

Znacznie łatwiej pisać w cierpieniu niż w szczęściu. Przeciętny człowiek cierpi, gdy coś mu się odbiera, a on nie wie jak cofnąć czas, by to zmienić. Artysta cierpi, bo nie wie jak pachnie wiatr lub jak smakuje noc pełna spadających gwiazd. Cierpienie blogera (nie branżowego) poza tym wszystkim, co spotyka zwykłego zjadacza chleba, bierze się dodatkowo z faktu, że nie jest artystą i nie wypada mu mówić o braku weny. Wena pisarska kojarzy mi się z przelewaniem wielkich myśli, najlepiej na klawisze maszyny do pisania, tymczasem większość blogujących, nie tylko w życiu nie posiadało maszyny do pisania, ale też nie zaszczyciło czytelników głębokim przekazem.

Nigdy nie było moją ambicją zmieniać ten schemat, zawsze chodziło o wyrażanie poglądów i komentowanie rzeczywistości. Tę potrzebę doskonale zaspokaja obecność Drugiej Osoby, z którą można spędzić długi wieczór przy winie sączonym na balkonie, w parku lub w pościeli, wtedy pisanie staje się tylko dodatkiem, jak sos na pizzy. I chociaż uwielbiam smak odpowiednio skomponowanej pizzy, to od dziś spróbuję dokładać do niej trochę sosu i mam nadzieję, że uwalimy się tym sosem razem, w nowym otoczeniu, przy akompaniamencie starych, ale nie zgranych dźwięków ironii starszego o kolejny rok autora tego grafomańskiego bloga. Zwłaszcza, że przed nim wyjątkowo zapowiadające się wakacje, które mogą pomóc wrócić do pierwotnej idei tego miejsca, czyli do nierzetelnych relacji z życia na walizkach.
Czytaj więcej

6 lipca 2012


Czas Euro w Polsce przypomniał mi, że główną obowiązująca w naszych mediach zasadą pozostaje „nie znam się to się wypowiem”, co w sposób dobitny uświadomiło mi, że bardzo dawno nie opublikowałem nic na blogu, który pozostaje jednym z głównych źródeł mojego utrzymania. Jak widać, nawet brak reklam nie przeszkadza wam w nie klikać, za co jestem oczywiście wszystkim czytelnikom niezmiernie wdzięczny. I wprawdzie nie dostąpiłem zaszczytu zajęcia miejsca na dachu fabryki Wedel (uwaga, wpis zawiera lokowanie produktu) i głoszenia opinii na temat turnieju rozgrywanego w Polsce, to jednak chciałbym podzielić się swoją radością na temat transformacji, jaką przeszli moi rodacy i którą pokazali wielkiemu światu. Wielkiemu Światu, oczywiście.

Odtrąbiony przez media sukces udowadnia, że uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy już pastuchami Europy. Nagle okazało się, że powinniśmy przestać na siebie patrzeć jak na podludzi. Zginął tylko jeden Irlandczyk, zaledwie kilka osób zostało pobitych, a do tego nie dokonano żadnego zamachu stanu, nawet dziesiątego czerwca. Nie słyszałem o przypadkach dzieciobójstwa, kanibalizmu, ani nawet morderstwa na tle rasowym. Zupełnie niespodziewanie przestaliśmy nadziewać na pal niewiernych i strzelać do Niemców bez ostrzeżenia.  W czasie Euro czarnych biliśmy tylko, kiedy niedokładnie podlali trawnik, na Rosjan rzucaliśmy się znacznie rzadziej niż zazwyczaj i to bez użycia bagnetów, a bezpańskie psy i koty przestały stanowić nasz niedzielny obiad. Nie wiadomo, w którym momencie zeszliśmy z drzewa i wynaleźliśmy ogień. Odnotowaliśmy tę przemianę i teraz z pogardą patrzymy na Litwinów i Słowaków, którzy wciąż wyczekują swojej szansy na skok cywilizacyjny i bycie uznanymi jako homo sapiens sapiens. To jest nasza wielka chwila- Wielki Świat nas głaszcze i dopóki nie znajdzie innego zwierzątka możemy nawet liczyć na smyranie za uszkiem.

Mimo że tak jak reszta narodu przypomniałem sobie jak wygląda polska flaga i nauczyłem się pierwszej zwrotki hymnu, to na w razie czego nie przeglądałem artykułów w zagranicznej prasie. Obawiałem się, że zostanie mi wypomniany brak wielkiej wewnętrznej przemiany i odpowiedniego zaangażowania w witaniu nadludzi. Wiedząc, że mogę być odbierany jako zapluty karzeł reakcji, zapewniam, że próbowałem coś z tym zrobić. Chodziłem na terapię, oglądałem lekcję stylu Joli Kwaśniewskiej, a nawet zaglądałem do poezji Szymborskiej. I tylko brak funduszy sprawił, że nie zdążyłem zaprenumerować Wyborczej. Ale jeszcze nie wszystko stracone, świat zachodni wskazał mi drogę i wierzę, że do czasu mundialu w Polsce opuszczę mentalny ciemnogród, wejdę na drogę postępu i może nawet zacznę przejmować się reportażami w BBC. A na końcu zatankuję bio paliwo i stanę się Europejczykiem.
Czytaj więcej

7 marca 2012

Przed dniem kobiet


W ostatniej chwili trener Barcelony wycofał się z przedmeczowych zapowiedzi i nie wystawił mnie do składu na dzisiejsze spotkanie w Lidze Mistrzów. Rozczarowany, zamiast na Camp Nou poszedłem do Almy. Ostatnio kojąc nerwy wybieram się w różne miejsca wydawać pieniądze. A to na wyjątkową hiszpańską szynkę, a to na okulary z ukrytym diamentem (bo niemożliwe, żeby plastik aż tak podrożał) i zastanawiam się kiedy mój bank zorientuje się, że udzielanie mi możliwości posiadania debetu to zły pomysł. Oni naiwnie myślą, że mają jak mnie ścignąć, a ja wiem, że tak naprawdę nazywam się Zenon Xiun Liu i zabrany przez zamieszki na placu Tian’anmen nie żyję od przeszło 20 lat. Ciekawe, komu historia przyzna rację w tym sporze.

Przestań pierdolić! – moje drugie ja przywołuje mnie do porządku, więc wracam do głównej myśli. Przechodząc obok stoiska z mięsem w Almie usłyszałem awanturującego się klienta, który wykrzykiwał, że jeśli tak wyglądają firmowe wyroby to jest to „z dupy” firma i „z dupy” sklep. Moi znajomi wiedzą jak bardzo obruszam się słysząc złe słowa na temat tego marketu, dlatego moje oburzenie, którego sprytnie nie okazałem, przekroczyło zwyczajowe normy. Nie chciałem robić w sklepie scen, więc bluźniącego jegomościa zasztyletowałem dopiero na parkingu. Wcześniej spokojnie wyładowałem koszyk i wybrałem drobne upominki na dzień kobiet dla koleżanek z pracy. Rozumiem głosy, że o damy trzeba dbać każdego dnia w roku, ale gdybym faktycznie zawsze chciał to robić w tak wykwintny sposób, żaden debet, ani nawet sfingowana śmierć nie pomogłyby mi przedłużyć egzystencji na tym wysypisku mniej lub bardziej udanych stworzeń. Na szczęście niezbyt wiele kobiet decyduje się łupać kilofem w skałę, więc zakupy nie musiały być szczególnie bogate.

Po ostatnim wpisie zostałem zalany mailami z prośbą o powrót do niepoważnych wpisów. A ja, moi drodzy, chciałem tylko sprawdzić na ile potrafię wykreować w sobie i przelać na dysk skomplikowane uczucia i zobaczyć, ilu z was się na to nabierze. Zamysł chyba się udał, ale zaniepokojonych moim stanem ducha uspokajam, że tak naprawdę pisałem to siedząc w ciepłych kapciach, pod kocem na kanapie, pykając fajkę, popijając herbatę zimową i słuchając audiobooka Naszej Szkapy. Ale do poważniejszych tematów jeszcze wrócę, choć obiecuję podać je w taki sposób, że nawet nie pomyślicie, że to było na serio.

Ja z okazji nadchodzącego dnia kobiet ugotowałem sobie genialny obiad. I nie ma tu miejsca na fałszywą skromność, danie wyszło naprawdę genialne i gdyby tylko chciało przemówić to w trymiga poznalibyśmy dowody na istnienie teorii strun. Niestety, będę zbyt głodny by na to pozwolić.
Czytaj więcej

4 marca 2012

Tak się hartowała stal

Ciężkie czasy już były. Pamiętam jak w 1978 przyszła zima stulecia i tonąc w zaspach zmierzałem do swojego zakładu pracy. Kilkanaście tygodni wcześniej Karol Wojtyła został wybrany na Papieża, co tchnęło w nas wszystkich nowego ducha. Dwa lata później strajkowałem wraz z całą Solidarnością. Jedni walczyli o lepszą Polskę, inni, jak ja, przyszli się poopalać, bo w lepszą Polskę nie dawałem wiary. Perfect nie nagrał jeszcze wtedy jednego ze swoich największych przebojów, czyli Autobiografii, a ja jeszcze nie wiedziałem, że kiedyś im wytknę, że czym innym jest mieć u stóp cały świat, a czym innym mieć wszystkiego w brud.


Kochałem kiedyś dziewczynę bardziej niż szum rozbijającego się o brzeg oceanu, bardziej niż dźwięk hiszpańskiej gitary i bardziej niż wyścig z czasem za kółkiem na trasie Warszawa-Gdańsk. Pewnie kochałem bardziej niż cokolwiek, co umiem wyrazić słowami, bo wysławianie się nie jest moją najmocniejszą stroną. Wierzyłem, że ta miłość odbije się od najwyższych szczytów Kordylierów, Andów, Himalajów i Alp i powróci do mnie. I że pożółkłe nieszczere uśmiechy ludzi wkoło i setki wypowiedzianych nieszczerze słów osób, które na mojej drodze znalazły się siłą rzeczy, staną się nieistotne w kontekście zaznanego szczęścia. Tak się nie stało. Fale rozbiły się o falochron, gitara przeznaczenia zaczęła grać fałszywe rytmy, a emocje związane z wyścigiem na drodze zastąpiło uczucie rozgoryczenia, że nie można zawrócić czasu i zawalczyć raz jeszcze. Dlaczego o tym wspominam? Bo pewnie gdyby nie to rozczarowanie byłoby dziś  trudniej odnaleźć się w świecie kłamstw i pozorów- choć nasze uczucia i relacje nie miały nic z kłamstwa i pozorów, to serce po zaznanym niepowodzeniu stwardniało nieodwracalnie.

Ludzi dzielę na dwie grupy: na tych, którzy okazali się warci okazanego zaufania, którzy potrafią stanąć po mojej stronie, zawsze i wszędzie poczekać na mnie żeby podarować mi kilka minut radości przebywania z nimi i w trudnych chwilach zaoferować spokojne cztery pełne duszy kąty, a nawet zrobić dla mnie więcej, niż sądziłem, że ja mogę zrobić dla siebie. A drudzy to ci, którzy w najmniej oczekiwanym momencie sprzedadzą cię za swój święty spokój i zbudują alternatywną rzeczywistość, żeby tylko uniknąć podejrzeń, że właśnie to uczynili wzbogacając się o kilka srebrników. Na szczęście, tymi drugimi można gardzić bez potrzeby wspinania się z odpowiednimi sztandarami na barykady. Dzisiaj w zupełności wystarczy mieć bloga.

Pisanie jest doskonałym sposobem na wyrzucanie z siebie uczuć. Bo tak jak nie wszystko można powiedzieć, to wszystko można napisać, bowiem znaczna część tego co się pisze (nawet na blogach) to fikcja ku uciesze autora i czytelników. A kto kiedyś odróżni prawdę od fikcji? Kto czytając to będzie umiał powiedzieć czy coś nagle się popierdoliło, czy to tylko wylewanie żalów z racji przypalonego obiadu? Bez znaczenia, bo w tym samym momencie, kiedy się nad tym zastanawiacie na drugiej półkuli jakiś motyl może zatrzepotać tak mocno skrzydłami, że jutro trzęsienie ziemi pogrąży kawał świata. Albo prezydent Stanów Zjednoczonych wkurwiony brakiem zaangażowania małżonki w łóżku odpali, myląc Polskę z Rosją, w naszym kierunku bombę atomową. Kto wtedy zacznie zastanawiać się czy zostałem na jakimś polu wychujany, czy tylko kolejny raz się zgrywam?

Obiadu nie przypaliłem, bo, jak co niedzielę, zjadłem go w rodzinnym gronie, tym razem w trochę przytłoczonej popularnością, ale i zacnej gruzińskiej restauracji. Wkoło zgiełk, na przemian śmiejące i płaczące się dzieci, uwijające się i donoszące kolejne dania i butelki wina kelnerki, i niekończące się rodzinne dyskusje. I wierzcie mi kurwa, że jestem za lepszym światem dla bliskich, dla siebie, dla pozbawionych wody dzieci w Afryce, ale wiedząc, że nie zmienię wiele, to jeśli jutro ta bomba wysadzi Polskę to odejdę stąd niespełniony, ale z uśmiechem na ustach.
Czytaj więcej

2 lutego 2012

Warszawa vs przyjezdni

Tym razem zamiast wpisu poważny reportaż o Warszawie i ludności napływowej, czyli coś co mógłbym sam stworzyć gdyby nie dwudziestogodzinny dzień pracy.
Czytaj więcej

1 lutego 2012

Sen o ACTA

Przyśniło mi się niedawno, że dzwonił do mnie Bronisław Komorowski i prosił o przygotowanie mu raportu na temat ACTA. Prezydent miał wielkie problemy aby się wysłowić, nie umiał sprecyzować swoich wymagań, a na moje pytania z "bulem" wzdychał, paplał o niczym i wznosił oczy ku niebu (w snach widać wszystko jak na dłoni). Gdybym był złośliwy i szukał problemów to napisałbym, że była to projekcja zdolności komunikacyjnych mojego szefa, ale że ja uprawiam politykę miłości wobec ludzi i jeśli sobie z nich żartuję, to tylko dlatego, że wyjątkowo ich lubię (całą ludzkość, nawet tych o interesującym kolorze skóry, odmiennej orientacji i inteligencji prusaka ubitego wczoraj chochlą w kuchni). A prawda jest taka, że jego zdolności komunikacyjne są na poziomie ganiającego za własnym ogonem jamnika. No, są na poziomie, po prostu.

Nie chcę sprowadzać ACTA głównie do polityki. Polityka jest dla ludzi zamożnych. Kiedy w garażach nie ma już miejsca na kolejne Audi i BMW  to zaczyna się politykowanie, a (jak już ustaliliśmy) ja przecież miałem skupić się na tym by do pierwszego nie zabrakło na Żubra. Chcąc odnieść się przede wszystkim do kwestii piractwa, trzeba zauważyć, że my piraci wydajemy na oryginały więcej niż przeciętny chłopek przyglądający się z fascynacją włącznikowi światła w muzeum sztuki współczesnej, a przed kupnem wszystkiego co nas interesuje powstrzymują nas jedynie powody finansowe. Ja naprawdę lubię wydać ciężko zarobione w kopalni siarki w kraterze Ijen pieniądze na oryginalną płytę z muzyką, filmem lub pornografią w HD, ale nie stać mnie na całą kolekcję. Z moją pensją nie mam również co liczyć na kredyt na Porsche 911 (pewnie nawet miałbym problem z kredytem na Seicento w podstawowej wersji bez wspomagania) i tak jak kiedyś pisałem, wprawdzie nie ukradłbym nikomu tego samochodu, to chętnie ściągnąłbym go z internetu- podobnie jak Ray Bany, jednorożca i pokój na świecie. Tymczasem całą pensję przehulałem w jeden sobotni wieczór na mieście i teraz odkrywam jak pożywne są znalezione pod stołem okruszki. Steków wołowych na thepiratebay też nie mają.

Jak rzadko kiedy zaufałbym w sprawie internetu Jarkowi Kaczyńskiemu. Właśnie dlatego, że zamiast konta ma kota, a o Internecie wie tyle, że nazwa zaczyna się od samogłoski, chętniej jemu powierzyłbym opiekę nad siecią. Bo tematem by się nie zajmował. Jarek ma swój świat i nie jest to świat wirtualny. I bardzo dobrze. A w internecie niech kwitnie wolność, anarchia i wolnomularstwo, byle Donald trzymał się od tego z daleka. Wprawdzie Jarek twierdził, że jak przeszedł się po bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego to widział oglądających porno i popijających piwo studentów, a ja wcześniej myślałem, że to tylko w hiszpańskich kawiarenkach internetowych onaniści lubią sobie na głos i na cały ekran wrzucić two girls one cup. Ale widocznie również polscy studenci odważają się prezentować porno-blondynki troszczące się o wielkie murzyńskie lagi. Ja nigdy tego u nas nie widziałem, ale ufam Jarkowi. Komuś trzeba ufać.

Czy wypiłbym mniej drinków gdyby nagle niemożliwym stało się zassanie z sieci najnowszej płyty Rammsteina lub ostatniego odcinka Californication? Absolutnie nie. Czy kupiłbym któreś ze ściągniętych dzieł? Też nie. Czy piję piwo i oglądam porno korzystając z internetu? Nie mogę powiedzieć- to mogłoby odstraszyć wydawców mojego bloga. Poza tym taki ekshibicjonizm myśli nie uleczy ran zadanych mojej psychice przez wirtualny świat. Nawet nie wiecie ile wysiłku kosztuje mnie na codzień bycie tym kim jestem, a co dopiero całe to udawanie kogoś jeszcze innego w świecie mediów społecznościowych. Niemiłosiernie się w tym gubię i boję się, że kiedyś zostanę skazany za nieudolne podrabianie samego siebie w internecie.
Czytaj więcej

25 stycznia 2012

Zakupy

Jeszcze do niedawna w wolnym czasie włóczyłem się po ulicach, zaczepiałem przechodniów, popijałem wino i przymierałem głodem. Potem odkryłem sklepy spożywcze i okazało się to punktem zwrotnym w historii mojego kawalerskiego życia. Chcąc przejść na kolejny poziom wtajemniczenia i jednocześnie być dobrze przygotowanym przeczytałem raport UOKiK na temat hipermarketów i zdecydowałem się zrobić zakupy w Auchan, chociaż smakowanie martwych gąsienic z puszki z innego hipermarketu jest również na mojej liście.

Zacząłem od półki z akcesoriami kuchennymi. Mając szczęście do trafiania na dobrych bezinteresownych ludzi nie znających moich podłych cech charakteru, nawyków wyszydzania słabszych i bicia bezbronnych, otrzymałem od koleżanki z hiszpańskiego torbę orzechów laskowych. Prosto z drzewa (orzechy, nie koleżanka), musisz użyć siły i je otworzyć, by zasmakować (orzechy, nie koleżankę, chociaż kto wie). Szukałem zatem dziadka do orzechów. Przyglądałem się długo właściwej półce. Nie znalazłem, ale nie po to zatrzymywałem się na dłuższą chwilę i przyglądałem produktom, żeby nic nie wziąć. Tylko że resztę akcesoriów już posiadam. Nerwowo rozglądając się czy nikt nie widzi, że moje wahanie przeciąga się, powoli, milimetr po milimetrze przesuwałem się ku następnej półce. I wtedy dostrzegłem obcinającego mnie ochroniarza. Prawdopodobnie coś kradnę. Spanikowany wrzuciłem do koszyka obieraczkę. Stara leży w zlewie od tygodnia, będę miał nową. (Po powrocie spróbowałem otworzyć orzechy wyciskarką do czosnku. I teraz muszę wrócić do tamtego marketu i kupić nową wyciskarkę. A jak nie będzie to wezmę małe sitko. W ten sposób uniknę stresu wynikającego ze zbyt długiego przyglądania się półce z akcesoriami kuchennymi.)

Powoli tracąc orientację, przemierzając kolejne alejki uświadomiłem sobie, że lubię wyobrażać siebie jako kogoś zagubionego w czasoprzestrzeni niebytu lub że ogarnia mnie kosmaty mrok niewiedzy. Nie wiem o co chodzi, ale wydaje mi się to podniosłe, ten stan, który ucieszyłby grafomana. Przez chwilę uśmiech trafia na moją buzię. Wkurwione spojrzenia ludzi oburzonych moją radością szybko uświadamiają mi, że tu nie ma się z czego cieszyć. Również ochroniarze nerwowym krokiem zbliżają się w moją stronę i już wiem, że mój uśmiech zaniepokoił ich jeszcze bardziej niż długie przyglądanie się półce z akcesoriami. Przyjmuję wkurwiony wyraz twarzy. Ochroniarze i ludzie wkoło kiwają z aprobatą głowami, jestem znowu jednym z nich. Od 9 do 17 przynosząca kolejne siwe włosy praca, od 17 do 18 stanie w korkach, od 18 do 19 pchanie wózka w tanim markecie, od 19 do 21 TVN24, żeby upewnić się, że nadal jest źle, od 21 do 23 reklamy przerywane znanym na pamięć filmem, a potem pełen niepokojących snów odpoczynek i można wkurwionym powitać nowy dzień.


Szklane butelki z sokiem pomidorowym wpadają do koszyka. Potem jogurty, serki, oliwki, jakieś sosy. Przydałoby się mięso do sosów. Biorę kurczaka. Na pewno i tak był myty ludwikiem i świeci w ciemnościach, ale na szczęście nie mam nawyku gaszenia światła podczas obiadu, więc w zarodku zabijam dylemat. Koszyk już pęka w szwach. Tymczasem prawe ucho słyszy głos. To prawa półkula mózgu odpowiedzialna za wyobraźnię retorycznie pyta z niepokojem: kto to będzie nosił?! Logiczna lewa półkula ze spokojem wskazuje na mnie. Toczę się do kasy.

Pani liczy, ja pakuję. Ostatnio w spożywczym policzono mi bułkę o złoty pięćdziesiąt za drogo. Ale jak będę kasjerce patrzył na ręce pakowanie pójdzie wolniej, a w tym czasie mogą mi wybić szybę w samochodzie. Znowu zimny pot i kolejna decyzja podejmowana w panice. Przenoszę się w swoje wyimaginowane szczęśliwe miejsce. Leżę pijany na chodniku w Lizbonie. O tak, co tam złoty pięćdziesiąt za dużo. Pakuję dalej. Mijając bramki i ochroniarzy przyjmuję wkurwiony wyraz twarzy, nie zaczepiają mnie, bramka pika u elegancko ubranego starszego pana przy kasie numer trzy. Uśmiechał się półgębkiem. Sam się zdradził, złodziej.
Czytaj więcej

8 stycznia 2012

Życzeń nie będzie

"Polska
Mieszkam w Polsce
Mieszkam w Polsce
Mieszkam tu, tu, tu, tu"

Nie jestem już zagranico. Zagranico było dobrze- koks, rum, dziwki podróże, imprezy, poznawanie fascynujących ludzi. Na żadnym z tamtych parkietów mnie póki co nie spotkacie. Siódma rano przestała być środkiem nocy, a zapach porannych tostów na Rua das Janelas Verdes (ulicy zielonych okien) zastąpił zapach spalin warszawskich korków i świeżo wylewanego asfaltu przed przyjazdem Baracka Obamy kibiców na Euro 2012. W Złotych Tarasach wprawdzie nadal tłumy wiejskich wycieczek chcących poczuć odrobinę klimatu metropolii, ale dworzec centralny już nie taki brzydki jakim go kochaliśmy przez lata, a dojazd do lotniska Okęcie trochę mniej zakorkowany po otwarciu nowych ulic dojazdowych.

Żar z nieba, knajpy pełne ludzi  i nigdzie nie spieszący się mieszkańcy stolicy, czyli Polska Portugalia, to  kraj najbardziej nieszczęśliwych ludzi w Europie. Jak widać, nigdy nie wyjeżdżali na wschód. Najszczęśliwsi są Duńczycy. Ten blog nie jest jednak po to by opowiadać o szczęściu. Znaleźliśmy się tu aby zgromadzić odpowiednie ilości frustracji i czarnych myśli, a następnie wysłać je w świat zarażając nimi pozostałe szczęśliwe narody, a następnie całe uniwersum. Zaczniemy oczywiście od Duńczyków. Najpierw nauczymy się następującego zwrotu:  Hej, jeg er her for at få dig til at føle sig ulykkelig, czyli Witaj, jestem tutaj aby uczynić cię nieszczęśliwym; a potem przejdziemy do tego jak cel osiągnąć.

Zanim na dobre rozkręcę Ministerstwo Czarnych Myśli chcę poznać życie na krawędzi. Wiecie, wydać wszystko przed końcem miesiąca, podkradać papier toaletowy z knajp i pić piwo Żubr. Mogłem zostać w domu ciesząc się pełną lodówką, ale wybrałem trudniejszą drogę i zamiast dalej odpalać cygara stuzłotówkami, muszę brać odpowiedzialność za swoje rachunki i zastanawiać się czy ubrany w nudny szary kubrak nie zapuka do mnie windykator poszukujący pochopnie naliczonych mi długów z tytułu ambiwalentnego podejścia do płacenia mandatów drogowych. Dołączam się do chóru pytającego „jak żyć, panie premierze?”. Jak pielęgnować storczyki? Jak szybko rozmrozić bułkę nie mając mikrofalówki? Zadzwonić do niej od razu czy poczekać kilka dni? Nie mam nawet z czego zadzwonić, bo stacjonarnego nie posiadam, komórkę utopiłem, a nowa jest zbyt fajna, żeby od razu z niej korzystać (jeszcze się porysuje!). Póki co zakupiłem jedynie podstawowe środki do życia takie jak czajnik, toster i stojak na wina. Stojak nigdzie nie zadzwoni, bo nie ma nawet miejsca na kartę SIM, toster wprawdzie ma miejsce, ale zamiast zadzwonić moją kartę upiekł. Takie rzeczy to tylko w Polsce. Ale nikt się tym tematem nie zainteresuje, bo u nas jedynie dobrze sprzedają się konflikt PO z PiSem, krwiożerczy lekarze i Smoleńsk. Problemami zwykłych obywateli nikt się nie zainteresuje. W ramach protestu, życzeń noworocznych nie będzie. Smoleńsk, kurwa!

PS.: Roman Paszke z powodu awarii wycofał się z samotnego rejsu katamaranem dookoła świata. Chcąc dać szansę staremu mistrzowi, ja także rezygnuję w tym sezonie z tej rywalizacji, o czym po raz pierwszy informuję na łamach tego bloga. Wszystkich trzymających za mnie kciuki fanów przepraszam i liczę na wsparcie w następnych latach!

PS2.: Trwa dwudziesty finał Wielkiej Orkiestry Pomagania Nieudolnemu Państwu i telewizja emituje kolejne reportaże na ten temat. I jestem naprawdę ciekaw kiedy ci durnie z TVN24 wreszcie zorientują się, że międzyleskie Centrum Zdrowia Dziecka i anińska kardiologia nie znajdują się pod Warszawą?!
Czytaj więcej

11 maja 2011

Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnień z Maroko. Szwędanie się po Marrakechu oddaliśmy na chwilę miejscowej inteligencji (to ci co mają skutery, reszta po prostu gdzieś leży lub wyłudza pieniądze), a sami udaliśmy się w dwudniową podróż na pustynię. Wprawdzie okazało się, że to nie całkiem taka pustynia co ją przemierzali Staś i Nel, ale ostatecznie spanie w namiotach Berberów przyniosło nam równie radości jak nocowanie w baobabie (jeśli mieszam pustynię z puszczą to tylko dlatego, że dawno nie chodziłem do gimnazjum).

Po drodze do miejsca przeznaczenia minęliśmy szczyty gór Atlas, które swoimi łysymi zboczami przypominały klimat Gwiezdnych Wojen, przejechaliśmy najwyżej położoną drogą w tym paśmie, zjedliśmy dziwnie wyglądające bułki z serem, zatrzymywaliśmy się, bo pewien Kanadyjczyk potrzebował wyrzygać swoje śniadanie, na które wybrał coś innego niż dziwnie wyglądająca, choć niegroźna bułka z serem, a także na każdym z widokowych punktów obserwowaliśmy szaleństwo na naszym punkcie, objawiające się długodystansowym biegiem w naszą stronę w celu grzecznego poproszenia o środki na życie. Kilometry po równych wyludnionych drogach uciekały mimo wszystko dość powoli, poczucie zbliżania się do celu utrudniał jednostajny monotonny krajobraz księżycowy, gdzie nawet NASA w kooperacji z Chińczykami nie wysłaliby sondy w poszukiwaniu wody. Tylko od czasu do czasu szarość skał przerywał widok jakiejś osady gdzie kobiety i dzieci prały w rzece (tam nikogo stara piorąca w rzece nie obraża, bo wszyscy to robią), a mężczyźni polowali na szczury i turystów.

Zbliżał się zachód słońca kiedy osiodłano nasze wielbłądy zwane w skrócie łosiami. Mój łoś wabił się Łosoś i na tle innych wyróżniał się stosunkowo bystrym spojrzeniem, bo reszta, cóż, gdybym dziś chciał kogoś obrazić powiedziałbym mu, że ma wyraz twarzy łosia (w domyśle wielbłąda, wyłączając Łososia). Przejażdżka okazała się dla większości bolesnym przeżyciem, jeszcze długo po zejściu na stały, piaszczysto-kamienisty ląd nogi trzęsły się jak galareta, a tyłek prosił o wykwalifikowaną w sztuce masażu Tajkę. W zamian za słońce dostaliśmy niebo rozświetlone gwiazdami, a w naszym hotelu tysiąca gwiazdek podano posiłek. Jedzenie rękami lokalnych przysmaków w berberyjskim namiocie to na pewno wyjątkowy moment wycieczki, ale to co uczyniło go niezapomnianym, to ludzie, których tam poznaliśmy. Nie siedzący w jednym miejscu, nie znudzeni swoim życiem, podróżujący, szukający wrażeń, z historiami do opowiedzenia i z wiedzą, którą chętnie się dzielili. Anglia, Ameryka, Hiszpania i Kanada, tym razem pokazały się z najlepszej strony. Noc kontynuowana przy blasku ogniska, w akompaniamencie berberyjskich bębnów i z momentami czegoś na kształt rytualnego tańca sprawiła, że Maroko naprawdę nam się spodobało i poczuliśmy, że nawet fajnie by tam było kiedyś wrócić.

Dodatkowo, Berberowie, będący naszymi przewodnikami gorąco zachęcali dziewczęta do odwiedzenia ich namiotów, z których gwiazdy widać było ponoć jeszcze lepiej. Marokańczycy proponowali za nie nawet kilka tysięcy wielbłądów, ferrari i pół Marrakechu. Oferta byłaby uczciwa, ale ja niestety chorobliwie draniom nie ufam i miałem obawy czy aby te wielbłądy nie miałyby braków w uzębieniu i tępego wyrazu twarzy. A jak wówczas prezentowałbym się z nimi na zdjęciach na facebooku?! I ot, cały powód, dlaczego dziewczęta wróciły z nami.

Co ciekawe, gdy wracaliśmy oblepieni dwudniowym brudem i śmierdzący starym łosiem, to w Afryce spadł deszcz. Tym samym z trzech rzeczy, których byłem pewien o Maroko (jedzą kuskus, mają króla, nie mają deszczu) jedna teoria padła już trzeciego dnia pobytu. Kiedy padnie król, nie jestem w stanie przewidzieć, ale wtedy będę już mądrzejszy o nowe fakty, jak dziś jestem mądrzejszy o to, że miejsce przy głównym placu Marrakechu, które mijaliśmy codziennie niekoniecznie było bezpieczne, gdyż to tam wysadził się niedawno człowiek o bombowym usposobieniu zabijając kilkanaście osób, głównie turystów. Co wiem po wycieczce to to, że Marokańczycy bez odpowiedniej licencji nie mogą gościć i oprowadzać po mieście gości z zagranicy, chyba że obie strony udowodnią policji, że wszystko odbyło się bezpłatnie w ramach przyjaźni obu stron. Wiem też, że jeśli towar jest warty x to cena wyjściowa zazwyczaj wynosi 5x, a w przypadku zdjęcia z kobrą 7x, że po naparze z żeń-szenia będę miał twardego jak baobab (więc może któraś z czytelniczek tego bloga przeżyje wkrótce coś niepowtarzalnego?! Piszący blogi mają swoje gruppies?), bo dostałem trochę w prezencie z okazji kupna siaty przypraw i kilku gram crystal mint, która klepie jak crystal meth. Dowiedziałem się także, że jeśli ktoś ci mówi: trust me, I don’t want your money; to na pewno bez zapłaty się nie obejdzie, jeśli mówi zaś: I just want to help you, I’m not a guide; to cena będzie nawet zawyżona. Podejrzewam, że chęć niesienia pomocy jest na samym końcu listy priorytetów lokalnej społeczności. Ponadto, cena po wykonaniu usługi może wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie, a przyjaźń w tym kraju polega na płaceniu przyjacielowi za usługi i rzeczy, których nie potrzebujemy, nie chcemy i które nam się nie podobają. Nie wróżę facebookowi furory w tym kraju, chociaż z drugiej strony, komu jak komu, ale im spodoba się na pewno opcja „zaczepki”.

Lotnisko w Marrakechu jest nieczynne nocą. Przekonał się o tym wracający do Madrytu Fin, który stracił tym samym ostatnią opcję noclegu w bezpiecznym miejscu. Bez pieniędzy, lekko podłamany zainwestował ostanie dirhamy w autobus do centrum. Była to dobra inwestycja. Wsparcia udzieliły mu napotkane Hiszpanki, które nie dość, że go nakarmiły, zapłaciły za noc w naszym hotelu, to jeszcze dorzuciły kilka euro na kieszonkowe i transport na lotnisko z samego rana następnego dnia.

My zaś pożegnaliśmy się z Maroko pod wieczór, ostatni lot Ryanaira zabrał nas do Porto. Jeszcze tylko pan celnik przegrzebując się przez moje ufajdane sosem larakha ciuchy upewnił się czy przypadkiem nie skusiłem się na przewiezienie torby haszyszu i powitałem cywilizację. Może bez należnych honorów, ale z lekkim westchnieniem ulgi. Uma garra de cerveja, por favor, nareszcie.
Czytaj więcej

9 kwietnia 2011

Każda podróż to pewne wyzwanie. Nawet jak wsiadacie w samochód żeby przemierzyć nieważne czy 200, czy 2000 kilometrów, przez tych kilka godzin lub dni przełączacie się w inny tryb. Musicie podjąć tę walkę (jeśli chodzi o polskie drogi to nawet w dosłownym znaczeniu), dotrzeć na miejsce, odnaleźć się w nim i potem spróbować czerpać jak największą satysfakcję z pobytu, bo podróż się skończy, wrócicie do domów i zaczniecie zastanawiać się co w was pozostało, co bardziej pragmatyczni zadadzą sobie nawet pytanie czy było warto.

Wyprawa do Maroko to przejście na inny poziom podróżowania, coś innego niż to co robi się zwyczajowo na zorganizowanych wycieczkach czy wyprawach w głąb Starego Kontynentu. Niby nie lądujemy w buszu, niby wielu turystów funkcjonuje bez obaw w tym świecie, a do tego bliska nam cywilizacja czeka na nas godzinę lotu na północ. A jednak, lądujesz w Marrakechu, opuszczasz lotnisko i „welcome to the jungle”. Guns’n’Roses nagrali swój przebój po pierwszej wizycie w Maroko, słowo niedoszłego harcerza.

A w dżungli wszystko ma swoje miejsce, tak jak i w Maroko. Nazw ulic ani żadnych informacji dla turystów nie uświadczysz, bo inaczej nie zarobiliby miejscowi „wskazywacze”, którzy nawet jak nie masz z czymś problemu, z pewnością problem znajdą i ci w jego rozwiązaniu pomogą (coś jak w socjalizmie). Serwetek i mydeł w knajpach nie ma, ale są dzieci sprzedające (czy też wciskające za opłatą) chusteczki, nie ma stałych cen większości towarów, ale są niemieccy turyści, którzy nie wyczuwają, że są robieni w bambuko i przepłacają za swoje zakupy wielokrotnie. A miejscowi mogą nadal kupować po cenach uwzględniających ich generalną biedę. A dla tych, którzy nie czują żyłki do podejmowania ryzyka (czyli stawiania samotnie kroków po Marrakechu) są oficjalni (legalni) i nieoficjalni (nielegalni, tańszy i wyraźnie zdesperowani, bo za to co robią mogą pójść siedzieć) przewodnicy. My włączyliśmy radary, postanowiliśmy działać samodzielnie i uczyć się funkcjonowania tego szaleństwa. I nie zamykaliśmy się na innych podróżników, którzy ostatecznie okazali się znakomitym dodatkiem do zwiedzania, Stanowili frytki dla hamburgera, sól dla jajka i piwo dla grilla.


Na Erasmusie każdy ma jakąś historię do opowiedzenia, nie wszystkie są optymistyczne. Temu zdechł kot, tamtej urwało nogę, jeszcze inny uciekł przed ojcem-psychopatą. Ja na przykład nie pamiętam swoich najbardziej traumatycznych momentów w życiu (choć o niektórych opowiadali mi znajomi dzień po), z narodzinami, jako tym najtrudniejszym, włącznie. Ale i tak Marokańczykom żaden z nas by nie zaimponował. Nikt nie musiał z rana zapierdalać do studni po wodę, ani ciągnąć turystów za rękę i zastępować im drogi, żeby zdobyć środki na przetrwanie, a dziewczęta nie musiały oddawać się za wielbłądy. O konieczności wyrzekania się wiary, żeby się napić piwa, nie wspominając. Sposoby, których używają by przeżyć, Europejczyka (a co tam, wznieśmy się wyżej- białego człowieka, rasę panów!) odrzucają (oszukiwanie, naruszanie przestrzeni prywatnej) lub wprawiają w zakłopotanie (wysyłanie do boju wzbudzających politowanie i bezczelnych zarazem dzieci).

Jednocześnie procesy globalizacyjne rozwijają się tam nieubłaganie. Berber na pustyni wygrywa na swoich tradycyjnych bębenkach rytm Waka-Waka i wdzięcznie podśpiewuje tekst piosenki Shakiry. Na znudzonych nakazami islamu i mających odpowiedni zapas gotówki czeka w Marrakechu Pacha, skromniejsza siostra tych samych klubów, który nęci sławą i odstrasza cenami na Ibizie, w Madrycie, Londynie i kilku innych miejscach w wielkim świecie. A tam, kobiety bez chust, alkohol bez ograniczeń (dwadzieścia razy droższy niż świeżo wyciskany sok na głównym placu miasta) i muzyka wprost z najnowszych list przebojów. I to wszystko w kraju, gdzie 80% ludności ma problemy ze związaniem końca z końcem i gdzie o wizy wyjazdowe bardzo trudno, więc to co można zrobić to wskoczyć na zderzak wyjeżdżającej z miasta ciężarówki i krążyć po kraju (byle długo, bo średnio szuka się tam pracy przez 3 lata) lub wskoczyć na tratwę i prosić Allacha o pomyślne wiatry i ratunek z rąk hiszpańskiej straży przybrzeżnej. A chyba tylko dla bardzo zdesperowanego Marokańczyka walcząca z kryzysem za pomocą kreatywnej księgowości Hiszpania może być ziemią obiecaną.

Dlatego gdybym niedbale przechadzał się po głównym placu Marrakechu uznawanego za najbardziej osobliwy main square na świecie (serio? To pomimo panującego tam klimatu myślę, że świat mógłby udać się jeszcze trochę lepiej), kilkanaście razy zostałbym zaczepiony przez wspomniane sprzedające ciastka i chusteczki dzieci lub sprzedawców plastikowych węży, najlepiej w pakiecie z haszyszem i koką. Gdybym niedbale przystanął koło zaklinacza prawdziwych węży byłbym przymuszany do zapłacenia za fakt posiadania oczu, podobnie gdybym przystanął gdziekolwiek indziej patrząc się w niebo, wtedy na ramię może wskoczyć mi zachęcona przez Araba małpa lub demoniczna kobieta zaczęłaby wyciskać na moją rękę gówno w płynie zwane henną i za to wszystko też oczekiwaliby ode mnie należnej zapłaty. Tam nie ma tak, że nie zamawiałem tej usługi. Dostarczyli to płać. Ale że my Polacy, to niedbałe przechadzki nie wchodziły w grę już po pierwszym wieczorze. Jesteś w dżungli, na wojnie, wyjmij kominiarę (kapelusz + okulary przeciwsłoneczne, wtedy nie wiedzą kiedy na nich patrzysz, a kiedy olewasz), chwyć maczetę (aparat) i ruszaj pewnym krokiem przed siebie. Na zachętę masz ten śmiesznie tani sok ze świeżych owoców i świadomość, że po kilku dniach oswajania się z tą mentalnością odrzucisz broń w kąt, polubisz kilku sprzedawców (bo obaj czujecie żeście wykiwali drugą stronę i zrobiliście dobry biznes), a marsz po sukach (targowisku) nie przyprawi cię o dreszcze. Po kolejnych kilku dobach pewnie zdejmiesz kominiarę i wprawdzie na robotę nie pójdziesz, bo nie ma gdzie, ale chociaż uwierzysz, że żaden z miliona przeciskających się wąskimi uliczkami w tłumie ludzi kierowców skuterów (niechętnie używających hamulcy) jakimś cudem cię nie rozjedzie. Co najwyżej udusi stężeniem spalin. Tam na ograniczenie ich emisji mają konkretnie wyjebane.

Cdn.
Czytaj więcej

27 lutego 2011

Żegnaj nie mówię

Większość pożegnań za nami. To wyjątkowy moment, wyjątkowo chujowy będąc precyzyjny. W wielu momentach życia zapominam o wartościach, które powinny być moją myślą przewodnią. Umierają te wartości powoli i w męczarniach gdy idę na imprezę, wiją się w konwulsjach także w zwykłe dni, niespodziewanie dopada je kryzys w supermarkecie, na ulicy, a czasem nawet w łazience własnego mieszkania, błagają o kilka chwil rozsądku więcej i trafia je szlag równie nagle co wasze postanowienia noworoczne. Ale w chwili pożegnania ludzi, którzy stali się częścią mojego życia wracają wielkie idee, wokół których chciałbym zorganizować moje życie. Przez dłuższy czas pisaliśmy wspólnie naszą historię, nawet jeśli kilka miesięcy temu byli oni tylko bezimienną masą stojąca z zaniepokojonymi minami przed drzwiami biura do spraw wymiany studentów. A teraz po wszystkich przeżytych razem nie zawsze przezwoitych momentach nadchodzi moment, gdy nasze życie powinno mieć podkład muzyczny, bo mówimy sobie "do zobaczenia". I ktoś powinien wetknąć mi w rękę butlę whisky żebym mógł z niej pociągnąc i splunąć na chodnik wyrzucając światu, że nie do końca gra tak jak mu każę. Ale "żegnaj" i tak sobie nie powiemy, to by było zbyt osobiste, zbyt niewiarygodne. Żadne z nas w to nie wierzy, więc mówimy tylko "do zobaczenia". A spróbujcie kurwa nie.

Wczoraj był 26 lutego. Spędziłem go na plaży, ciesząc się słońcem i czując współczucie do moich polskich przyjaciół, marznących w drodze od klatki do samochodu. I jednocześnie ten dzień nie przyniósł wielkich zmian w moim życiu. 26 lutego 2011 nie zaskoczył mnie niczym, z nikim nie musiałem się żegnać, nie przeżyłem ani wielkiego uniesienia, ani wielkiego rozczarowania. Dzień przeszedł między palcami, to zaskakujące, ale to chyba lepiej.
Czytaj więcej

21 stycznia 2011

Ja też powinienem mieć prawo głosu

Portugalczycy w najbliższy weekend postarają się wybrać prezydenta na nadchodzące lata. Chodzą słuchy, że posadę zachowa dotychczasowa głowa państwa, co ma dać nadzieję na uniknięcie "pomocy" finansowej ze strony Unii Europejskiej. Zadłużeni po uszy, ale honoru i chęci uratowania niezależności kraju odmówić im nie można.

Nie znam dokładniejszych programów kandydatów, ale gdyby któryś obiecał cieplejszy luty i Ryanaira w Lizbonie to mógłby liczyć na moje poparcie. Nie rozumiem zresztą czemu nie mam tu jeszcze prawa głosu, skoro tak upodobniłem się już do tubylców. Podobnie jak oni spędzam piątkowe noce na Bairro Alto, ignoruję czerwone światła dla pieszych niezależnie od pory dnia, a jak zapomnę paska to spodnie zjeżdżają mi do połowy tyłka. No i odczuwam saudade, czyli nostalgię za nie wiadomo czym (miejscowi na przykład ponoć nadal przeżywają jedną z nieudanych wypraw kolonialnych sprzed 500 lat). Jestem równie portugalski jak sieć sklepów Biedronka!

A skoro wspomniałem o piątkowych nocach, to czas się zbierać.
Czytaj więcej

10 stycznia 2011

Bo nadszedł styczeń

Styczeń nowego roku. A może Nowego Roku? Jeśli 2010 okaże się wielki to nie zawaham się użyć także wielkich liter dla wyróżnienia go, a póki co niech pozostanie ułudą czegoś nowego. Jeśli poczyniliście jakieś postanowienia noworoczne to powodzenia, ten blog nie jest miejscem życia złudzeniami. Nie schudniecie, nie rzucicie palenia, ani nie znajdziecie lepszej pracy. O ile łatwiej byłoby tkwić w przekonaniu, że jednak się uda!

Powrót do domu okazał się pasmem przyjemności i pozytywnych wrażeń. Aż wstyd przyznać, ale powrót do Lizbony nie należał do najprostszych. I to pomimo tego, że jedyne co nie jest w Polsce szare to ludzie. To wy jesteście solą ziemi, tamtej ziemi. Reszta jest wielką kłodą rzuconą pod wasze nogi. Brak słońca, noc o trzeciej popołudniu i temperatury, które nie są naturalnie przyjaznym środowiskiem dla żadnego człowieka, bo o władzy postępującej wbrew obietnicom i naszym oczekiwaniom nie ma nawet sensu wspominać. Za sukces uznajmy fakt, że podczas krótkiego pobytu w mojej wciąż ukochanej Warszawie nie dostałem żadnego mandatu, upomnienia, ani kary publicznej chłosty za picie piwa na trzepaku i notoryczne ignorowanie ograniczeń prędkości na świeżo wyfrezowanych ulicach. Nawet dla policji było za zimno.

Lizbonę powitałem po odpowiedniej dawce spożytego alkoholu, żeby z radością znieść gnębiące nas przez większość lotu turbulencje. Potem jakby po zastrzyku energii ruszyłem aby przywitać się z tymi wszystkimi pokręconymi ludźmi i usłyszeć ich sylwestrowe historie i nagle poczułem, że to nadal jest ziemia obiecana, a wszyscy ci, którzą wrócą do kraju po pierwszym semestrze nie wiedzą co czynią. Kolejna warta zapamiętania, choć nie do końca zapamiętana, noc na Bairro Alto przypomniała, że to miejsce solidnie zapracowało na swoją sławę.

A potem mecz Sportingu (piękny stadion), oglądanie serialu Rzym (najbardziej pojebany serial jaki widziałem, a przecież Californication znam jak Hank Karen) i przygotowania do zaliczeń, które muszę zdobyć w tym tygodniu. Dlatego też pijąc wino piszę do was zamiast pisać kolejne prace, bo jak wiadomo lepiej wysprzątać pokój niż zabrać się za naukę. A książki Llosy, Bukowskiego, Millera i Remarque krzyczą do mnie z półki. Wrócę do was chłopaki, obiecuję.
Czytaj więcej

10 grudnia 2010

Nie będzie steków

A jednak zamiast przeznaczyć mięso na obiad zdecydowałem założyć je na siebie na koncert Lady Gagi, bo reszta ciuchów leży nieuprasowana. Może to przekona miss Germanottę do zaproszenia mnie na backstage.
Czytaj więcej

9 grudnia 2010

Zima nie puka do moich okien

Ani do drzwi też nie puka. Czasem zapuka któraś z Czeszek, żebym pomógł im coś przetłumaczyć lub by poprosić o jakiś ukradziony z internetu film. Bo, jak to powiedział ktoś bystry, samochodu bym nie ukradł, ale gdybym mógł to ściągnąłbym go z internetu. Czy po polsku słowo "internet" powinniśmy pisać z wielkiej litery? W każdym razie nie na moim blogu. Tu jestem nieomylny.

Grudzień zastał mnie smarkającego w chusteczkę i wypluwającego płuca po taplaniu się na świeżym powietrzu w jacuzzi na Maderze. Może to w połączeniu z chodzeniem po górach w deszczu sprowadziło na mnie przeziębienie, ale gdybym mógł i tak bym to powtórzył. I jeśli chodzi o wycieczkę na tę portugalską wyspę, to napiszę tylko tyle, że wprawdzie erasmus to nie tylko nauka i obowiązki, ale tym razem kurwa przesadziliśmy. I nie chodzi nawet o krajobrazy, kolejne odbierające mowę widoki, czy też nocne wyprawy nad ocean i zalewające wszystkie suche nitki w naszych ciuchach sztormowe fale, ale czterogwiazdkowy hotel, gdzie wieczorami na dachu patrząc na Atlantyk moczyliśmy nasze zgrabne tyłki w wodzie z bąbelkami (po czesku vizivka s bublinkami) to już gruby nietakt w stosunku do odczuwających boleśnie kryzys Europejczyków. Mamy usprawiedliwienie, że dawno po sezonie i loty tanie, ale pewnie jak to czytacie i tak szargają wami wątpliwości czy podacie mi rękę po powrocie do Polski.

Zima nie staje na mojej drodze. Zastępuje ją deszcz i ludzie z nieprzyzwoicie dużymi parasolami, jakby nie mogli kupić sobie kurtki z kapturem. Lizbonia pomimo temperatur bliskich dwudziestu stopni Celcjusza spływa deszczem. Omijanie rzek, które atakują moje buty, to umiejętność szlifowana z każdym spędzanym tutaj dniem. Co powien czas zabawę uatrakcyjnia jakiś bezmyślnie nieuważny kierowca pojący moje spodnie deszczówką spod kół. Nie skarżąc się dalej taszczę torbę z zakupami. Jutro na obiad będą steki wołowe, żaden Portugalczyk nie odbierze mi tej przyjemności. I tak bardziej obawiam się parasoli wtykanych w moje oko przez przechodniów, których wcale nie chciałbym poznawać. A robią to jakbyśmy kumplowali się od dzieciństwa i w ten sposób przekazywali sobie pozdrowienia. Rozhasali się od kiedy przyjechałem tu i poprosiłem o ciepłe przyjęcie. Mimo tego- o zgrozo- nie dosięgam tu szczytów irytacji. Oczywiście, drażni mnie, że w metrze nie mogę płacić kartą inną niż portugalska, że trąbienie to tutejszy narodowy sport i że kolejny znajomy został okradziony w Starbucksie, ale to wszystko nie zostawia plam na mojej psychice jak to miało miejsce w Hiszpanii. Coś za coś, bo sąsiedzi zza miedzy są bardziej wyraziści (nie rymować z zajebiści) i to ich muzyki wciąż słucham w wolnych chwilach, ale podoba mi się tutejszy sznyt, który zabrania przeszukiwać mój plecak w markecie i który każe uśmiechać się gdy coś zamawiam w knajpie.

A ja za polską zimą i tak tęsknię. Lubię ten pierwszy atak śniegu, który kompletnie paraliżuje miasto. Ile byście nie narzekali to u nas i tak starają się coś z tym robić. Garstka puchu paraliżuje brytyjskie lotniska, zamiecie demolują portugalskie miasteczka na północy, a Irlandczycy przestają chodzić do pracy, bo zasypało im drogi. Wy toczycie z zimą walkę, ja liczę, że ona pokaże mi swe najgroźniejsze oblicze kiedy tylko wyląduję na Okęciu i upewnię sie, że wszystkie wina, które przywiozłem doleciały całe.

Czytaj więcej

2 grudnia 2010

Na południe (II)

Zebraliśmy nasze manatki, upchaliśmy je niedbale w bagażniku i ruszyliśmy dalej. W tamtej części Portugalii znaleźć ładną plażę jest nawet łatwiej niż na ulicach Lizbony kupić kokę od opalonych panów zza morza. Musieliśmy się więc pilnować, by na którejś z nich nie stracić zbyt wiele czasu. Mimo że listopad hulał już po naszych kalendarzach, to wciąż słońce zachęcało do spędzenia kilku chwil wśród szumu oceanicznych fal. Opalanie się o tej porze roku jest równie niespotykane jak  dzień bez przenikliwej uwagi Jarka K. (zauważyliście, że Józef K. z Kartoteki miał te same inicjały?! albo że benzyna w Portugalii podrożała?!) na temat otaczającej was rzeczywistości. Mój rap i moja rzeczywistość wyniosły się tam, gdzie Diabeł powie dobranoc dopiero po kąpieli w oceanie i wypiciu butelki dobrego taniego wina. Wcale nie potrzebuję śpiewu syren ani polskich tap madl w bikini żeby w podróży czuć się spełnionym, wystarczą te widoki i smak każdej chwili spędzonej w nowym zapierającym dech w rozprutej piersi miejscu.

Tnąc Algarve wzdłuż wspęliśmy się na najwyższy szczyt w okolicy. Na prawo ocean, na wprost ocean, na lewo teren zajety przez NATO. To jeszcze zbyt mało by krzyczeć popularne tu "Portugalia poza NATO", ale historia o śmiertelnym wypadku spowodowanym przez wysłannika NATO (sprawca oczywiście uniknął konsekwencji), daje już prawo do wykrzykiwania Wolna Portugalia, Niech żyje Republika i Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

Trzęsienie ziemi z 1755 przetrąciło także najważniejsze miasteczka na południu, więc niekiedy zamiast szukać klimatycznego centrum rozglądaliśmy się za niedrogim śniadaniem w przyjemnej kawiarni. A wieczorem wypatrywaliśmy plaży, na której dziewczęta mogły spełnić swoje marzenia. I nie chodzi o noc ze mną, a o przespanie się na plaży. W listopadzie. Przygotowały się do tej atrakcji znacznie lepiej niż ja, stąd dobrowolnie zgłosiłem się na ochotnika przy pilnowaniu w świetle księżyca naszego pojazdu. Nocowanie w samochodzie przy plaży ma swoje zalety dopóki chłopaki z Guardia Nacional zamiast pukać swoje żony nie pukają w wasze okno, jakbym to ja byl winny ich późnej zmianie. Fuck off, powiedziałem lub pomyślałem i poszedłem spać dalej. Nikt mnie już więcej nie niepokoił, a rano mogłem wraz z dziewczętami skosztować skradzionych wcześniej pomarańczy i z jednym przymkniętym ze zmęczenia okiem poprowadzić naszą wycieczkę dalej.

Wreszcie dotarliśmy pod hiszpańską granicę. Koniec terytorium portugalskiego na południu przypomina północno-zachodni kraniec Polski. W sposób naturalny wyznacza go rzeka. Zanim się przez nią przeprawiliśmy zjedliśmy jeszcze smaczną kolację w lokalnej knajpie (niedosmażone fragmenty ryby nie zrobiły mi krzywdy) i przespaliśmy się w hostelu w miasteczku Vila Real de Santo Antonio. Może nie był to Hotel California i nie spały tam dziewczęta w złotej bieliźnie, ale nie żałuję żadnej chwili snów o potędze, które mnie tam spotkały. Następnego dnia odbyłem przyjemną sentymentalną podróż do hiszpańskiego Ayamonte. Minęliśmy jedną rzekę, jedną granicę, jedną strefę czasową i wkroczyliśmy w inną, wbrew opiniom wielu, kulturę. Zjedliśmy andaluzyjskie śniadanie (tostowane pieczywo z pastą pomidorową i oliwą, a do tego kawą cortado, wybrałem kasę z bankomatu mojego banku, obejrzeliśmy gdzie przygotowuje się churros con chocolate i machnęliśmy sobie pożegnalne zdjęcie, by powoli wracać do tymczasowych domów w Lizbonie.

Na dzień dobry sunąć wzdłuż hiszpańskiej granicy i słuchając andaluzyjskiego radia (Portugalczycy jeśli chodzi o stacje radiowe są sto lat nawet za Marokańczykami z Madrytu) zahaczyliśmy o niesamowicie położoną Mertolę. Portugalia zamiast szczycić się takimi miasteczkami, chwali się kolejnym hat-trickiem Cristiano Ronaldo. A żadna bramka chłopaka z Madery nie odda tego co można zobaczyc ze szczytów warownej twierdzy w tej małej mieścinie nieopodal granicy z Hiszpanią. Dlaczego wschodni sąsiedzi potrafią rozreklamować na cały świat wioski, w których kichnął Don Kichote, a Portugalczycy nie umieją walnąć pięścią w stół i powiedzieć: nasze historyczne miejsca są lepsze niż niejedna blond-Czeszka! Pewnie z tego samego powodu Polacy nie przekażą światu, że Bieszczady to miejsce must see na liście szanującego się podróżnika, a Rumuni że Fogarasz wysyła niejedne pełne turystów pasma górskie w Europie na wizytę do specjalisty od wizerunku. Tego dnia, poza Mertolą, postanowiliśmy dotrzeć także do dziko położonego i tajemniczo brzmiącego Pulo do Lobo. Zjechaliśmy z głównej drogi i podążaliśmy w kierunku czarnych chmur, które spowiły całą okolicę. Im dalej, tym większe mieliśmy wątpliwości czy nie pożre nas ta ciemna otchłań. Gdybym miał napisać scenariusz horroru to taki początek byłby wymarzony dla potencjalnego przeboju kinowego. Tym bardziej, że na końcu naszej drogi natknęliśmy się na bramę i informację o możliwości wjazdu na teren tego rezerwatu pod warunkiem zamknięcia za sobą przejazdu. Ani dzikie zwierzęta, ani hordy żywych trupów lub duchy minionych pokoleń nie niepokoiły jednak naszych popsutych erasmusem istnień. Zamiast tego na miejscu odnaleźliśmy dziewiczy zakątek z urokliwie położonym wodospadem i rwącą rzeczką przedzielającą dwa pasma ciągnących się dalej wzgórz. Wcale nie chcieliśmy  ruszać stamtąd dalej. Ale stęsknione naszą nieobecnością lizbońskie pokoje czekały. Na koniec podróży obejrzeliśmy (głównie dzięki długim światłom w wypożyczonym Seacie z silnikiem turbo, co podkreślał oddający nam kluczyki pracownik) jeszcze tajemne kamienne kręgi koło Evory. Tam właśnie ówcześni magicy wpadli na pomysł stworzenia Frankensteina, zbudowania wieży Babel i upublicznienia studentom Facebooka. Dalej już tylko bramki z opłatami za wjazd na most w kierunku Lizbony spowolniły nasz powrót do portugalskiego miasta grzechu. Jakby taka podróż nie mogła trwać wiecznie.

Ale grunt, że co by nie mówili o temperamencie portugalskich kierowców, to dopóki warszawiak jest za kółkiem to nas nie dogoniat
Czytaj więcej