10 lipca 2014

Dzień 2-4 Kuta/Legian (II)

Pierwszy dzień pobytu spędziliśmy na rozglądaniu się po okolicy (udało się nam nawet raz porządnie zgubić, mimo licznych przechwałek Rafała o jego wybitnej orientacji w terenie) i plażowaniu. Sama Kuta zdecydowanie nie zachwyca. Turystyczna, tłoczna i chaotyczna mieścina, w której naprawdę nic nie ma. Jeżeli ktoś spędził w tym jednym miejscu 2 tygodnie swojego urlopu, płacąc krocie za bilet i tracąc dzień na przelot, to dziwimy się jeśli nie jest rozczarowany. Chyba że jest aż tak wielkim fanem surfingu, wtedy to zupełnie inna historia. Fale są po prostu idealne, a woda cieplutka. W Atlantyku pod Lizboną długi kombinezon był obowiązkowy, na Bali każdy surfuje wygodnie w sportowym t-shircie. A że co drugi sklep to quicksilver, hurley, ripcurl czy inny billabong, to jest gdzie taki ciuch nabyć. Jeśli chodzi o sklepy to akurat Ania była rozczarowana. Nie nastawialiśmy się na żadne zakupy, ale wolelibyśmy spacerować wśród galerii z lokalnymi produktami, a tutaj można znaleźć jedynie znane marki amerykańskie i europejskie albo stragany z totalnym badziewiem. Rekordy popularności biją gadżety z napisami John (lub w zamian dowolne imię) is gay. Taki lokalny żarcik. Musimy przyznać, że poczucie humoru miejscowej ludności jest jednak bardzo podobne do naszego. Dużo ironizują i cały czas w sympatyczny sposób sobie dogryzają. Zupełne przeciwieństwo poznanych podczas innej podróży Chińczyków, którzy nie dostrzegą ironii nawet jak wyskoczy zza krzaka i kopnie ich w tyłek.


Odmienne od naszych panują w Indonezji zasady ruchu drogowego. O ile zwyczaje rodem z miejskiej dżungli i kompletny brak poszanowania dla przepisów (a może brak przepisów?) znamy poniekąd z Warszawy, o tyle ruch lewostronny jest wbrew przyzwyczajeniom. To co, może wypożyczymy skuter? Rafał nie mając żadnego doświadczenia ani ze skuterem, ani z odwrotnym kierunkiem jazdy miał wątpliwości, ale wiedzieliśmy, że nie ma lepszego sposobu zwiedzenia wyspy (brania samochodu z szoferem nawet nie braliśmy pod uwagę). I jak się okazało strach ma wielkie oczy. Wprawdzie kierowcy jadą jak i gdzie chcą, ale jednak na siebie uważają. Trąbią ostrzegając, a nie wyrażając frustrację, no i nie przeginają z prędkością. Skutery zajmują na ulicach po dziesięć rzędów, brną na skos, często pod prąd, a mimo tego jedni na drugich nie wpadają. Nabraliśmy odwagi i prawie od razu ruszyliśmy na główną 3-pasmową arterię i śmiało wjeżdżaliśmy na wszystkie ronda. Tylko czasami pojawiała się wątpliwość czy na pewno dobrze przez nie przebrnęliśmy, ale wtedy okazywało się, że to Indonezyjczycy lubią je ścinać i jechać „po naszemu”, czyli w prawo. Wkrótce pojawiła się pewność prowadzenia i rozpoczęła równiejsza walka o pozycję na światłach, wpychanie do skrętów i korzystanie z wąskich pieszych korytarzy łączących równoległe ulice. Rafał głośno tego nie powie, ale przez większość czasu i tak był przekonany, że tego dnia zginiemy marnie, ale wolał nie przeciwstawiać się marzeniom swojej świeżo poślubionej małżonki. Zaś Ania z tylnego siedzenia nie mogła widzieć, że Rafał podczas całej drogi tylko kilka razy odważył się otworzyć oczy.

Jechaliśmy przed siebie, bez konkretnego celu niespiesznie poznając południową część wyspy. Podczas całego „miodowego” wyjazdu przyświecała nam jedna zasada: korzystać jak najwięcej ze wszystkich atrakcji, to jednak coś więcej niż zwykły urlop, więc kalkulacje odkładamy na bok. Tym razem znacznie rzadziej niż zazwyczaj mówiliśmy swoim zachciankom NIE. W związku z tym na przykład, w jednym miejscu zatrzymaliśmy się, aby przelecieć się za motorówką na czymś zwanym „Flying Fish”. Kolejna modyfikacja tradycyjnego banana. Leżysz na plecach na materacu, motorówka się rozpędza, a ty szybujesz jakieś 5-6 metrów nad wodą. Ciekawość zaspokojona - fajna, krótka przyjemność, jednak pozostaje niedosyt, bo na końcu nie wrzucają Cię do wody. W krajach tak zwanego Zachodu nie spotkaliśmy się z ta rozrywką - obstawiamy, że w grę wchodzą kwestie bezpieczeństwa uczestników zabawy, czyli klasyczne „powiem ci, co dla ciebie dobre” rodem z Krajów Cywilizowanych (jak same siebie określają), ale to oczywiście tylko nasze domysły.

Potem wjechaliśmy w część bardziej luksusowych ośrodków zajmujących całą nadmorską przestrzeń i tam z braku innych turystów postanowiliśmy trochę poplażować. Po drodze jeszcze zatrzymała nas Pani chcąca zadać kilka pytań i prowadząca statystyki, a ponieważ wszyscy są tutaj bardzo mili i dużo się uśmiechają to Ania postanowiła się odwdzięczyć i na nie odpowiedzieć. Ile mamy lat, skąd przyjechaliśmy, gdzie dokładnie nocujemy i jeszcze tylko podpisik. No nie, podpisu nie złożymy, a po cóż ci on, miłe dziewczę- dopytywaliśmy. Otóż Pani, zgodnie z przedstawioną ulotką, oferowała nam jedną z nagród do wyboru i jedyne co musimy zrobić to się podpisać i przyjść na godzinne oprowadzanie po hotelu, by potem szerzyć dobrą nowinę o tym, jacy są cudowni i wspaniali. W Europie jak ktoś ci chce dać coś za darmo, to wiadomo, że zapłacisz za to podwójnie, więc rozpoczęliśmy odwrót. Pani próbowała wszystkiego, a na końcu nawet posunęła się do próby wzbudzenia litości, mówiąc, że dzięki nam nie będzie musiała już stać na ulicy. Tak, tak, zadzwonimy do Pani i damy znać. No faktycznie nie mamy Pani numeru, to proszę go podać i puścić wolno. Na plaży spojrzeliśmy jeszcze raz na ulotkę i uśmiechnęliśmy się do napisu „nie próbujemy Cię oszukać!”. Do tego zdrapka i oczywiście wysoka wygrana: 6 darmowych noclegów w ich hotelu! Aż trochę żałujemy, że nie sprawdziliśmy, na jakim etapie pojawiał się haczyk i nie pomogliśmy miłej pani zejść z ulicy.

Kąpieli niestety nie było, bo odpływ zabrał wodę naprawdę daleko, ale sama plaża zachęcała do chwili relaksu, nawet, jeśli zachwyty nad bielą piasku w Lonely Planet są grubą przesadą. Z tym akurat zawsze mamy problem, bo niewiele jest na świecie miejsc, które pod tym względem przebiją Bałtyk, a lubimy się zachwycać odmiennością, także zostaje jedynie wzruszyć się: jej, ale przyjemnie subtelna szarość roztacza się pod naszymi stopami! Potem pojechaliśmy na drugą część półwyspu, aby na samej plaży zjeść kolację w postaci owoców morza, w pakiecie z widokiem na zachód słońca. Wszystko smakowało tak świeżo, jakby tego homara, krewetki, rybki i ośmiornice wytaszczyli z wody na minuty przed naszym przyjściem. Obrońcy praw życia na rafie koralowej nie byliby zadowoleni, my do naszej willi wracaliśmy wręcz zachwyceni.

Pomimo, że już naprawdę udało się nam wypocząć, to chyba wciąż przez różnicę czasu Ania chodziła niedospana. Po wczesnym śniadaniu konieczna była godzina drzemka, ale tym bardziej można było sobie na nią pozwolić, że musieliśmy być w dobrej formie. Postanowiliśmy ostatniego dnia w Kucie skorzystać z jej największego atutu i pośmigać trochę na falach. Zbadaliśmy temat cen za deski, których poziom wydał się nam dość wygórowany i ruszyliśmy na plażę. Ostatecznie w cenie nawet niższej niż podawana za jedną dechę dostaliśmy dwie, plus lekcję dla Ani (dla której był to całkowity debiut) i leżaki na cały dzień. Może to nasze zdolności negocjacyjne (czyli: nie to nie, idziemy dalej), a może to po prostu jeszcze nie sezon. Pomimo pozdzieranych przedramion, uśmiech od ucha do ucha. Kiedyś musimy wyjechać na typowy surfingowy wyjazd, postanowione i dopisane do naszej nieistniejącej bucket list.

Wieczorem musieliśmy podjąć ostateczną decyzję dotyczącą naszego wypadu na Rinjani. Można powiedzieć, że był to główny gwóźdź wyjazdowego programu, tylko że kompletnie niezaplanowany. Długo badaliśmy temat dojazdu na Lombok, czyli wyspę sąsiednią do Bali, na której mieścił się cel naszej wspinaczki. W grę wchodził samolot, tzw. speedboat lub prom publiczny. Polecenie na Lombok nie opłaca się ani kosztowo, ani dojazdowo (niedogodne położenie tamtejszego nowego lotniska), speedboat po opiniach na tripadvisorze wydał się nam dość drogi, a jeszcze trzeba dojechać do i z portu, a prom czasochłonny i skomplikowany logistycznie. Byliśmy trochę w kropce, więc w poszukiwaniu pomocy zapytaliśmy pracownika naszego hotelu, który po przyjeździe przywitał nas konspiracyjnym szeptem, że jak będziemy czegoś potrzebowali to możemy go zapytać, tylko nie przy szefach, a on postara się nam załatwić to taniej. Nie byliśmy przekonani czy można tym zapewnieniom ufać, bo jak pierwszego dnia zapytaliśmy o restaurację w pobliżu to zaproponował, że ktoś po nas przyjedzie. Kontrolnie spytaliśmy o cenę, na co uspokoił nas, że raczej nie będzie więcej niż 1 mln rupii (około 250 zł). Przez cały wyjazd, a robiliśmy sobie prawdziwe uczty z owocami morza, alkoholem i deserami, nie zdarzyło się nam przekroczyć połowy tej kwoty. Wówczas nie skorzystaliśmy, tym razem jednak nas nie zawiódł. Po paru minutach wrócił z informacją od swojego kolegi, który miał nas odebrać bezpośrednio z hotelu i potem speedboatem mieliśmy dopłynąć do pasującego nam portu i wszystko znowu za o wiele niższą cenę niż podawały to Internety. Nie było nad czym zbyt długo się zastanawiać, wzięliśmy jak swoje.

Czytaj więcej:
Lot na Bali (I)
Dzień 2-4 Kuta/Legian (II)
Dzień 5-8 Lombok (III)
Dzień 9-10 Gili (IV)
Dzień 11-13 Ubud (V)
Czytaj więcej

Lot na Bali (I)

Czerwiec nie sprzyja wyprawom na koniec świata, więc lista potencjalnych miejsc na spędzenie wymarzonego Honeymoon była zadziwiająco krótka. Po kilku merytorycznych dyskusjach padło na Bali. Ta wyspa nowożeńców (co rzeczywiście potwierdza się podczas naszego pobytu) wygrała z Ameryką Środkową, Południową i Karaibami. No cóż, może następnym razem… a póki co przeważyła możliwość wspięcia się na wulkan na pobliskiej wyspie Lombok, jakby to było jakieś marzenie od dziecka.

Musimy przyznać, że ze względu na organizację ślubu i wesela, których przygotowaniu poświęciliśmy naprawdę sporo czasu, podróż poślubna zeszła na drugi plan. Wymusiliśmy urlopy, kupiliśmy bilety (w zasadzie kolejność była odwrotna), zarezerwowaliśmy pierwsze 4 noclegi i na tym cała nasza inicjatywa się zakończyła. Duża zmiana względem ostatniego wypadu do Stanów, gdzie mieliśmy zarezerwowane wszystkie noce i dokładnie wiedzieliśmy co chcemy zobaczyć (a nawet zjeść). W trakcie pobytu okaże się, że ten sposób może mieć swoje mocne i słabe strony. Wielokrotnie na miejscu udawało nam się znaleźć i zorganizować wycieczki czy noclegi dużo taniej niż przez booking, poniżej cen sugerowanych w przewodniku, a nawet na tripadvisorze, ale też mało brakowało, a nie zobaczylibyśmy jedynej świątyni, na której zależało Ani. I nic byśmy nie stracili, ale to też dość częsta przypadłość zabytków rodem z przewodnika.


Spodobał nam się pomysł wyruszenia w podróż niemal prosto spod ołtarza, więc lot zarezerwowaliśmy na poślubny poniedziałek. Tak więc jeszcze lekko oszołomieni, wciąż bardzo rozemocjonowani, spakowani byle jak, bo naprędce, ruszyliśmy w drogę. Może wyjazd nie był głęboko zaplanowany, ale bilety kupiliśmy świadomie, dzięki czemu nasza podróż na koniec świata trwała jedynie 19 godzin, razem z dwiema przesiadkami. Do tego prawie cały najdłuższy odcinek Helsinki-Singapur przespaliśmy i można powiedzieć, że lot zamiast nas zmęczyć, wręcz nas zregenerował. Poza wygodą plus dla linii Finnair, za to że jako już niestety jedna z nielicznych europejskich linii serwuje na pokładzie wino bez dodatkowych opłat (mowa o klasie ekonomicznej, w ramach projektu bycia bliżej zwykłych ludzi kupujemy tylko takie bilety). To nie jest tak, że lubimy się narąbać w trakcie lotu, ale miło jest wypić do posiłku kieliszek, dwa, ewentualnie siedem.

Skoro przed wyjazdem poza biletami załatwiliśmy tylko jedną rzecz to musiała być ona wyjątkowa. Rafał zarezerwował cudowną prywatną willę z basenem i jacuzzi. Było romantycznie, luksusowo i wyjątkowo, jak na honeymoon przystało. Obsługa każde spośród czterech śniadań do wyboru dostarczała prosto do pokoju, ręczniki pokojówka zwijała w serduszka, słoniki i łabędzie, a cykady co wieczór wygrywały marsz Mendelsona. Taki własny kawałek podłogi w przedsionku do raju.

Czytaj więcej:
Dzień 2-4 Kuta/Legian (II)
Dzień 5-8 Lombok (III)
Dzień 9-10 Gili (IV)
Dzień 11-13 Ubud (V)
Czytaj więcej

4 grudnia 2013

USA Trip (IV): Wzdłuż wybrzeża

To nie tak, że camping dał nam się we znaki, albo nie podeszli nam ludzie lasu. Wkręciliśmy się w zabawę nadawania imiennych etykiet jedzeniu i podjadania tego, co zostawili inni, kiedy nikt nie patrzył. Dialog z przyrodą i brak istot ludzkich też nam nie zbrzydł, towarzystwo wiewiórek uznawaliśmy za wystarczające. Nas po prostu ciągnęło na wybrzeże. Celem było miasteczko Avila Beach w środkowej Kalifornii, a prowadziła do niego najsłynniejsza w stanie droga, oznaczona numerem 1 trasa łącząca San Francisco z Los Angeles.
„Jedynka” jest reliktem przeszłości i podobnie jak Route 66 dziś stanowi głównie atrakcję turystyczną. Ruch samochodowy z racjonalnych powodów przeniósł się na wybudowaną odrobinę bardziej w głąb lądu autostradę 101. Zmieniły się również realia gospodarcze i bogate niegdyś portowe miejscowości straciły na znaczeniu. Spotkanie z trasą nad oceanem zbiegło się z wizytą w jednym z takich miasteczek, z Monterrey. Ku naszemu rozczarowaniu, zapach desperacji unosił się tam mocniej niż zapach wypalanych zniczy na Powązkach 1 listopada. Molo, które powinno tętnić życiem, było tylko nieudaną podróbką Pier 39 z San Francisco. Restauracyjni naganiacze wyciągali do nas ręce jak korpoludki po bony sodexo przed Świętami, zaś sklepy z pamiątkami usiłowały opchnąć wyblakłe T-shirty pamiętające pewnie początki kariery aktorskiej Arnolda Schwarzeneggera. Uciekliśmy szukać szczęścia dalej i znaleźliśmy je w kolejnej miejscowości, kojarzonej z innym aktorem, czyli do Carmel-by-the-see, gdzie niegdyś funkcję burmistrza pełnił Clint Eastwood. Dziś szeryf Ameryki prowadzi tam swoje biznesy. W Carmel poczuliśmy już zapach elegancji. Schodząca do Pacyfiku upstrzona drogimi butikami snobistyczna promenada prowadziła na plażę, piaszczystą i bielutką jak znad Bałtyku. Daliśmy się nacieszyć stopom rozgrzanym słońcem miękkim podłożem, zjedliśmy bodaj najsmaczniejszy obiad w całych Stanach i z pewnym ociąganiem wróciliśmy na wijącą się na południe drogę.

Kilometry zlatywały powoli, krajobrazy zmuszały nas do postojów przy większości punktów widokowych, a migawka aparatu nie zaznawała wytchnienia. Wiatr wietrzył umysł i po głowie hulała wolność. Taka prawdziwa legendarna amerykańska wolność, rodem z XVIII wieku, a nie żadna współczesna podróbka. Jakby mi ktoś wtedy powiedział, że coś w życiu muszę albo, że powinienem… Wolne żarty, nic nie muszę. Stoję w Kalifornii na wzgórzu koło „Jedynki”, widzę ocean rozbijający się o skały, smaga mnie wicher, który chwilę wcześniej naderwał nam drzwi w samochodzie, a czas nie istnieje, jest tylko tu i teraz. Chmur na niebie nie uświadczysz, intensywności kolorów nie tłumią nawet przyciemnione szkła, jasność razi po oczach i tylko dzięki silnej bryzie nie spływa kroplą potu po czole. Nawet gdyby zatrzymała się koło nas winda do nieba, to nie wsiedlibyśmy do niej, bo właśnie przeżywaliśmy własny raj na ziemi. Winda i tak nie przyjechała, zamiast do niej wskoczyliśmy do Focusa z niedomykającymi się od kilku chwil drzwiami i opuściliśmy pagórek. Hurricane Hill, jak głosiła tabliczka, i to jakby wiele wyjaśniało. Kilkanaście dni później oddając samochód będę robił minę mówiącą „no drzwi jak drzwi, opadają lekko, było nie przerzucać produkcji do Chin”. I ta mina przejdzie, obejdzie się bez dodatkowych finansowych konsekwencji.

Dotarliśmy do Avila Beach i tam dla odmiany pachniało ostrygą. Dwie kolejne noce spędziliśmy w luksusowym apartamencie nad samym Oceanem. Nie odreagowywaliśmy campingu, zwyczajnie środkowe wybrzeże Kalifornii nigdy nie rozgrzewa się do czerwoności, więc trudno tam uświadczyć typowy sezon, a nawet jeśli takowy istnieje, to nie wypada on we wrześniu. I w efekcie 70 metrów podłogi 100 metrów od oceanu nie kosztuje tam więcej niż namiot w Yosemite.

Słońce zatonęło w wielkiej wodzie zostawiając jedyne światło w okolicy samochodom rozjeżdżającym plażę. Było to jedno z niewielu już miejsc w Stanach, gdzie wciąż można zjechać terenówką nad sam ocean i pomknąć po piasku jak starzy kowboje wierzchowcami. Patrzyliśmy na to znad piknikowego koca z lekkim powątpiewaniem, ale w porę uciekliśmy myślami od próby oceniania innej kultury miarą własnych przyzwyczajeń. Niech Amerykanie kultywują swoje tradycje, niech nie narzucają ich nam i niech bronią się twardo przed poprawnością z Europy. I niech żyją potężne silniki niezgrabnie wielkich fur, tak im dopomóż legislaturo.

Kolejnym odkryciem ze środkowej Kalifornii były wielkie apteki z drive through. W Polsce mamy aptekę na każdym rogu, do tego co najmniej tyle samo monopolowych, gdzie również kupimy lek na wszystko. Amerykanie może nie mają tak blisko po dobrodziejstwa medycyny, ale przynajmniej mogą po nie podjechać nie wysiadając z samochodu. Poproszę aspirynę i frytki. Tak, w zestawie z zabawką. To był chyba moment, w którym naprawdę złapaliśmy bakcyla tej podróży, przemieszczania się niemal każdego dnia, niedbałego rozpakowywania i wrzucania z powrotem wszystkiego do bagażnika i dojadania w drodze lodów Ben&Jerry odłożonych dzień wcześniej „na później” do zamrażalki. Chcieliśmy wiedzieć co będzie dalej, bo przed nami malowało się Los Angeles z Venice i Hollywood, a później Kanion i Vegas, a jak wiemy z filmów i seriali, tam dopiero dzieje się magia.

Czytaj więcej:
USA Trip - część III
USA Trip - część II
USA Trip - część I
USA Trip - przygotowania
Czytaj więcej

2 listopada 2013

Miałem już dawno gotowy kolejny wpis o Stanach, ale jakaś siła wyższa mi go wycięła. Obraziłem się na miesiąc i kto wie czy nie trwałoby to dłużej, ale spacer po cmentarzach przypomniał mi, że znicz zgaśnie, wieniec ukradną, a co napisane i opublikowane w internetach przetrwa nawet globalne ocieplenie. No przynajmniej do pewnego momentu.

Znacie te historie o ludziach ślepo ufającym GPSom i wjeżdżającym do rzeki sądząc, że skoro nawigacja tak ich naprowadziła, to nie wypada z tym dyskutować? Co za kretyni, mnie by to nigdy nie spotkało! A jednak. W drodze na camping w okolicach parku Yosemite automapa znalazła nam zajebisty skrót. Łyknęliśmy to bez dyskusji i niepostrzeżenie trafiliśmy na zbocze góry z pewnością niezaprojektowane z myślą o nisko zawieszonych miejskich autach. Ostateczny moment zwątpienia nie nastąpił, gdy przed światłami samochodu uciekł szop pracz albo inny ogoniasty zwierzak, ani gdy zaczęliśmy zarywać podwoziem o niepokojąco głęboko wyrzeźbione podłoże, ale gdy napotkaliśmy na wrak czołgu ukryty w zaroślach. Nie wiem czy Amerykanie mieli taki sprzęt już w czasie wojny secesyjnej, czy to naziści dotarli tak daleko, wiem tylko, że to była droga w sam raz właśnie na czołg, a nie na naszego Fokusa. To, że dojechaliśmy bez szkód do celu, zawdzięczamy jedynie ślepej wierze w pisany nam sukces.

Po takich przygodach najchętniej spędzilibyśmy noc w hotelu Ritz. W okolicach Yosemite nie można jednak liczyć na luksusy. Trafiliśmy na rozlany po wzgórzu camping, a naszym domem miał być półcienny namiot na końcu alejki na jednej z półek na udostępnionym dla turystów terenie. Zamiast pięciu gwiazdek na hotelu mieliśmy milion gwiazd nad głową, porównywalne do tego są jedynie letnie mazurskie noce. Jednak szelesty w zaroślach i kompletna dzicz, która rozpoczynała się tuż za naszą miejscówką, nie ułatwiały ukojenia rozkołatanych nerwów. Było to jedno z tych miejsc, w których gdy rano nie zastałem Ani w namiocie pierwsze, co przychodziło do głowy, to że została wywleczona przez niedźwiedzia, nie zaś, że poszła do toalety. Z tymi niedźwiedziami to zresztą nie są żarty. W polskich górach ktoś kiedyś słyszał, że jakiś znajomy zna kogoś, kto napotkał na ślady brunatnego zwierzaka. W Yosemite prowadzony jest codzienny monitoring zdarzeń z niedźwiedziami i z raportów udostępnianych na stronie wynika, że do takich spotkań dochodzi kilkanaście razy w tygodniu. Jedzenie przechowuje się w specjalnych pojemnikach, by nie kusić dużego zwierza do zdemolowania namiotu lub samochodu. Internet jest pełen zdjęć niedźwiedzi wdrapujących się do smakowicie pachnących aut. Na wszelki wypadek Focusa zaparkowałem obok SUVa, wierząc że miś racjonalnie wybrałby furę, w której mógłby się wygodniej rozsiąść.

Parkowe szlaki są dość puste. Amerykanie niezbyt kwapią się do męczących wędrówek, najwyraźniej wystarczają im widoki z okolic parkingów. My chcieliśmy być wszędzie, ale pożar trawiący Yosemite od północy zmusił władze do zamknięcia części dróg od kalifornijskiej strony, dlatego nie dotarliśmy do urokliwego Mono Lake, mieliśmy za to więcej czasu na wędrówki do największych amerykańskich wodospadów i na spacer wśród niemieszczących się w obiektywie sekwoi. Drzewa miałyby do opowiedzenia niezwykłe historie. Ludzi napotkały stosunkowo niedawno i na pewno chciałyby podzielić się swoimi przemyśleniami na ten temat. Bóg nie dał im zdolności mówienia, mogły tylko zaczepnie się do nas uśmiechać i dawać do zrozumienia, że ich mądrość przewyższa rasę ludzką. Yosemite w naturalny sposób regularnie stawało w ogniu. Spalana roślinność dawała odżywkę dla sekwoi, które są w zasadzie ognioodporne. Człowiek, który pojawił się na tych terenach, nadał sobie prawo do zarządzania przyrodą i z pożarami postanowił walczyć. Nie potrzeba było wiele czasu, by niższy drzewostan zaczął pasożytować na wysokich pod nieboskłon dotychczasowych władcach lasu, doprowadzając do ich obumierania. Człowiek w porę się opanował i zaprzestał swoich praktyk, dzięki czemu nie doszło do katastrofy. Sekwoje przetrwały i pozostało jedynie pytanie, kiedy ludzie zrozumieją, że przyroda jest od nich mądrzejsza. Chyba jeszcze długo będzie trwała próba sił, z której nikt nie może wyjść zwycięsko. My byliśmy pod wrażeniem potęgi natury w Yosemite. Ciekawe czy drzewa nas zapamiętały i opowiedzą kiedyś komuś historię odwiedzin pary z Polski.

Czytaj więcej:
USA Trip - część II
USA Trip - część I
USA Trip - przygotowania
Czytaj więcej

24 września 2013

USA Trip (II): Ku Dolinie Krzemowej

Planując wyjazd do Stanów marzyło się nam przemierzanie malowniczych dróg Mustangiem, oczywiście w wersji cabrio. Wiatr we włosach, ryk silnika, oceaniczna bryza na kalifornijskiej „1” i piski chcących się dosiąść dziewcząt (tak, Anię też to jara). Nie bylibyśmy wyjątkowi, Kalifornia kocha Mustangi, kocha też Camaro i Corvetty. Za kierownicą innych samochodów zasiadają jedynie turyści. Tak jak to bywa z wielkimi planami (całe życie będę pił wino w parku; nigdy nie pójdę pracować w korporacji) i tym razem musieliśmy zachować resztki rozsądku i wypożyczyliśmy auto klasy intermediate. Nie wiedzieliśmy dokładnie co się pod tym kryje i jaką furą przyjdzie nam przemierzać tysiące kilometrów, ale wiedzieliśmy jedno – musimy gdzieś pomieścić nasze walizy, z dala od wzroku lokalnego cwaniaka z gnatem.

Pani w wypożyczalni z uśmiechem zaproponowała nam najlepszy i oczywiście jedyny samochód jaki mają. Poszliśmy na parking i mimo, że zaoferowana Kia wyglądała zachęcająco, to do jej bagażnika zmieściłaby się najwyżej kosmetyczka, a trzy walizki prawdopodobnie musielibyśmy trzymać na kolanach. Wiedziałem, że wypożyczalnie starają się wymigać od zobowiązań w rezerwacjach, więc przygotowałem płomienną mowę mającą przekonać, że należy nam się samochód, za który zapłaciliśmy. Cofnęliśmy się do biura i od progu wypaliłem: że Bolszewicy, że Hitler, że Jaruzelski, a teraz dodatkowo wy jankescy krwiopijcy! Odmieniłem madafakin przez wszystkie nie istniejące przypadki w języku angielskim, tupnąłem nogą i zgasiłem papierosa na dłoni kobiety z obsługi aż uległa naszym żądaniom. Dobra, może trochę koloryzuję, tak naprawdę chciałem wziąć to, co nam zaproponowali. I gdyby nie sygnał do walki dany przez Anię, pewnie pracownica firmy Dollar nie znalazłaby nam Forda Focusa, gdzie do bagażnika wszedł cały nasz dobytek, a wciąż zostawało miejsce na rodzinę meksykańskich uchodźców. Bez trudu wydostaliśmy się z miasta. Frisco nie jest metropolią, a przemieszczanie się w Stanach ułatwiają arterie przestronne jak dupy afroamerykańskich mamusiek.
Na początek drogi obraliśmy za cel centrum sterowania wszechświatem. Nie zmierzaliśmy do Białego Domu, a do Doliny Krzemowej, gdzie ulokowały się Google i Facebook. Siedziba Google przypomina kampus, na którym przemieszczanie pomiędzy niedużymi budynkami ułatwiają kolorowe rowery ustawione w strategicznych punktach miasteczka. Działająca w trybie incognito ochrona (taki przeglądarkowy żarcik) dość szybko zorientowała się, że nie przyjechaliśmy ulepszać Chrome’a. Może zdradził nas wielki aparat na szyi, a może to, że była sobota. Zostaliśmy poproszeni by nie robić zdjęć na ich terenie. Niby zapewniliśmy, że nie będziemy, ale swoje napstrykaliśmy. Nie bez powodu mówi się, że Polacy są sprytni, że ja pierdolę.
Jeśli chodzi o Facebooka, to zanim zapadła decyzja o wyborze ich siedziby, garbaty sługa Zuckerberga przyszedł do niego i wycharczał:
– Panie, sphowadźmy na ludzhość khoniec świata, khhh
– Doskonały plan, wierny garbaty sługo – odpowiedział Mark - zaczniemy od tego, że zaanektujemy koniec świata, by potem obdzielić nim wszystkie narody.
I tak zapadła decyzja o ulokowaniu się na kresach Palo Alto, w miejscu bez klimatu i z widokiem na kompletnie nic. Nie dziwne, że wynikiem patrzenia w pustkę był timeline. Tyle że to bez znaczenia, najważniejsze, że wrzuciliśmy zdjęcie z Fejsbuka na fejsbuka. Marzyłem o tym już jako przedszkolak.
Kciuk lajka na chwilę się zapomniał i zamachał nam na pożegnanie. W głąb lądu, na wschód, ruszyliśmy spełnieni.
Czytaj więcej

13 września 2013

USA Trip: Frisco

Zapchaliśmy wszystkie kieszenie dolarami, zgarnęliśmy paszporty, zapakowaliśmy walizki tylko do połowy, żeby uzupełnić je zdobyczami z outletów i ruszyliśmy w świat. Amerykę wszyscy znamy jak własną kieszeń, niezależnie od tego, czy ktoś chciałby tu buszować w zbożu, czy włóczyć się po barach na wschodnim, czy na zachodnim wybrzeżu, Salinger, Bukowski i Roth opisali nam ten kraj w szczegółach, Tarantino i Allen dodatkowo go zwizualizowali, a Springsteen udźwiękowił. Pewnie dlatego na początek jedynym zaskoczeniem było to, że za wino w United Airlines przyszło nam zapłacić, ale tym haniebnym zwyczajom, które upowszechniły się w liniach lotniczych zadedykuję oddzielny wpis.
Rezerwując nocleg w San Francisco ani nie oszczędzaliśmy, ani nie szukaliśmy niczego szczególnie fancy, co wpisywałoby się w hipsterski klimat miasta. Wybór padł na doskonale położony i wystarczająco wygodny hotel Holiday Inn, przy okazji zdecydowanie wznoszący się ponad okolicę. Wprawdzie mój Mroczny Pasażer, zwany lękiem przestrzeni, błagał, krzyczał i bił po głowie bym się opamiętał, ale uznałem, że zawsze możemy poprosić o pokój na niższych kondygnacjach. Prawdę mówiąc, nie przypuszczałem by mogło to stanowić problem, bo każdy wie, że walka o najlepsze pokoje (a za takie należy uznawać te z najpiękniejszym widokiem) jest krwawa i nawet zapłacenie wcześniej za konkretną opcję nie oznacza, że wyjdzie się z niej zwycięsko. Prędzej obawiałem się, że gdy recepcjonistka zobaczy młodych ludzi z Polski ubranych w wygodne podróżne stroje, okraszone ziomalską czapeczką, to przydzieli nam pakamerę w piwnicy z widokiem na kotłownię. Moje uprzedzenia zostały zweryfikowane, gdy udająca Amerykankę Azjatka podała nam karty do pokoju i poinformowała, że zamieszkamy na ostatnim 26 piętrze ich przybytku. Z widokiem na wszystko: na miasto, na Golden Gate i przy dobrej pogodzie na Hawaje. Odpowiednio długa drabina spokojnie pozwoliłaby nam zatknąć polską flagę na księżycu. Chwilowy paraliż nie przepuścił przez moje gardło nawet adekwatnego do tej chwili ‘ja pierdolę’, a co dopiero protestu i prób negocjacji. Ania była zachwycona, a ja twardo postanowiłem tego szczęścia nie burzyć. Widokiem nacieszyliśmy się (no ja akurat nie skakałem pod sufit) tylko pierwszego wieczoru, później obraz przykryła mgła i mieliśmy wrażenie, że zamieszkaliśmy w butelce mleka.

San Fran jest domem dla ludzi przedziwnych, można spotkać tu więcej wyjątkowych okazów niż w okolicach ronda Wiatraczna na Grochowie. Bezdomnych widać wszędzie, ale nie są odrażającą grupą społeczną, raczej pozwalają sądzić, że bezdomność w tym mieście to styl życia, a nie suma tragicznych okoliczności, które sprowadziły na rzeszę ludzi ten los. Ulice San Francisco przyjęły bezdomnych gościnnie i nikt nie jest przeganiany pod most. Okolice mostu (tego najsłynniejszego) zarezerwowali dla siebie rowerzyści, pokonujący malowniczą trasę wzdłuż wybrzeża, przez Golden Gate, na drugą stronę zatoki. Nas również agencja wynajmująca rowery zdołała przekonać, że kilkugodzinna wyprawa warta jest odchudzenia portfela o kilkadziesiąt dolarów. Po krótkim szkoleniu - serio, facet wyjaśnił nam do czego służą te niewielkie manetki pod palcami, jednocześnie informując, że najbezpieczniej zawsze jeździć na środkowym ustawieniu; pokazał jak używać hamulców, polecając wciskanie obydwu na raz, a ruszyć w miasto pozwolił dopiero po sprawdzeniu czy w ogóle jesteśmy w stanie na tym piekielnym urządzeniu przejechać kilka metrów po dywanie wypożyczalni. Ostatni test nie był akurat pozbawiony sensu biorąc pod uwagę, że zdecydowaliśmy się wyjechać na strome jak zbocze góry ulice na tandemie. Na początku każdy jechał w swoją stronę, ale po chwili zgraliśmy rytm i podziwialiśmy widoki.

Golden Gate otulała mgła, a złowieszcza syrena oznajmiała, że za rogiem czają się niebezpieczne wody Pacyfiku. Całość przyprawiała o niepokojący dreszcz. Prawdziwe wrota niezwyciężonego miasta. To przykre, że prędzej czy później pokona je jakieś potężne trzęsienie ziemi.
San Francisco ma również swoją twierdzę- Alcatraz- obowiązkowy punkt programu zwiedzania miasta. Wszyscy chcą tam trafić, dlatego też postanowiliśmy go pominąć (i wcale nie chodzi o to, że próbując zrobić rezerwację tydzień przed wyjazdem okazało się, że spóźniliśmy się o jakieś pół roku, bo nasz pobyt wypadł na długi weekend w Stanach). Co ciekawe, odległość w jakiej znajduje się więziennie od lądu wydaje się dystansem zbyt krótkim nawet na  zorganizowanie triatlonu, a co dopiero mówić o twierdzy, z której nie da się uciec. Byłem przekonany, że przepłynąłbym do lądu bez rozgrzewki. Ale nie odległość jest problem, a prądy i temperatura wody. Zamoczyłem w zatoce mały palec u nogi i krew w nim zamarzła. To już nigdy nie będzie ten sam radosny palec, co wcześniej.

San Fran urzeka. Piekielnie strome ulice, wyluzowani mieszkańcy, tajemnicza mgła i te wrota do wodnego świata- może to wszystko, a może nieustające skojarzenia z Lizboną, nie zachęcały do opuszczania miasta. Dalej pchała nas jedynie świadomość, że każde z zaplanowanych do odwiedzenia miejsc miało w sobie coś wyjątkowego. Teraz już wiemy, że każde okazało się wyjątkowym.
Czytaj więcej

29 sierpnia 2013

Jakoś tak wyszło, że zagranicznych wycieczek nie wykupuję w żadnym z biur podróży, które zwijają interes zanim turysta zdąży postawić stopę na obcej, najczęściej tureckiej lub egipskiej, ziemi. Nie czyni mnie to podróżnikiem- nie zapuszczam brody, nie ładuję 20 kilogramów na plecy i nie ruszam opisywać życia plemion, które nigdy nie chciałyby być opisane i i umieszczone w artykule na Wikipedii. Tym bardziej, że nie wiedzą czym jest Wikipedia.

Rok temu przerwę w zbiorze truskawek zapełniliśmy z Anią podróżą do Pekinu. Tym razem nasz wybór padł na region nieco bardziej wyzwolony, na amerykańską Kalifornię. Jak zwykle przygotowania zaczęliśmy od zakupu przewodnika Lonely Planet i jak zwykle nie przeczytaliśmy go, bo jesteśmy zbyt dumni, by pozwolić komuś wpływać na to, co zobaczymy i zwiedzimy w czasie naszych wymarzonych wakacji.

Przyjęliśmy założenie, że ruszymy samochodem w głąb najbogatszego stanu USA i dostosujemy się do wszystkiego, co przyniesie nam ta podróż. Mieliśmy wylądować w San Francisco i dalej iść na żywioł. Czekały nas długie kilometry dróg pokonywanych w celu dotarcia do następnego punktu przeznaczenia. Nie chcieliśmy robić żadnych planów. Prawdopodobnym scenariuszem byłoby trafienie po drodze do miasteczka, gdzie nieletnia barmanka, córka burmistrza, nalewając nam podłą Whisky, przekonałaby nas do spędzenia nocy w tej krainie pozornej sielanki. W nocy pod nasze drzwi podszedłby niedźwiedź, którego przegoniłby jednooki Joe, przypominający wyrazem twarzy psychopatę z amerykańskich horrorów. Kiedyś okazałoby się, że Joe był psychopatą mordującym turystów pod przebraniem grizzly. My byśmy o tym nie wiedzieli i tamtej nocy toczylibyśmy długą dyskusje na temat pełni księżyca, spierając się czy osiągnął już swój punkt kulminacyjny, czy dzielą nas jeszcze od tego kolejne dni.

Obserwowalibyśmy niekończące się pola kukurydzy dziękując Bogu, że mogliśmy poczuć te emocje zarezerwowane dla poszukujących własnego "ja" trampów. Następnego dnia podliczylibyśmy nasze fundusze i okazałoby się, że brakuje pieniędzy na kontynuowanie wyprawy, więc szukalibyśmy pomocy u właściciela największych upraw w okolicy, u wąsatego Harrego. Bazując na naszym doświadczeniu z upraw truskawek zaciągnęlibyśmy się do roboty w polu i łzy wzruszenia napływałby nam wieczorami do oczu, gdy obserwowalibyśmy ten podkreślany przez zachód słońca przekwitający świat koloru żółto-pomarańczowego. Modlilibyśmy się, by czas się zatrzymał. Dopiero po kolejnych dwóch tygodniach zorientowalibyśmy się, że księżyc nadal świeci w pełni nad tą krainą, a ajfony piątki, które ze sobą przywieźliśmy zaginęły bezpowrotnie. Ocknęlibyśmy się, gdy zorientowalibyśmy się, że wypożyczony Chrysler, którym przyjechaliśmy, stracił akumulator i nie nadaje się do dalszej jazdy, a nasz samolot do Polski odleciał trzy miesiące temu. Spakowalibyśmy walizki i w środku nocy wymknęlibyśmy się spotykając w drodze na międzystanową 210 jednookiego Joe przebierającego się za grizzly.

Tak, teraz już wiem dlaczego zdecydowaliśmy się zarezerwować wszystkie noclegi na miejscu długo przed wylotem.
Czytaj więcej

28 sierpnia 2013

Jak uniknąłem kostuchy

Brak samotnych bezsennych nocy jest najskuteczniejszym mordercą pisania. Długie analizy mojej internetowej bezczynności przyniosły mi ten jedyny słuszny wniosek. Przyszło mi się nad tym zastanowić dopiero gdy blogowa kostucha stanęła z kosą w moich drzwiach i grobowym milczeniem przekazała, że albo coś napiszę, albo kabel do sieci potraktuje kosą naostrzoną na potrzeby leciwej sąsiadki spod trójki.
W kraju śliskich kocyków nie zaszły żadne zmiany, które mogłoby spowodować brak tematów dla blogowych wpisów. Poziom frustracji nie opadł, wewnętrzne wojenki nie osłabły, a moje Miasto nadal przyciąga ludzi, którzy odnajdują tu swoją ziemię obiecaną, w zamian czując się w obowiązku wykpiwania idei Powstania’44, mimo że ich bliskich zastało ono na Podkarpaciu, Podlasiu lub w innym regionie napływowym.

Znacznie łatwiej pisać w cierpieniu niż w szczęściu. Przeciętny człowiek cierpi, gdy coś mu się odbiera, a on nie wie jak cofnąć czas, by to zmienić. Artysta cierpi, bo nie wie jak pachnie wiatr lub jak smakuje noc pełna spadających gwiazd. Cierpienie blogera (nie branżowego) poza tym wszystkim, co spotyka zwykłego zjadacza chleba, bierze się dodatkowo z faktu, że nie jest artystą i nie wypada mu mówić o braku weny. Wena pisarska kojarzy mi się z przelewaniem wielkich myśli, najlepiej na klawisze maszyny do pisania, tymczasem większość blogujących, nie tylko w życiu nie posiadało maszyny do pisania, ale też nie zaszczyciło czytelników głębokim przekazem.

Nigdy nie było moją ambicją zmieniać ten schemat, zawsze chodziło o wyrażanie poglądów i komentowanie rzeczywistości. Tę potrzebę doskonale zaspokaja obecność Drugiej Osoby, z którą można spędzić długi wieczór przy winie sączonym na balkonie, w parku lub w pościeli, wtedy pisanie staje się tylko dodatkiem, jak sos na pizzy. I chociaż uwielbiam smak odpowiednio skomponowanej pizzy, to od dziś spróbuję dokładać do niej trochę sosu i mam nadzieję, że uwalimy się tym sosem razem, w nowym otoczeniu, przy akompaniamencie starych, ale nie zgranych dźwięków ironii starszego o kolejny rok autora tego grafomańskiego bloga. Zwłaszcza, że przed nim wyjątkowo zapowiadające się wakacje, które mogą pomóc wrócić do pierwotnej idei tego miejsca, czyli do nierzetelnych relacji z życia na walizkach.
Czytaj więcej

6 lipca 2012


Czas Euro w Polsce przypomniał mi, że główną obowiązująca w naszych mediach zasadą pozostaje „nie znam się to się wypowiem”, co w sposób dobitny uświadomiło mi, że bardzo dawno nie opublikowałem nic na blogu, który pozostaje jednym z głównych źródeł mojego utrzymania. Jak widać, nawet brak reklam nie przeszkadza wam w nie klikać, za co jestem oczywiście wszystkim czytelnikom niezmiernie wdzięczny. I wprawdzie nie dostąpiłem zaszczytu zajęcia miejsca na dachu fabryki Wedel (uwaga, wpis zawiera lokowanie produktu) i głoszenia opinii na temat turnieju rozgrywanego w Polsce, to jednak chciałbym podzielić się swoją radością na temat transformacji, jaką przeszli moi rodacy i którą pokazali wielkiemu światu. Wielkiemu Światu, oczywiście.

Odtrąbiony przez media sukces udowadnia, że uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy już pastuchami Europy. Nagle okazało się, że powinniśmy przestać na siebie patrzeć jak na podludzi. Zginął tylko jeden Irlandczyk, zaledwie kilka osób zostało pobitych, a do tego nie dokonano żadnego zamachu stanu, nawet dziesiątego czerwca. Nie słyszałem o przypadkach dzieciobójstwa, kanibalizmu, ani nawet morderstwa na tle rasowym. Zupełnie niespodziewanie przestaliśmy nadziewać na pal niewiernych i strzelać do Niemców bez ostrzeżenia.  W czasie Euro czarnych biliśmy tylko, kiedy niedokładnie podlali trawnik, na Rosjan rzucaliśmy się znacznie rzadziej niż zazwyczaj i to bez użycia bagnetów, a bezpańskie psy i koty przestały stanowić nasz niedzielny obiad. Nie wiadomo, w którym momencie zeszliśmy z drzewa i wynaleźliśmy ogień. Odnotowaliśmy tę przemianę i teraz z pogardą patrzymy na Litwinów i Słowaków, którzy wciąż wyczekują swojej szansy na skok cywilizacyjny i bycie uznanymi jako homo sapiens sapiens. To jest nasza wielka chwila- Wielki Świat nas głaszcze i dopóki nie znajdzie innego zwierzątka możemy nawet liczyć na smyranie za uszkiem.

Mimo że tak jak reszta narodu przypomniałem sobie jak wygląda polska flaga i nauczyłem się pierwszej zwrotki hymnu, to na w razie czego nie przeglądałem artykułów w zagranicznej prasie. Obawiałem się, że zostanie mi wypomniany brak wielkiej wewnętrznej przemiany i odpowiedniego zaangażowania w witaniu nadludzi. Wiedząc, że mogę być odbierany jako zapluty karzeł reakcji, zapewniam, że próbowałem coś z tym zrobić. Chodziłem na terapię, oglądałem lekcję stylu Joli Kwaśniewskiej, a nawet zaglądałem do poezji Szymborskiej. I tylko brak funduszy sprawił, że nie zdążyłem zaprenumerować Wyborczej. Ale jeszcze nie wszystko stracone, świat zachodni wskazał mi drogę i wierzę, że do czasu mundialu w Polsce opuszczę mentalny ciemnogród, wejdę na drogę postępu i może nawet zacznę przejmować się reportażami w BBC. A na końcu zatankuję bio paliwo i stanę się Europejczykiem.
Czytaj więcej

7 marca 2012

Przed dniem kobiet


W ostatniej chwili trener Barcelony wycofał się z przedmeczowych zapowiedzi i nie wystawił mnie do składu na dzisiejsze spotkanie w Lidze Mistrzów. Rozczarowany, zamiast na Camp Nou poszedłem do Almy. Ostatnio kojąc nerwy wybieram się w różne miejsca wydawać pieniądze. A to na wyjątkową hiszpańską szynkę, a to na okulary z ukrytym diamentem (bo niemożliwe, żeby plastik aż tak podrożał) i zastanawiam się kiedy mój bank zorientuje się, że udzielanie mi możliwości posiadania debetu to zły pomysł. Oni naiwnie myślą, że mają jak mnie ścignąć, a ja wiem, że tak naprawdę nazywam się Zenon Xiun Liu i zabrany przez zamieszki na placu Tian’anmen nie żyję od przeszło 20 lat. Ciekawe, komu historia przyzna rację w tym sporze.

Przestań pierdolić! – moje drugie ja przywołuje mnie do porządku, więc wracam do głównej myśli. Przechodząc obok stoiska z mięsem w Almie usłyszałem awanturującego się klienta, który wykrzykiwał, że jeśli tak wyglądają firmowe wyroby to jest to „z dupy” firma i „z dupy” sklep. Moi znajomi wiedzą jak bardzo obruszam się słysząc złe słowa na temat tego marketu, dlatego moje oburzenie, którego sprytnie nie okazałem, przekroczyło zwyczajowe normy. Nie chciałem robić w sklepie scen, więc bluźniącego jegomościa zasztyletowałem dopiero na parkingu. Wcześniej spokojnie wyładowałem koszyk i wybrałem drobne upominki na dzień kobiet dla koleżanek z pracy. Rozumiem głosy, że o damy trzeba dbać każdego dnia w roku, ale gdybym faktycznie zawsze chciał to robić w tak wykwintny sposób, żaden debet, ani nawet sfingowana śmierć nie pomogłyby mi przedłużyć egzystencji na tym wysypisku mniej lub bardziej udanych stworzeń. Na szczęście niezbyt wiele kobiet decyduje się łupać kilofem w skałę, więc zakupy nie musiały być szczególnie bogate.

Po ostatnim wpisie zostałem zalany mailami z prośbą o powrót do niepoważnych wpisów. A ja, moi drodzy, chciałem tylko sprawdzić na ile potrafię wykreować w sobie i przelać na dysk skomplikowane uczucia i zobaczyć, ilu z was się na to nabierze. Zamysł chyba się udał, ale zaniepokojonych moim stanem ducha uspokajam, że tak naprawdę pisałem to siedząc w ciepłych kapciach, pod kocem na kanapie, pykając fajkę, popijając herbatę zimową i słuchając audiobooka Naszej Szkapy. Ale do poważniejszych tematów jeszcze wrócę, choć obiecuję podać je w taki sposób, że nawet nie pomyślicie, że to było na serio.

Ja z okazji nadchodzącego dnia kobiet ugotowałem sobie genialny obiad. I nie ma tu miejsca na fałszywą skromność, danie wyszło naprawdę genialne i gdyby tylko chciało przemówić to w trymiga poznalibyśmy dowody na istnienie teorii strun. Niestety, będę zbyt głodny by na to pozwolić.
Czytaj więcej

4 marca 2012

Tak się hartowała stal

Ciężkie czasy już były. Pamiętam jak w 1978 przyszła zima stulecia i tonąc w zaspach zmierzałem do swojego zakładu pracy. Kilkanaście tygodni wcześniej Karol Wojtyła został wybrany na Papieża, co tchnęło w nas wszystkich nowego ducha. Dwa lata później strajkowałem wraz z całą Solidarnością. Jedni walczyli o lepszą Polskę, inni, jak ja, przyszli się poopalać, bo w lepszą Polskę nie dawałem wiary. Perfect nie nagrał jeszcze wtedy jednego ze swoich największych przebojów, czyli Autobiografii, a ja jeszcze nie wiedziałem, że kiedyś im wytknę, że czym innym jest mieć u stóp cały świat, a czym innym mieć wszystkiego w brud.


Kochałem kiedyś dziewczynę bardziej niż szum rozbijającego się o brzeg oceanu, bardziej niż dźwięk hiszpańskiej gitary i bardziej niż wyścig z czasem za kółkiem na trasie Warszawa-Gdańsk. Pewnie kochałem bardziej niż cokolwiek, co umiem wyrazić słowami, bo wysławianie się nie jest moją najmocniejszą stroną. Wierzyłem, że ta miłość odbije się od najwyższych szczytów Kordylierów, Andów, Himalajów i Alp i powróci do mnie. I że pożółkłe nieszczere uśmiechy ludzi wkoło i setki wypowiedzianych nieszczerze słów osób, które na mojej drodze znalazły się siłą rzeczy, staną się nieistotne w kontekście zaznanego szczęścia. Tak się nie stało. Fale rozbiły się o falochron, gitara przeznaczenia zaczęła grać fałszywe rytmy, a emocje związane z wyścigiem na drodze zastąpiło uczucie rozgoryczenia, że nie można zawrócić czasu i zawalczyć raz jeszcze. Dlaczego o tym wspominam? Bo pewnie gdyby nie to rozczarowanie byłoby dziś  trudniej odnaleźć się w świecie kłamstw i pozorów- choć nasze uczucia i relacje nie miały nic z kłamstwa i pozorów, to serce po zaznanym niepowodzeniu stwardniało nieodwracalnie.

Ludzi dzielę na dwie grupy: na tych, którzy okazali się warci okazanego zaufania, którzy potrafią stanąć po mojej stronie, zawsze i wszędzie poczekać na mnie żeby podarować mi kilka minut radości przebywania z nimi i w trudnych chwilach zaoferować spokojne cztery pełne duszy kąty, a nawet zrobić dla mnie więcej, niż sądziłem, że ja mogę zrobić dla siebie. A drudzy to ci, którzy w najmniej oczekiwanym momencie sprzedadzą cię za swój święty spokój i zbudują alternatywną rzeczywistość, żeby tylko uniknąć podejrzeń, że właśnie to uczynili wzbogacając się o kilka srebrników. Na szczęście, tymi drugimi można gardzić bez potrzeby wspinania się z odpowiednimi sztandarami na barykady. Dzisiaj w zupełności wystarczy mieć bloga.

Pisanie jest doskonałym sposobem na wyrzucanie z siebie uczuć. Bo tak jak nie wszystko można powiedzieć, to wszystko można napisać, bowiem znaczna część tego co się pisze (nawet na blogach) to fikcja ku uciesze autora i czytelników. A kto kiedyś odróżni prawdę od fikcji? Kto czytając to będzie umiał powiedzieć czy coś nagle się popierdoliło, czy to tylko wylewanie żalów z racji przypalonego obiadu? Bez znaczenia, bo w tym samym momencie, kiedy się nad tym zastanawiacie na drugiej półkuli jakiś motyl może zatrzepotać tak mocno skrzydłami, że jutro trzęsienie ziemi pogrąży kawał świata. Albo prezydent Stanów Zjednoczonych wkurwiony brakiem zaangażowania małżonki w łóżku odpali, myląc Polskę z Rosją, w naszym kierunku bombę atomową. Kto wtedy zacznie zastanawiać się czy zostałem na jakimś polu wychujany, czy tylko kolejny raz się zgrywam?

Obiadu nie przypaliłem, bo, jak co niedzielę, zjadłem go w rodzinnym gronie, tym razem w trochę przytłoczonej popularnością, ale i zacnej gruzińskiej restauracji. Wkoło zgiełk, na przemian śmiejące i płaczące się dzieci, uwijające się i donoszące kolejne dania i butelki wina kelnerki, i niekończące się rodzinne dyskusje. I wierzcie mi kurwa, że jestem za lepszym światem dla bliskich, dla siebie, dla pozbawionych wody dzieci w Afryce, ale wiedząc, że nie zmienię wiele, to jeśli jutro ta bomba wysadzi Polskę to odejdę stąd niespełniony, ale z uśmiechem na ustach.
Czytaj więcej

2 lutego 2012

Warszawa vs przyjezdni

Tym razem zamiast wpisu poważny reportaż o Warszawie i ludności napływowej, czyli coś co mógłbym sam stworzyć gdyby nie dwudziestogodzinny dzień pracy.
Czytaj więcej

1 lutego 2012

Sen o ACTA

Przyśniło mi się niedawno, że dzwonił do mnie Bronisław Komorowski i prosił o przygotowanie mu raportu na temat ACTA. Prezydent miał wielkie problemy aby się wysłowić, nie umiał sprecyzować swoich wymagań, a na moje pytania z "bulem" wzdychał, paplał o niczym i wznosił oczy ku niebu (w snach widać wszystko jak na dłoni). Gdybym był złośliwy i szukał problemów to napisałbym, że była to projekcja zdolności komunikacyjnych mojego szefa, ale że ja uprawiam politykę miłości wobec ludzi i jeśli sobie z nich żartuję, to tylko dlatego, że wyjątkowo ich lubię (całą ludzkość, nawet tych o interesującym kolorze skóry, odmiennej orientacji i inteligencji prusaka ubitego wczoraj chochlą w kuchni). A prawda jest taka, że jego zdolności komunikacyjne są na poziomie ganiającego za własnym ogonem jamnika. No, są na poziomie, po prostu.

Nie chcę sprowadzać ACTA głównie do polityki. Polityka jest dla ludzi zamożnych. Kiedy w garażach nie ma już miejsca na kolejne Audi i BMW  to zaczyna się politykowanie, a (jak już ustaliliśmy) ja przecież miałem skupić się na tym by do pierwszego nie zabrakło na Żubra. Chcąc odnieść się przede wszystkim do kwestii piractwa, trzeba zauważyć, że my piraci wydajemy na oryginały więcej niż przeciętny chłopek przyglądający się z fascynacją włącznikowi światła w muzeum sztuki współczesnej, a przed kupnem wszystkiego co nas interesuje powstrzymują nas jedynie powody finansowe. Ja naprawdę lubię wydać ciężko zarobione w kopalni siarki w kraterze Ijen pieniądze na oryginalną płytę z muzyką, filmem lub pornografią w HD, ale nie stać mnie na całą kolekcję. Z moją pensją nie mam również co liczyć na kredyt na Porsche 911 (pewnie nawet miałbym problem z kredytem na Seicento w podstawowej wersji bez wspomagania) i tak jak kiedyś pisałem, wprawdzie nie ukradłbym nikomu tego samochodu, to chętnie ściągnąłbym go z internetu- podobnie jak Ray Bany, jednorożca i pokój na świecie. Tymczasem całą pensję przehulałem w jeden sobotni wieczór na mieście i teraz odkrywam jak pożywne są znalezione pod stołem okruszki. Steków wołowych na thepiratebay też nie mają.

Jak rzadko kiedy zaufałbym w sprawie internetu Jarkowi Kaczyńskiemu. Właśnie dlatego, że zamiast konta ma kota, a o Internecie wie tyle, że nazwa zaczyna się od samogłoski, chętniej jemu powierzyłbym opiekę nad siecią. Bo tematem by się nie zajmował. Jarek ma swój świat i nie jest to świat wirtualny. I bardzo dobrze. A w internecie niech kwitnie wolność, anarchia i wolnomularstwo, byle Donald trzymał się od tego z daleka. Wprawdzie Jarek twierdził, że jak przeszedł się po bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego to widział oglądających porno i popijających piwo studentów, a ja wcześniej myślałem, że to tylko w hiszpańskich kawiarenkach internetowych onaniści lubią sobie na głos i na cały ekran wrzucić two girls one cup. Ale widocznie również polscy studenci odważają się prezentować porno-blondynki troszczące się o wielkie murzyńskie lagi. Ja nigdy tego u nas nie widziałem, ale ufam Jarkowi. Komuś trzeba ufać.

Czy wypiłbym mniej drinków gdyby nagle niemożliwym stało się zassanie z sieci najnowszej płyty Rammsteina lub ostatniego odcinka Californication? Absolutnie nie. Czy kupiłbym któreś ze ściągniętych dzieł? Też nie. Czy piję piwo i oglądam porno korzystając z internetu? Nie mogę powiedzieć- to mogłoby odstraszyć wydawców mojego bloga. Poza tym taki ekshibicjonizm myśli nie uleczy ran zadanych mojej psychice przez wirtualny świat. Nawet nie wiecie ile wysiłku kosztuje mnie na codzień bycie tym kim jestem, a co dopiero całe to udawanie kogoś jeszcze innego w świecie mediów społecznościowych. Niemiłosiernie się w tym gubię i boję się, że kiedyś zostanę skazany za nieudolne podrabianie samego siebie w internecie.
Czytaj więcej

25 stycznia 2012

Zakupy

Jeszcze do niedawna w wolnym czasie włóczyłem się po ulicach, zaczepiałem przechodniów, popijałem wino i przymierałem głodem. Potem odkryłem sklepy spożywcze i okazało się to punktem zwrotnym w historii mojego kawalerskiego życia. Chcąc przejść na kolejny poziom wtajemniczenia i jednocześnie być dobrze przygotowanym przeczytałem raport UOKiK na temat hipermarketów i zdecydowałem się zrobić zakupy w Auchan, chociaż smakowanie martwych gąsienic z puszki z innego hipermarketu jest również na mojej liście.

Zacząłem od półki z akcesoriami kuchennymi. Mając szczęście do trafiania na dobrych bezinteresownych ludzi nie znających moich podłych cech charakteru, nawyków wyszydzania słabszych i bicia bezbronnych, otrzymałem od koleżanki z hiszpańskiego torbę orzechów laskowych. Prosto z drzewa (orzechy, nie koleżanka), musisz użyć siły i je otworzyć, by zasmakować (orzechy, nie koleżankę, chociaż kto wie). Szukałem zatem dziadka do orzechów. Przyglądałem się długo właściwej półce. Nie znalazłem, ale nie po to zatrzymywałem się na dłuższą chwilę i przyglądałem produktom, żeby nic nie wziąć. Tylko że resztę akcesoriów już posiadam. Nerwowo rozglądając się czy nikt nie widzi, że moje wahanie przeciąga się, powoli, milimetr po milimetrze przesuwałem się ku następnej półce. I wtedy dostrzegłem obcinającego mnie ochroniarza. Prawdopodobnie coś kradnę. Spanikowany wrzuciłem do koszyka obieraczkę. Stara leży w zlewie od tygodnia, będę miał nową. (Po powrocie spróbowałem otworzyć orzechy wyciskarką do czosnku. I teraz muszę wrócić do tamtego marketu i kupić nową wyciskarkę. A jak nie będzie to wezmę małe sitko. W ten sposób uniknę stresu wynikającego ze zbyt długiego przyglądania się półce z akcesoriami kuchennymi.)

Powoli tracąc orientację, przemierzając kolejne alejki uświadomiłem sobie, że lubię wyobrażać siebie jako kogoś zagubionego w czasoprzestrzeni niebytu lub że ogarnia mnie kosmaty mrok niewiedzy. Nie wiem o co chodzi, ale wydaje mi się to podniosłe, ten stan, który ucieszyłby grafomana. Przez chwilę uśmiech trafia na moją buzię. Wkurwione spojrzenia ludzi oburzonych moją radością szybko uświadamiają mi, że tu nie ma się z czego cieszyć. Również ochroniarze nerwowym krokiem zbliżają się w moją stronę i już wiem, że mój uśmiech zaniepokoił ich jeszcze bardziej niż długie przyglądanie się półce z akcesoriami. Przyjmuję wkurwiony wyraz twarzy. Ochroniarze i ludzie wkoło kiwają z aprobatą głowami, jestem znowu jednym z nich. Od 9 do 17 przynosząca kolejne siwe włosy praca, od 17 do 18 stanie w korkach, od 18 do 19 pchanie wózka w tanim markecie, od 19 do 21 TVN24, żeby upewnić się, że nadal jest źle, od 21 do 23 reklamy przerywane znanym na pamięć filmem, a potem pełen niepokojących snów odpoczynek i można wkurwionym powitać nowy dzień.


Szklane butelki z sokiem pomidorowym wpadają do koszyka. Potem jogurty, serki, oliwki, jakieś sosy. Przydałoby się mięso do sosów. Biorę kurczaka. Na pewno i tak był myty ludwikiem i świeci w ciemnościach, ale na szczęście nie mam nawyku gaszenia światła podczas obiadu, więc w zarodku zabijam dylemat. Koszyk już pęka w szwach. Tymczasem prawe ucho słyszy głos. To prawa półkula mózgu odpowiedzialna za wyobraźnię retorycznie pyta z niepokojem: kto to będzie nosił?! Logiczna lewa półkula ze spokojem wskazuje na mnie. Toczę się do kasy.

Pani liczy, ja pakuję. Ostatnio w spożywczym policzono mi bułkę o złoty pięćdziesiąt za drogo. Ale jak będę kasjerce patrzył na ręce pakowanie pójdzie wolniej, a w tym czasie mogą mi wybić szybę w samochodzie. Znowu zimny pot i kolejna decyzja podejmowana w panice. Przenoszę się w swoje wyimaginowane szczęśliwe miejsce. Leżę pijany na chodniku w Lizbonie. O tak, co tam złoty pięćdziesiąt za dużo. Pakuję dalej. Mijając bramki i ochroniarzy przyjmuję wkurwiony wyraz twarzy, nie zaczepiają mnie, bramka pika u elegancko ubranego starszego pana przy kasie numer trzy. Uśmiechał się półgębkiem. Sam się zdradził, złodziej.
Czytaj więcej

8 stycznia 2012

Życzeń nie będzie

"Polska
Mieszkam w Polsce
Mieszkam w Polsce
Mieszkam tu, tu, tu, tu"

Nie jestem już zagranico. Zagranico było dobrze- koks, rum, dziwki podróże, imprezy, poznawanie fascynujących ludzi. Na żadnym z tamtych parkietów mnie póki co nie spotkacie. Siódma rano przestała być środkiem nocy, a zapach porannych tostów na Rua das Janelas Verdes (ulicy zielonych okien) zastąpił zapach spalin warszawskich korków i świeżo wylewanego asfaltu przed przyjazdem Baracka Obamy kibiców na Euro 2012. W Złotych Tarasach wprawdzie nadal tłumy wiejskich wycieczek chcących poczuć odrobinę klimatu metropolii, ale dworzec centralny już nie taki brzydki jakim go kochaliśmy przez lata, a dojazd do lotniska Okęcie trochę mniej zakorkowany po otwarciu nowych ulic dojazdowych.

Żar z nieba, knajpy pełne ludzi  i nigdzie nie spieszący się mieszkańcy stolicy, czyli Polska Portugalia, to  kraj najbardziej nieszczęśliwych ludzi w Europie. Jak widać, nigdy nie wyjeżdżali na wschód. Najszczęśliwsi są Duńczycy. Ten blog nie jest jednak po to by opowiadać o szczęściu. Znaleźliśmy się tu aby zgromadzić odpowiednie ilości frustracji i czarnych myśli, a następnie wysłać je w świat zarażając nimi pozostałe szczęśliwe narody, a następnie całe uniwersum. Zaczniemy oczywiście od Duńczyków. Najpierw nauczymy się następującego zwrotu:  Hej, jeg er her for at få dig til at føle sig ulykkelig, czyli Witaj, jestem tutaj aby uczynić cię nieszczęśliwym; a potem przejdziemy do tego jak cel osiągnąć.

Zanim na dobre rozkręcę Ministerstwo Czarnych Myśli chcę poznać życie na krawędzi. Wiecie, wydać wszystko przed końcem miesiąca, podkradać papier toaletowy z knajp i pić piwo Żubr. Mogłem zostać w domu ciesząc się pełną lodówką, ale wybrałem trudniejszą drogę i zamiast dalej odpalać cygara stuzłotówkami, muszę brać odpowiedzialność za swoje rachunki i zastanawiać się czy ubrany w nudny szary kubrak nie zapuka do mnie windykator poszukujący pochopnie naliczonych mi długów z tytułu ambiwalentnego podejścia do płacenia mandatów drogowych. Dołączam się do chóru pytającego „jak żyć, panie premierze?”. Jak pielęgnować storczyki? Jak szybko rozmrozić bułkę nie mając mikrofalówki? Zadzwonić do niej od razu czy poczekać kilka dni? Nie mam nawet z czego zadzwonić, bo stacjonarnego nie posiadam, komórkę utopiłem, a nowa jest zbyt fajna, żeby od razu z niej korzystać (jeszcze się porysuje!). Póki co zakupiłem jedynie podstawowe środki do życia takie jak czajnik, toster i stojak na wina. Stojak nigdzie nie zadzwoni, bo nie ma nawet miejsca na kartę SIM, toster wprawdzie ma miejsce, ale zamiast zadzwonić moją kartę upiekł. Takie rzeczy to tylko w Polsce. Ale nikt się tym tematem nie zainteresuje, bo u nas jedynie dobrze sprzedają się konflikt PO z PiSem, krwiożerczy lekarze i Smoleńsk. Problemami zwykłych obywateli nikt się nie zainteresuje. W ramach protestu, życzeń noworocznych nie będzie. Smoleńsk, kurwa!

PS.: Roman Paszke z powodu awarii wycofał się z samotnego rejsu katamaranem dookoła świata. Chcąc dać szansę staremu mistrzowi, ja także rezygnuję w tym sezonie z tej rywalizacji, o czym po raz pierwszy informuję na łamach tego bloga. Wszystkich trzymających za mnie kciuki fanów przepraszam i liczę na wsparcie w następnych latach!

PS2.: Trwa dwudziesty finał Wielkiej Orkiestry Pomagania Nieudolnemu Państwu i telewizja emituje kolejne reportaże na ten temat. I jestem naprawdę ciekaw kiedy ci durnie z TVN24 wreszcie zorientują się, że międzyleskie Centrum Zdrowia Dziecka i anińska kardiologia nie znajdują się pod Warszawą?!
Czytaj więcej

11 maja 2011

Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnień z Maroko. Szwędanie się po Marrakechu oddaliśmy na chwilę miejscowej inteligencji (to ci co mają skutery, reszta po prostu gdzieś leży lub wyłudza pieniądze), a sami udaliśmy się w dwudniową podróż na pustynię. Wprawdzie okazało się, że to nie całkiem taka pustynia co ją przemierzali Staś i Nel, ale ostatecznie spanie w namiotach Berberów przyniosło nam równie radości jak nocowanie w baobabie (jeśli mieszam pustynię z puszczą to tylko dlatego, że dawno nie chodziłem do gimnazjum).

Po drodze do miejsca przeznaczenia minęliśmy szczyty gór Atlas, które swoimi łysymi zboczami przypominały klimat Gwiezdnych Wojen, przejechaliśmy najwyżej położoną drogą w tym paśmie, zjedliśmy dziwnie wyglądające bułki z serem, zatrzymywaliśmy się, bo pewien Kanadyjczyk potrzebował wyrzygać swoje śniadanie, na które wybrał coś innego niż dziwnie wyglądająca, choć niegroźna bułka z serem, a także na każdym z widokowych punktów obserwowaliśmy szaleństwo na naszym punkcie, objawiające się długodystansowym biegiem w naszą stronę w celu grzecznego poproszenia o środki na życie. Kilometry po równych wyludnionych drogach uciekały mimo wszystko dość powoli, poczucie zbliżania się do celu utrudniał jednostajny monotonny krajobraz księżycowy, gdzie nawet NASA w kooperacji z Chińczykami nie wysłaliby sondy w poszukiwaniu wody. Tylko od czasu do czasu szarość skał przerywał widok jakiejś osady gdzie kobiety i dzieci prały w rzece (tam nikogo stara piorąca w rzece nie obraża, bo wszyscy to robią), a mężczyźni polowali na szczury i turystów.

Zbliżał się zachód słońca kiedy osiodłano nasze wielbłądy zwane w skrócie łosiami. Mój łoś wabił się Łosoś i na tle innych wyróżniał się stosunkowo bystrym spojrzeniem, bo reszta, cóż, gdybym dziś chciał kogoś obrazić powiedziałbym mu, że ma wyraz twarzy łosia (w domyśle wielbłąda, wyłączając Łososia). Przejażdżka okazała się dla większości bolesnym przeżyciem, jeszcze długo po zejściu na stały, piaszczysto-kamienisty ląd nogi trzęsły się jak galareta, a tyłek prosił o wykwalifikowaną w sztuce masażu Tajkę. W zamian za słońce dostaliśmy niebo rozświetlone gwiazdami, a w naszym hotelu tysiąca gwiazdek podano posiłek. Jedzenie rękami lokalnych przysmaków w berberyjskim namiocie to na pewno wyjątkowy moment wycieczki, ale to co uczyniło go niezapomnianym, to ludzie, których tam poznaliśmy. Nie siedzący w jednym miejscu, nie znudzeni swoim życiem, podróżujący, szukający wrażeń, z historiami do opowiedzenia i z wiedzą, którą chętnie się dzielili. Anglia, Ameryka, Hiszpania i Kanada, tym razem pokazały się z najlepszej strony. Noc kontynuowana przy blasku ogniska, w akompaniamencie berberyjskich bębnów i z momentami czegoś na kształt rytualnego tańca sprawiła, że Maroko naprawdę nam się spodobało i poczuliśmy, że nawet fajnie by tam było kiedyś wrócić.

Dodatkowo, Berberowie, będący naszymi przewodnikami gorąco zachęcali dziewczęta do odwiedzenia ich namiotów, z których gwiazdy widać było ponoć jeszcze lepiej. Marokańczycy proponowali za nie nawet kilka tysięcy wielbłądów, ferrari i pół Marrakechu. Oferta byłaby uczciwa, ale ja niestety chorobliwie draniom nie ufam i miałem obawy czy aby te wielbłądy nie miałyby braków w uzębieniu i tępego wyrazu twarzy. A jak wówczas prezentowałbym się z nimi na zdjęciach na facebooku?! I ot, cały powód, dlaczego dziewczęta wróciły z nami.

Co ciekawe, gdy wracaliśmy oblepieni dwudniowym brudem i śmierdzący starym łosiem, to w Afryce spadł deszcz. Tym samym z trzech rzeczy, których byłem pewien o Maroko (jedzą kuskus, mają króla, nie mają deszczu) jedna teoria padła już trzeciego dnia pobytu. Kiedy padnie król, nie jestem w stanie przewidzieć, ale wtedy będę już mądrzejszy o nowe fakty, jak dziś jestem mądrzejszy o to, że miejsce przy głównym placu Marrakechu, które mijaliśmy codziennie niekoniecznie było bezpieczne, gdyż to tam wysadził się niedawno człowiek o bombowym usposobieniu zabijając kilkanaście osób, głównie turystów. Co wiem po wycieczce to to, że Marokańczycy bez odpowiedniej licencji nie mogą gościć i oprowadzać po mieście gości z zagranicy, chyba że obie strony udowodnią policji, że wszystko odbyło się bezpłatnie w ramach przyjaźni obu stron. Wiem też, że jeśli towar jest warty x to cena wyjściowa zazwyczaj wynosi 5x, a w przypadku zdjęcia z kobrą 7x, że po naparze z żeń-szenia będę miał twardego jak baobab (więc może któraś z czytelniczek tego bloga przeżyje wkrótce coś niepowtarzalnego?! Piszący blogi mają swoje gruppies?), bo dostałem trochę w prezencie z okazji kupna siaty przypraw i kilku gram crystal mint, która klepie jak crystal meth. Dowiedziałem się także, że jeśli ktoś ci mówi: trust me, I don’t want your money; to na pewno bez zapłaty się nie obejdzie, jeśli mówi zaś: I just want to help you, I’m not a guide; to cena będzie nawet zawyżona. Podejrzewam, że chęć niesienia pomocy jest na samym końcu listy priorytetów lokalnej społeczności. Ponadto, cena po wykonaniu usługi może wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie, a przyjaźń w tym kraju polega na płaceniu przyjacielowi za usługi i rzeczy, których nie potrzebujemy, nie chcemy i które nam się nie podobają. Nie wróżę facebookowi furory w tym kraju, chociaż z drugiej strony, komu jak komu, ale im spodoba się na pewno opcja „zaczepki”.

Lotnisko w Marrakechu jest nieczynne nocą. Przekonał się o tym wracający do Madrytu Fin, który stracił tym samym ostatnią opcję noclegu w bezpiecznym miejscu. Bez pieniędzy, lekko podłamany zainwestował ostanie dirhamy w autobus do centrum. Była to dobra inwestycja. Wsparcia udzieliły mu napotkane Hiszpanki, które nie dość, że go nakarmiły, zapłaciły za noc w naszym hotelu, to jeszcze dorzuciły kilka euro na kieszonkowe i transport na lotnisko z samego rana następnego dnia.

My zaś pożegnaliśmy się z Maroko pod wieczór, ostatni lot Ryanaira zabrał nas do Porto. Jeszcze tylko pan celnik przegrzebując się przez moje ufajdane sosem larakha ciuchy upewnił się czy przypadkiem nie skusiłem się na przewiezienie torby haszyszu i powitałem cywilizację. Może bez należnych honorów, ale z lekkim westchnieniem ulgi. Uma garra de cerveja, por favor, nareszcie.
Czytaj więcej

9 kwietnia 2011

Każda podróż to pewne wyzwanie. Nawet jak wsiadacie w samochód żeby przemierzyć nieważne czy 200, czy 2000 kilometrów, przez tych kilka godzin lub dni przełączacie się w inny tryb. Musicie podjąć tę walkę (jeśli chodzi o polskie drogi to nawet w dosłownym znaczeniu), dotrzeć na miejsce, odnaleźć się w nim i potem spróbować czerpać jak największą satysfakcję z pobytu, bo podróż się skończy, wrócicie do domów i zaczniecie zastanawiać się co w was pozostało, co bardziej pragmatyczni zadadzą sobie nawet pytanie czy było warto.

Wyprawa do Maroko to przejście na inny poziom podróżowania, coś innego niż to co robi się zwyczajowo na zorganizowanych wycieczkach czy wyprawach w głąb Starego Kontynentu. Niby nie lądujemy w buszu, niby wielu turystów funkcjonuje bez obaw w tym świecie, a do tego bliska nam cywilizacja czeka na nas godzinę lotu na północ. A jednak, lądujesz w Marrakechu, opuszczasz lotnisko i „welcome to the jungle”. Guns’n’Roses nagrali swój przebój po pierwszej wizycie w Maroko, słowo niedoszłego harcerza.

A w dżungli wszystko ma swoje miejsce, tak jak i w Maroko. Nazw ulic ani żadnych informacji dla turystów nie uświadczysz, bo inaczej nie zarobiliby miejscowi „wskazywacze”, którzy nawet jak nie masz z czymś problemu, z pewnością problem znajdą i ci w jego rozwiązaniu pomogą (coś jak w socjalizmie). Serwetek i mydeł w knajpach nie ma, ale są dzieci sprzedające (czy też wciskające za opłatą) chusteczki, nie ma stałych cen większości towarów, ale są niemieccy turyści, którzy nie wyczuwają, że są robieni w bambuko i przepłacają za swoje zakupy wielokrotnie. A miejscowi mogą nadal kupować po cenach uwzględniających ich generalną biedę. A dla tych, którzy nie czują żyłki do podejmowania ryzyka (czyli stawiania samotnie kroków po Marrakechu) są oficjalni (legalni) i nieoficjalni (nielegalni, tańszy i wyraźnie zdesperowani, bo za to co robią mogą pójść siedzieć) przewodnicy. My włączyliśmy radary, postanowiliśmy działać samodzielnie i uczyć się funkcjonowania tego szaleństwa. I nie zamykaliśmy się na innych podróżników, którzy ostatecznie okazali się znakomitym dodatkiem do zwiedzania, Stanowili frytki dla hamburgera, sól dla jajka i piwo dla grilla.


Na Erasmusie każdy ma jakąś historię do opowiedzenia, nie wszystkie są optymistyczne. Temu zdechł kot, tamtej urwało nogę, jeszcze inny uciekł przed ojcem-psychopatą. Ja na przykład nie pamiętam swoich najbardziej traumatycznych momentów w życiu (choć o niektórych opowiadali mi znajomi dzień po), z narodzinami, jako tym najtrudniejszym, włącznie. Ale i tak Marokańczykom żaden z nas by nie zaimponował. Nikt nie musiał z rana zapierdalać do studni po wodę, ani ciągnąć turystów za rękę i zastępować im drogi, żeby zdobyć środki na przetrwanie, a dziewczęta nie musiały oddawać się za wielbłądy. O konieczności wyrzekania się wiary, żeby się napić piwa, nie wspominając. Sposoby, których używają by przeżyć, Europejczyka (a co tam, wznieśmy się wyżej- białego człowieka, rasę panów!) odrzucają (oszukiwanie, naruszanie przestrzeni prywatnej) lub wprawiają w zakłopotanie (wysyłanie do boju wzbudzających politowanie i bezczelnych zarazem dzieci).

Jednocześnie procesy globalizacyjne rozwijają się tam nieubłaganie. Berber na pustyni wygrywa na swoich tradycyjnych bębenkach rytm Waka-Waka i wdzięcznie podśpiewuje tekst piosenki Shakiry. Na znudzonych nakazami islamu i mających odpowiedni zapas gotówki czeka w Marrakechu Pacha, skromniejsza siostra tych samych klubów, który nęci sławą i odstrasza cenami na Ibizie, w Madrycie, Londynie i kilku innych miejscach w wielkim świecie. A tam, kobiety bez chust, alkohol bez ograniczeń (dwadzieścia razy droższy niż świeżo wyciskany sok na głównym placu miasta) i muzyka wprost z najnowszych list przebojów. I to wszystko w kraju, gdzie 80% ludności ma problemy ze związaniem końca z końcem i gdzie o wizy wyjazdowe bardzo trudno, więc to co można zrobić to wskoczyć na zderzak wyjeżdżającej z miasta ciężarówki i krążyć po kraju (byle długo, bo średnio szuka się tam pracy przez 3 lata) lub wskoczyć na tratwę i prosić Allacha o pomyślne wiatry i ratunek z rąk hiszpańskiej straży przybrzeżnej. A chyba tylko dla bardzo zdesperowanego Marokańczyka walcząca z kryzysem za pomocą kreatywnej księgowości Hiszpania może być ziemią obiecaną.

Dlatego gdybym niedbale przechadzał się po głównym placu Marrakechu uznawanego za najbardziej osobliwy main square na świecie (serio? To pomimo panującego tam klimatu myślę, że świat mógłby udać się jeszcze trochę lepiej), kilkanaście razy zostałbym zaczepiony przez wspomniane sprzedające ciastka i chusteczki dzieci lub sprzedawców plastikowych węży, najlepiej w pakiecie z haszyszem i koką. Gdybym niedbale przystanął koło zaklinacza prawdziwych węży byłbym przymuszany do zapłacenia za fakt posiadania oczu, podobnie gdybym przystanął gdziekolwiek indziej patrząc się w niebo, wtedy na ramię może wskoczyć mi zachęcona przez Araba małpa lub demoniczna kobieta zaczęłaby wyciskać na moją rękę gówno w płynie zwane henną i za to wszystko też oczekiwaliby ode mnie należnej zapłaty. Tam nie ma tak, że nie zamawiałem tej usługi. Dostarczyli to płać. Ale że my Polacy, to niedbałe przechadzki nie wchodziły w grę już po pierwszym wieczorze. Jesteś w dżungli, na wojnie, wyjmij kominiarę (kapelusz + okulary przeciwsłoneczne, wtedy nie wiedzą kiedy na nich patrzysz, a kiedy olewasz), chwyć maczetę (aparat) i ruszaj pewnym krokiem przed siebie. Na zachętę masz ten śmiesznie tani sok ze świeżych owoców i świadomość, że po kilku dniach oswajania się z tą mentalnością odrzucisz broń w kąt, polubisz kilku sprzedawców (bo obaj czujecie żeście wykiwali drugą stronę i zrobiliście dobry biznes), a marsz po sukach (targowisku) nie przyprawi cię o dreszcze. Po kolejnych kilku dobach pewnie zdejmiesz kominiarę i wprawdzie na robotę nie pójdziesz, bo nie ma gdzie, ale chociaż uwierzysz, że żaden z miliona przeciskających się wąskimi uliczkami w tłumie ludzi kierowców skuterów (niechętnie używających hamulcy) jakimś cudem cię nie rozjedzie. Co najwyżej udusi stężeniem spalin. Tam na ograniczenie ich emisji mają konkretnie wyjebane.

Cdn.
Czytaj więcej

27 lutego 2011

Żegnaj nie mówię

Większość pożegnań za nami. To wyjątkowy moment, wyjątkowo chujowy będąc precyzyjny. W wielu momentach życia zapominam o wartościach, które powinny być moją myślą przewodnią. Umierają te wartości powoli i w męczarniach gdy idę na imprezę, wiją się w konwulsjach także w zwykłe dni, niespodziewanie dopada je kryzys w supermarkecie, na ulicy, a czasem nawet w łazience własnego mieszkania, błagają o kilka chwil rozsądku więcej i trafia je szlag równie nagle co wasze postanowienia noworoczne. Ale w chwili pożegnania ludzi, którzy stali się częścią mojego życia wracają wielkie idee, wokół których chciałbym zorganizować moje życie. Przez dłuższy czas pisaliśmy wspólnie naszą historię, nawet jeśli kilka miesięcy temu byli oni tylko bezimienną masą stojąca z zaniepokojonymi minami przed drzwiami biura do spraw wymiany studentów. A teraz po wszystkich przeżytych razem nie zawsze przezwoitych momentach nadchodzi moment, gdy nasze życie powinno mieć podkład muzyczny, bo mówimy sobie "do zobaczenia". I ktoś powinien wetknąć mi w rękę butlę whisky żebym mógł z niej pociągnąc i splunąć na chodnik wyrzucając światu, że nie do końca gra tak jak mu każę. Ale "żegnaj" i tak sobie nie powiemy, to by było zbyt osobiste, zbyt niewiarygodne. Żadne z nas w to nie wierzy, więc mówimy tylko "do zobaczenia". A spróbujcie kurwa nie.

Wczoraj był 26 lutego. Spędziłem go na plaży, ciesząc się słońcem i czując współczucie do moich polskich przyjaciół, marznących w drodze od klatki do samochodu. I jednocześnie ten dzień nie przyniósł wielkich zmian w moim życiu. 26 lutego 2011 nie zaskoczył mnie niczym, z nikim nie musiałem się żegnać, nie przeżyłem ani wielkiego uniesienia, ani wielkiego rozczarowania. Dzień przeszedł między palcami, to zaskakujące, ale to chyba lepiej.
Czytaj więcej