1 lutego 2012

Sen o ACTA

Przyśniło mi się niedawno, że dzwonił do mnie Bronisław Komorowski i prosił o przygotowanie mu raportu na temat ACTA. Prezydent miał wielkie problemy aby się wysłowić, nie umiał sprecyzować swoich wymagań, a na moje pytania z "bulem" wzdychał, paplał o niczym i wznosił oczy ku niebu (w snach widać wszystko jak na dłoni). Gdybym był złośliwy i szukał problemów to napisałbym, że była to projekcja zdolności komunikacyjnych mojego szefa, ale że ja uprawiam politykę miłości wobec ludzi i jeśli sobie z nich żartuję, to tylko dlatego, że wyjątkowo ich lubię (całą ludzkość, nawet tych o interesującym kolorze skóry, odmiennej orientacji i inteligencji prusaka ubitego wczoraj chochlą w kuchni). A prawda jest taka, że jego zdolności komunikacyjne są na poziomie ganiającego za własnym ogonem jamnika. No, są na poziomie, po prostu.

Nie chcę sprowadzać ACTA głównie do polityki. Polityka jest dla ludzi zamożnych. Kiedy w garażach nie ma już miejsca na kolejne Audi i BMW  to zaczyna się politykowanie, a (jak już ustaliliśmy) ja przecież miałem skupić się na tym by do pierwszego nie zabrakło na Żubra. Chcąc odnieść się przede wszystkim do kwestii piractwa, trzeba zauważyć, że my piraci wydajemy na oryginały więcej niż przeciętny chłopek przyglądający się z fascynacją włącznikowi światła w muzeum sztuki współczesnej, a przed kupnem wszystkiego co nas interesuje powstrzymują nas jedynie powody finansowe. Ja naprawdę lubię wydać ciężko zarobione w kopalni siarki w kraterze Ijen pieniądze na oryginalną płytę z muzyką, filmem lub pornografią w HD, ale nie stać mnie na całą kolekcję. Z moją pensją nie mam również co liczyć na kredyt na Porsche 911 (pewnie nawet miałbym problem z kredytem na Seicento w podstawowej wersji bez wspomagania) i tak jak kiedyś pisałem, wprawdzie nie ukradłbym nikomu tego samochodu, to chętnie ściągnąłbym go z internetu- podobnie jak Ray Bany, jednorożca i pokój na świecie. Tymczasem całą pensję przehulałem w jeden sobotni wieczór na mieście i teraz odkrywam jak pożywne są znalezione pod stołem okruszki. Steków wołowych na thepiratebay też nie mają.

Jak rzadko kiedy zaufałbym w sprawie internetu Jarkowi Kaczyńskiemu. Właśnie dlatego, że zamiast konta ma kota, a o Internecie wie tyle, że nazwa zaczyna się od samogłoski, chętniej jemu powierzyłbym opiekę nad siecią. Bo tematem by się nie zajmował. Jarek ma swój świat i nie jest to świat wirtualny. I bardzo dobrze. A w internecie niech kwitnie wolność, anarchia i wolnomularstwo, byle Donald trzymał się od tego z daleka. Wprawdzie Jarek twierdził, że jak przeszedł się po bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego to widział oglądających porno i popijających piwo studentów, a ja wcześniej myślałem, że to tylko w hiszpańskich kawiarenkach internetowych onaniści lubią sobie na głos i na cały ekran wrzucić two girls one cup. Ale widocznie również polscy studenci odważają się prezentować porno-blondynki troszczące się o wielkie murzyńskie lagi. Ja nigdy tego u nas nie widziałem, ale ufam Jarkowi. Komuś trzeba ufać.

Czy wypiłbym mniej drinków gdyby nagle niemożliwym stało się zassanie z sieci najnowszej płyty Rammsteina lub ostatniego odcinka Californication? Absolutnie nie. Czy kupiłbym któreś ze ściągniętych dzieł? Też nie. Czy piję piwo i oglądam porno korzystając z internetu? Nie mogę powiedzieć- to mogłoby odstraszyć wydawców mojego bloga. Poza tym taki ekshibicjonizm myśli nie uleczy ran zadanych mojej psychice przez wirtualny świat. Nawet nie wiecie ile wysiłku kosztuje mnie na codzień bycie tym kim jestem, a co dopiero całe to udawanie kogoś jeszcze innego w świecie mediów społecznościowych. Niemiłosiernie się w tym gubię i boję się, że kiedyś zostanę skazany za nieudolne podrabianie samego siebie w internecie.

0 komentarze: